PIĘKNE ZARYSY

Tekst i zdjęcia / PIOTR MICHALSKI
Zdjęcie otwarcia / Korek Pająk po biwaku w ścianie Rysów


Tatr mamy, w skali całego naszego kraju, malutko. Ci, którzy je ukochali, chcieliby, by pozostały dzikie i piękne – choć to trudne do pogodzenia. Są tam miejsca, które zna niemal każdy. Wśród tatrzańskich szczytów jest i taki, który prawie każdy Polak wymieni w pierwszej kolejności. Jednak nawet w rejonach popularnych i lubianych istnieją ukryte miejsca, których odwiedzenie pozwala przenieść się w inny świat.

W Tatrach nastała jesień i nadszedł długo wyczekiwany okres bez upałów i gwałtownych burz, a także bez wszechobecnego tłoku. Zjawiliśmy się w naszym ukochanym skrawku Tatr z zamiarem wytyczenia nowej drogi na okazałej, wschodniej ścianie Rysów.

Chłód poranka łagodził trochę trud podejścia. Nie było już tak gorąco, jak w pełni lata. Gdy szliśmy pod wschodnią ścianę Rysów, z plecakami wypchanymi sprzętem wspinaczkowym i ekwipunkiem na biwak, idealnie dopasowaliśmy się do charakteru Doliny Ciężkiej. Ciężki był bowiem nie tylko bagaż na ramionach. Znacznie większy każdy z nas niósł w sobie… Stres przed trudną wspinaczką. Mocniej go odczuliśmy, gdy minęliśmy fragment porosły piękną kosodrzewiną i Ciężki Staw – najwspanialsze, tatrzańskie zielone bogactwo – przeszliśmy próg Zmarzłego Stawu i przed oczami ukazał się nasz cel. To miejsce przenosi w całkiem inną przestrzeń. Nie ma już dominującej zieleni z feerią barw w tle. Za progiem zaczyna się królestwo granitu. Wokół tylko szarości i pionowe zerwy. Ponura ściana Galerii Gankowej zwiesza się po lewej stronie, a przed nami, ponad długimi językami piargów, dolinę zamyka północna ściana Wysokiej. Za to Rysy, widoczne po prawej stronie, nie wyglądały aż tak groźnie. Skała świeciła, opromieniona porannym blaskiem, jak gdyby zapraszała. Nic dziwnego, ma przecież wschodnią wystawę, więc przy słonecznej pogodzie zerwy Rysów błyszczały przepięknie.

Tego dnia panowała absolutna cisza. To znaczy, niezupełnie akurat w czasie naszego podejścia… Sapaliśmy bowiem głośno, przeganiając spokój wyniosłych szczytów. Im bliżej podchodziliśmy, tym donośniej niosło się echo postękiwania.

Pająk podczas wytyczania drogi Rysy Na Sercu

Co jakiś czas zerkaliśmy w górę, by odszukać przebieg istniejących dróg i skonfrontować je z linią, którą mieliśmy w wyobraźni. W końcu stanęliśmy pod ścianą i po nieco przeciągającym się przepakowaniu gratów mogliśmy ruszać. Dzięki przewodnikowi Włodka Cywińskiego wiedzieliśmy, że wyraźną rampą po prawej prowadzi stara droga braci Goetlów, w lewo szarą depresją rozpoczyna się Direttissima i dwie inne linie, natomiast jeszcze dalej na lewo ściana wyraźnie staje dęba, wyodrębnia się z niej niewielki filarek i gdzieś, coś, jakoś… Chyba tu zaczniemy.

Od startu teren nie puszczał łatwo. Prowadziłem pierwszą długość liny i pokonałem z 50 metrów o trudnościach skrajnie trudno, może z minusem. Jak na początek – idealnie… Jednak następny wyciąg zmusił mnie do użycia techniki hakowej. Nie umiałem przejść go inaczej, zresztą nie był ewidentny i nie wyglądał na łatwy. Pomogło wbicie kilku jedynek, żadna z nich jednak nie stanowiła dobrej asekuracji. Do tego półka poniżej, jakby czekająca na ewentualny błąd. Obciążanie blaszek nabrało wyjątkowego smaku… Zastanawiając się później nad wyceną trudności tego odcinka, przypomniałem sobie zasadę „mistrzów ślusarskich” z lat 70. i 80., Fijałkowskiego i Kiełkowskiego: „Jeżeli przelot nie wypadł, wytrzymał obciążenie – dajemy A1”…  Moje jedynki były wbite skośnie i płytko, ale nie wypadły.

Udało nam się pokonać dolne spiętrzenie filara, a teren powyżej wyglądał zachęcająco i stawał się wyraźnie łatwiejszy. Sprawnie przegnaliśmy więc kolejne 200 metrów pod zwieszające się, jasne skały. Podchodząc, stopniowo dostrzegaliśmy coraz więcej szczegółów – teren wyglądał niepewnie i raczej nie zachęcał do próby przejścia. Z przewieszek zwieszały się zaklinowane, odstraszające, duże bloki. Okazało się też, że jest już mocno po południu, więc powinniśmy rozejrzeć się za jakimś miejscem na biwak. A gdyby tak wytrawersować nieco w lewo, w stronę filara? Może udałoby się dojść na dogodną półkę. Tak też zrobiliśmy i, o dziwo, miejsce okazało się jakby zamówione na tę okazję.

Biwak we wschodniej ścianie Rysów. Wygodna, spora, trawiasta półka. Cisza absolutna. Pod nami Dolina Ciężka, uznawana za jedną z najpiękniejszych w Tatrach. Ale nie były nam w głowach zachwyty, gdzieś u góry zwieszały się bowiem kruche bloki. Dzięki wytrawersowaniu na flar nie bylibyśmy wprawdzie w ich bezpośrednim zasięgu, ale… Ciężar wielkich skał był niemal wyczuwalny, co źle wpływało na jakość snu.

Drugi dzień wspinania

Pierwsze promienie słońca nieprzyzwoicie wcześnie aktywowały do działania. Na dodatek dobrze oświetlona ściana odsłoniła niewidoczne do tej pory szczegóły, burząc nieco sielankę błogiego śniadankowania na wygodnej półce. Teraz mieliśmy już pewność, że tam, gdzie zamierzaliśmy iść, nikt z nas nie ma odwagi się wbijać. Jednak wyglądało na to, że da się ominąć przewieszony i kruchy fragment po lewej stronie. Tak, to było rozwiązanie! Choć nie wydawało się łatwe – a jak się niebawem okazało, było nawet skrajnie trudne (może VI+, może VII–) – jednak właśnie tędy przedostaliśmy się ponad pas obrywających się skał. W opisie drogi zanotowałem: „Przepiękne, przewieszone zacięcie prowadzi w białej, świadczącej o niedawnych obrywach skale wprost pod dach. Wokół pełno luźnego, białego rumoszu, rysa w zacięciu i szczeliny w dachu wypełnione są zaklinowanymi kamieniami, półeczki pokryte odłamkami. Z uwagi na ten budzący obawy widok i nasze silne przywiązanie do życia, zdecydowaliśmy się ominąć Wielki Okap po lewej […] i wyjść ponad końcowe spiętrzenie filara. Udało się nam wydostać ponad trudności ściany, teren stawał się bardziej przystępny, a pogoda utrzymywała się wspaniała. Czuliśmy już, że się uda”.

Prowadziłem ostatni wyciąg, ponad którym trudności miały się kończyć. Wystawiłem głowę nad głaz, skąd powinno być widać wierzchołek, ale szczytu nie udało mi się dostrzec… Dziwne! Jednak wiedziałem, gdzie musi się znajdować – nie mógł być nigdzie indziej, niż pod wielką, różnokolorową plamą kurtek i polarów, oświetloną pięknym, wrześniowym słoneczkiem. Z miejsca tego dochodził też gwar… A właściwie ogłuszający jazgot. Po 2 dniach spędzonych w ścianie, w niemal absolutnej ciszy, scena przed nami niepokojąco przypominała wyobrażenia Dantego. „Uciekamy!” – rzuciłem, choć nie trzeba było tego nawet mówić. Jak najszybciej zaczęliśmy odwrót do cichej Doliny Ciężkiej.

Długie podejście, trudna, dwudniowa wspinaczka, biwak w ścianie… Przeżyliśmy w Tatrach wspaniałą przygodę, o charakterze i wymiarze niemal alpejskim. Na dodatek udało nam się poprowadzić nową drogę na ciekawej, rzadko odwiedzanej i dużej tatrzańskiej ścianie. Linię nazwaliśmy Rysy Na Sercu. Zadra pojawiła się tylko na szczycie.


Tekst został opublikowany w 268 (3/2019) numerze magazynu GÓRY.
Możesz go również przeczytać na naszym czytniku
 – czytaj.goryonline.com

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2024