Marzec, na którzy zaplanowaliśmy wyprawę w ukraińskie Bieszczady, zadziwiał obfitością śniegu. Bezpośrednio przed naszym wyjazdem sypało przez parę dni i wszyscy wtajemniczeni w nasze plany kiwali z dezaprobatą głowami. Nasza grupa liczyła pięć osób: Marzanka, Robin, Paweł, Michał (jedyny narciarz turystyczny) i ja (na wypadek jakichś komplikacji wszyscy pokładaliśmy nadzieję w zimowym ekwipunku Michała). Plan mieliśmy bardzo ambitny: Pikuj (1406 m n.p.m.), Ostra Hora (1407 m n.p.m.) i Połonina Równa (1482 m n.p.m.) – najbliższe połoniny za naszą wschodnią granicą w siedem marcowych dni.

Wreszcie nocą, z 9 na 10, wyruszyliśmy „Bieszczadami” ku nowej przygodzie. Noc w pociągu upływała na dokładnym przeglądaniu map, wzajemnym straszeniu się i odwiecznym zajęciu traperów, czyli reparacji sprzętu (np. doszywaniu szelek do „z lekka” za dużych ortalionów). W Zagórzu przeskakujemy do pociągu międzynarodowego do Chyrowa (mało czasu), a dopiero w Krościenku, ostatniej stacji po polskiej stronie kupujemy bilety, ważne kilka miesięcy (opłaca się w tam i z powrotem, bo po ukraińskiej stronie droższe i trudniej osiągalne, niedostępne są też w krakowskich dworcach). Przy kontroli celnej najlepiej posiadać jakiś atrybut polskości np. dobry sprzęt lub modną kurteczkę, a na pytanie – Polacy? – odpowiadać głośno i wyraźnie: Oczywiście, panie oficerze! Wiarę celnika w naszą narodowość może nadwątlić np. wypłowiały ortalion i „bujna czupryna” na 5 mm. Wówczas następuje uszczegóławiające pytanie: TEN TEŻ?! Przed takim problemem stanął Michał i musieliśmy bardzo mocno przekonywać ukraińskiego „mytnika”, że dziwny wygląd naszego kolegi i jego ortalioniku są wynikiem chodzenia po polskich górach, a nie hołdowaniem ukraińskiej modzie.

Dojazd po ukraińsku

Wreszcie przejeżdżamy granicę z zadumą obserwując zasieki „systiemy” i rzędy wieżyczek strażniczych zaglądających nam do przedziału z obu stron. W Chyrowie nasze plecaki i sprzęt wzbudzają zaufanie celników i po paru minutach jesteśmy w poczekalni. Mamy pół godziny, aby pobieżnie zwiedzić miasteczko. Największe wrażenie robi słynne kolegium jezuitów (obecnie koszary komandosów), potężny gmach górujący nad miasteczkiem i doskonale widoczny już ze stacyjnego peronu.

Lokalny pociąg relacji Niżankowice-Sambor wywołuje mieszane uczucia, część siedzeń malowniczo powyginana piętrzy się w tyle nieogrzewanego wagonu. Świeże zimowe powietrze (ok. -15˚C) wpadające przez powybijane okna znakomicie poprawia krążenie i ostrość myślenia: „Co nas znowu podkusiło, tak nam dobrze w domu było?!”. O wyjściu do toalety nie ma co marzyć, brak w niej drzwi, brak okna, brak muszli, brak części podłogi, reszta oblepiona czymś dziwnym. Po ponad godzinnym kostnieniu w rozwojowej wersji bydlęcych wagonów, dojeżdżamy do Sambora. Okazuje się oczywiście, że wynalazek korelacji pociągów jeszcze tu nie został wprowadzony w życie i z pociągiem na Zakarpacie rozmijamy się o 15 min, następny dopiero w nocy. Czas pożytkujemy na zapobiegawcze obżarstwo i zwiedzanie pięknego, choć strasznie zaniedbanego Sambora.

Po powrocie z przechadzki szczęście się do nas uśmiecha od ucha do ucha i trafiamy na pracowniczy autobus jadący aż pod samą przedwojenną granicę do Krywki (ok. 100 km). Po krótkich negocjacjach uzyskujemy całkiem przyzwoitą cenę i wreszcie ruszamy dalej. Z mapami w rękach i nosami przyklejonymi do szyby chłoniemy z Michałem i Pawłem widoki i rozgryzamy pierwsze panoramki gór dorzecza górnego Dniestru, a w okolicach Turki — naszych Bieszczadów za Sanem i Środkowych nad Stryjem. Z tyłu słychać Robina, który zawiązał znajomość z potomkami szlachty zagrodowej, jakimiś Wysoczańskimi, llnickimi czy Turczańskimi i z dumą pokazuje reprinty WIG-owskich „setek” okolicznych terenów. Wieczorem docieramy do Krywki i żegnani przez przemiłego kierowcę stajemy u wrót tego o czym marzyliśmy. W gęstniejącym mroku idziemy w górę wsi, z której już przed wojną została przeniesiona do lwowskiego skansenu jedna z najpiękniejszych karpackich drewnianych cerkiewek.

Widok obcych idących o tej porze w góry i to w dodatku w jakichś plastikowych, różowych i fioletowych butach, wzbudza małą sensację. Z każdego domu patrzą za nami ciekawe główki dzieci czy lepiej ukryte za zasłoną głowy dorosłych, a my mamy możliwość podziwiania pod sufitami izb bojkowskich obraznyków, nierzadko z portretem Franciszka Józefa na poczesnym miejscu wśród świętych obrazów. Wyjaśnia się też dlaczego nasze przybycie nie wywołało reakcji podobnej lądowaniu kosmitów. Otóż w górnym końcu wsi stoi turbaza—pryjut, całkiem przyzwoicie wyglądająca (wedle informacji miejscowych podobna baza noclegowa w cenie kilku $ znajduje się też w niedalekiej Libuchorze). Miła i rozsądna tutejsza młódź turystyczna jest co najmniej zaskoczona naszą niechęcią do skorzystania z gościnności schroniska. Wychodzimy ze wsi i „zaczyna się”.

W krainie pani Zimy

Bardzo przyjemne podejście w śniegu po kolana zamienia się szybko w mordercze torowanie w puchu powyżej pasa, ale przecież tego chcieliśmy, wreszcie „góry i wolność dokoła”. Po godzinie euforia gdzieś uciekła (nieprzespana noc w pociągu daje o sobie znać) i stwierdzam, że zniewolenie się ciepłym śpiworem bardzo by tej wolności nie uszczknęło. Pamiętam jeszcze tylko szybką kolację, po czym następuje od razu świt (dziwne?).

Wystawiam głowę z namiotu i od razu zobaczyłem to, o co nam chodziło, POŁONINA w słońcu. Taki widok stawia na nogi umarłego turystę, a co dopiero nas. Chwilę potem w śniegu po pas, ale za to w podkoszulkach, zmierzamy wytrwale w stronę głównego grzbietu wododziałowego. Pomiędzy dorzeczami Stryja a Latorycy jest on niski, stanowiąc Bramę Werecką, od starożytności wykorzystywaną przez różne hordy do przekraczania Karpat. Także obecnie w pobliżu przebiega główna ukraińska szosa transkarpacka, dobrze widoczna u naszych stóp w dolinie Latorycy, a ponad obniżeniem Wierchowiny Wereckiej wyraźnie rysuje się najwyższe pasmo Bieszczadów — Połonina Borżawa (Stoh 1679 m) — w całości leżące na terytorium dawnych Węgier. Od Pikuja dzieli nas tylko parę kilometrów i jak myśleliśmy parę godzin (o naiwni!). Kawałek po ładnie przewianej polance (Peregib) jest cudowny, potem wchodzimy w las i cudowność zaczyna być troszkę zagłuszana zmęczeniem nóg mieszających zaciekle śnieg. Michał jako jedyny narciarz, nudząc się niepomiernie woził nam plecaki po 200 m do przodu, a my staraliśmy się „płynąć” za nim. Zdjęcie 30 kg z pleców oznaczało zapadanie się tylko po pas, a nie po ramiona. Biedna Marzanka, by podążać w ślad za nami, dokonywała cudów elastyczności (cóż za trening do kankana), czasami pomagając sobie rękami wyciągać kończyny dolne z zasp. O zmroku jesteśmy wykończeni, a doszliśmy zaledwie do ostatniej przełączki przed szczytem (polana Koszaryszcze, 1000 m npm, piękny widok na czekający nas jutro kawałek grzbietu tzw. Poł. Szerdowską).

Z planów podbojów Ostrej Hory i Połoniny Równej rezygnujemy zgodnie i z zadziwiającą łatwością (perspektywa podejścia zalesionymi stokami w tempie 6 km/300 m w górę/dzień czyni wcześniejsze plany nierealnymi). Rozpalamy ognisko (suchego drewna w przeciwieństwie do propanu-butanu mamy wokół siebie spore nadwyżki), grzejemy się, śpiewamy i gotujemy strawę, a Pikuj pięknie oświetlony przez księżyc stoi nad nami. Tego wieczora pierwsza strata w sprzęcie, Robin gubi menażkę w kopnym śniegu i przez dwie godziny wymyśla pod nosem podłym łasiczkom, które ani chybi gdzieś ją uprowadziły. Oprócz menażki ginie także ognisko, które zniknęło nam sprzed oczu wtapiając się na metr pod śnieg i mówiąc dobranoc.

Piękne połonińskie dni

Rano budzi nas słońce zaglądające do namiotu wraz z Pikujem. Nie ma co tracić czasu, chcemy jak najszybciej stanąć na szczycie. Z początku kopny śnieg, potem powyżej granicy lasu ubita skorupa — beton (jakże łatwo się po tym chodzi!). Zza wałów osuwiskowych odsłania się coraz więcej połoniny, a powoli i sam szczyt. Podświadomie przyspieszamy i prawie biegiem stajemy na górze. Miał rację Mistrz Gąsiorowski pisząc: dzięki kształtowi, odosobnionej wyniosłej piramidy daje on [Pikuj] rozległe widoki na wszystkie strony…

Ljutańska Holica, Ostra Hora, Połonina Równa, Borżawa, Trościan i reszta Bieszczadów Wsch. aż po Gorgany rzuca się w oczy od razu.

Niestety Zach. Bieszczady z Bukovskimi Vrchami i Vihorlat zasnute są mgiełką. Robimy chyba z siedem wariantów zdjęcia na piku, po czym schodzimy na południową skalistą część szczytu. Świetne miejsce na poprowadzenie bieszczadzkiej Perci Akademików. Ze szczytu wspaniale widać asymetrię w budowie pn. (łagodnych) i pd. (wręcz przeciwnie) stoków Połoniny Pikujskiej — analogia z Pasmem Połonin w Polskich Bieszczadach, również zbudowanego z obalonego na pd. fałdu płaszczowiny śląskiej, dodatkowo zaakcentowane przez większą o kilkaset metrów różnicę wysokości względnej na Zakarpaciu.

Ruszamy dalej, połonina przewiana jest tak, że miejscami wystają resztki trawy, piechurzy mają lepsze tempo od Michała—narciarza, który musi omijać złomiska i bezśnieżne granie. Śnieg przykrywa płaj biegnący środkiem i maskuje wszelkie inne ślady ingerencji człowieka. Raz tylko spotykamy „odwiane” ślady nart, może jakiś turysta ukraiński ze Lwowa, a może jeszcze ślady jakiejś przedwojennej „wyrypy”? Marzenia są przyjemne, lecz sen potrzebniejszy i po pysznej kolacji zatapiamy się w puch śpiwora.

Na drugi dzień wstaję wcześniej, ubieram narty Michała i łapię owego słynnego bakcyla narciarstwa turystycznego (a przyjaciele coś wspominali o jakimś szczepieniu przed wyjazdem na Ukrainę). Śnieg, narty z fokami, wiatr we włosach, dobra kaszka i miękki papier toaletowy to jest życie: VIVANT NARTAE! Chwila radości szybko mija, trzeba wrzucić plecaczek na grzbiet i „pieszkom” zasuwać dalej. Pogoda ciągle łaskawa, rozbijamy namioty pod Starostyną. Michał zdążył jeszcze przed zmrokiem wejść na szczyt, zrobić trochę zdjęć zachodu słońca i zjechać z „przytupem i międzylądowaniem”.

Kolacja jak zawsze wspaniała: kaszka z płatkami, do picia barszczyk czerwony na śniegowej wodzie, a na deser czekolada, czasem nie wiadomo skąd pojawiały się „mrożone” kabanosiki. Po czymś takim śpi się jak niemowlę, chyba że Robin akurat zacznie szyć plecak (co robił prawie codziennie z wielkim namaszczeniem) lub… krzyczeć przez sen, żebym uciekał (to chyba po tych kabanosach?).

Właściwie to nie mam co narzekać, że spałem z Robinem w namiocie, bo przynajmniej: nie spał w butach (jak Paweł), nie chrapał (jak Michał), nie kopał po głowie (jak Paweł) i nie gubił bielizny (jak Michał), nie wychodził się przebierać za namiot (jak Marzanka, która postanowiła przysparzać nam jak najmniej kłopotów).

Przez ostatni dzień pobytu na połoninie z Drohobyckiego Kamienia i Kińczyka mieliśmy widoki na polskie Bieszczady za Przeł. Użocką. Gniazdo Tarnicy, Halicza i Kińczyka Bukowskiego, na lewo Połoniny i Rawki, a wszystko to odcina się słoneczną bielą śniegu od okalających lasów. Niewątpliwie Połonina Pikujska dzięki roztaczającym się z niej widokom jest sercem całych Bieszczadów.

Chwile grozy podczas zacieśniania stosunków

Bardzo polecamy zejście, a właściwie zjazd do Husnego. Klimat w dolinie dla nas tropikalny, a nasze lekkie ubiory wywołały zgorszenie wśród babuszek bojkiń ubranych w „tradycyjne kufajki”. Cerkiew ładna, ale zapuszkowana blachą, obok na terenie przycerkiewnym resztki kołchozowej stajni (takie były czasy). Piekielnie nudny przemarsz do Użoka i tu podwójna niespodzianka: przepiękna drewniana cerkiewka i dodatkowo zestaw „mały zapychacz”, czyli śledziki z Rzeszowa plus kompot śliwkowy, które można dostać w prywatnym sklepiku. Wieczorem okrągli z obżarstwa toczymy się asfaltem w dół doliny do Wołosianki. Po drodze podziwiamy śmiałość dzieła c.k. inżynierów prowadzących krętymi serpentynami i tunelami linię kolejową przez Przełęcz Użocką na początku wieku.

Mijamy szlaban służący do kontroli ruchu na tej „„strategicznej” drodze prowadzącej przecież tak blisko polskiej granicy i co się okazuje, my przechodzimy gładko, Marzanka nie do końca. Jej widok wywabia z budki miłego funkcjonariusza, który dopiero po chwili rozmowy uwierzył nam, że nie spadliśmy na jego szlaban prosto z Piniaszkowego czy Opołonka. Już bez żadnych przeszkód docieramy do stacji w Wołosiance. Z zewnątrz budynek wyglądał normalnie i nic nie zwiastowało grozy jadącej już w tę stronę na saniach z zaprzężonymi hucułami, Siwkiem i Karym. Pociąg do Sambora mieliśmy dopiero o czwartej w nocy, więc rozłożyliśmy mały biwak na podłodze w niczym nie przeszkadzając śpiącemu w rogu Ukraińcowi spod Charkowa, a nawet od czasu do czasu popijając jego zdrowie winem doniesionym aż tutaj z „Domu Wina”. Na nasze nieszczęście około północy zamknięto miejscową prywatną knajpę i przed stacyjkę zajechały z cichym dzwonieniem owe nieszczęsne sanie. Do poczekalni wtoczył się najpierw potężny topór, a zaraz potem jego kompletnie pijany właściciel z równie pijaną oparami czapką uszanką na głowie. Najpierw poinformował nas łaskawie, acz troszkę bełkotliwie, że jest drwalem i od czterech dni próbuje wrócić z lasu do domu i kochającej żony, lecz zawsze jakaś melina staje mu na drodze. Po czym z nastroju rozrzewnienia przeskoczył w dziecinną radość na widok „cudownego” palnika, a jego błogostan mąciły troszkę tylko nasze odpowiedzi, że nie mamy ani „horyłki”, ani co kurit, bo wracamy już do Polski. Poczęstowaliśmy go natomiast chlebem i barszczykiem, lecz to źle wpłynęło na przepity organizm. Następnym stadium życia lesoruba był bezruch, a o wciąż tlącym się życiu świadczyło jedynie lekkie kołysanie siekiery i ciężki oddech ruszający futerkiem uszanki. Cóż było robić, wierząc w opatrzność rozłożyliśmy karimaty i spod pół przymkniętych powiek leżąc patrzyliśmy czujnie na drwala. Niespodziewanie wstał i krokiem znanym z tak wielu filmów grozy zaczął zmierzać w stronę śpiącego w rogu pobratymca, którego uważał za Rosjanina, a topór w jego ręku kiwał się z nieludzką regularnością. Poczułem, że jest mi zimno pod śpiworem puchowym, a po krzyżach chodzi mi coś dziwnego. I nagle pośród tego napięcia obudził się nieświadomy niczego Ukrainiec (do dzisiaj zastanawiam się czy to nie uratowało mu życia), ze zdziwieniem patrząc w oczy stojącej przed nim postaci. Drwala wyraźnie to zmieszało, gwałtownie zmienił kierunek i podszedł do zasłaniającego wejście drewnianego wiatrołapu. Paroma uderzeniami siekiery klasycznie go sobie z obu stron podrąbał, po czym kopnął drzwi i wypadł na zewnątrz. Jak widać zbójnicki duch w karpackim narodzie nie zaginął.

Śpiący Ukrainiec całkiem oprzytomniał, my też jakoś nadzwyczaj szybko byliśmy na nogach. Przez parę minut dochodziliśmy do siebie, gdy nagle szyba okienna rozleciała się z hukiem i prosto pod naszymi nogami wylądował wielki kamień. Oznaczało to tylko jedno: pechowe sanie wciąż stoją na zewnątrz, a właściciel chodzi wokół dworca.

Epilog

Nigdy nie słyszałem tylu wisielczych dowcipów (szczególnie o siekierze), co przez tamtą godzinę. Nie byliśmy pewni do końca, czy po wystawieniu głowy przez drzwi da się ją jeszcze wnieść na karku z powrotem, były co do tego chyba nawet jakieś zakłady i obstawianie.

Groza powoli mijała, a pierwsi pasażerowie przybywający na nasz pociąg dodali nam otuchy. Bez przeszkód, aczkolwiek zwartą grupą przeskoczyliśmy „wartko, ale cichuśko” do pociągu, gdzie zwykłe deski zwane popularnie na Ukrainie „plackartami” wydawały nam się bezpieczne i przytulne jak fałd matczynej spódnicy.

Ułożyliśmy się na nich z braku miejsca po dwoje i próbowaliśmy przedrzemać do świtu. Nie było to łatwe zadanie, więc świt powitałem cichym przekleństwem i rozprostowałem obolałe członki. Jedyną przejrzystą szybą w całym wagonie była nieistniejąca szyba w drzwiach i miejsce to stało się szybko moim ulubionym stanowiskiem do obserwacji mijanych bojkowskich cerkiewek. Resztę czasu podróży poświęcałem na „polegiwanie” na cudem zwolnionym „plackarcie”.

W Samborze jak zwykle okazało się, że korelacja pociągów nie jest znana za wschodnią granicą. Nasze nadszarpnięte z lekka nerwy po ostatnich przeżyciach nie bardzo chciały pozwolić na spędzenie siedmiu godzin na dworcu. W desperacji wynajęliśmy za dziesięć dolarów taksówkę ,„Wołgę”, dokonaliśmy zapakowania do niej nart, plecaków plus siebie i stanowczo poprosiliśmy o dowiezienie nas na czas do Chyrowa. Pan taksówkarz jechał na ile mu drogi i kochana „Wołga” pozwalały i udało się. Odprawa odbyła się co prawda prawie w biegu, ale wskoczyliśmy do pociągu.

Po polskiej stronie wielkie odprężenie, trochę śmiechu z przemytników, trochę wspomnień tych miłych z gór i tych z siekierą w tle i już snujemy plany następnych wyjazdów…

 

Tekst: Grzegorz Myśliwiec, współpraca Robert Korzeń, marzec 1997 (adiustacja: Dariusz Dyląg)

Artykuł pochodzi z nr 3 (46) GÓR marzec 1998. Więcej archiwalnych numerów znajdziecie pod adresem czytaj.goryonline.com