Krzysztof Belczyński – W poszukiwaniu raju utraconego

Opracował / BOGUSŁAW KOWALSKI
Zdjęcie otwarcia / Pierwsze copperheady wysoko na El Capitanie (droga South Seas), Yosemite


Tekst został opublikowany w 108 (5/2003) numerze magazynu GÓRY


31 lat. Żona Sylwia. Klub Wysokogórski w Toruniu. Studiował astronomię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pracę magisterską obronił w PAN w Warszawie. Tam też rozpoczął studia doktoranckie, które kontynuował jako stypendysta Uniwersytetu Harvarda w Bostonie. Obecnie pracuje na Uniwersytecie w Evanston, niedaleko Chicago.

W środowisku wspinaczkowym znany jako Krzykacz. Kto miał z nim styczność wie dlaczego. W czasie prezentacji slajdów w Toruniu z Ziemi Baffina swoją żywiołową opowieścią wsadził głęboko w fotel trzystuosobową widownię. Kilka godzin później w czasie imprezy w siedzibie Klubu wyciągnąłem od Krzyśka kilka szczegółów z jego wspinaczkowej biografii.

PRAPOCZĄTKI

Moja przygoda ze wspinaniem zaczęła się od dość dramatycznego zdarzenia. W trakcie tatrzańskiej wycieczki wpakowałem się w niezłe kłopoty. Skończyło się na tym, że musieli mnie ściągać ratownicy z niewielkiej półki wykutej w lodzie w ścianie Koziego Wierchu. Przestałem tam całą noc, asekurując się z wbitego w lód noża kuchennego. Nie muszę dodawać, że nie miałem raków, czekana, ani zielonego pojęcia o wspinaniu. Gdy obserwowałem sprowadzających mnie ratowników mój podziw wywołało ich zdecydowanie i umiejętność poruszania się w górskim terenie. Postanowiłem zostać taternikiem. Przy najbliższej okazji wpadłem na Betlejemkę i ku ogólnej wesołości zażądałem kursów. Gdy śmiech ucichł od stołu podniósł się Kaziu Śmieszko i zaproponował mi kurs skałkowy. Oczywiście skorzystałem z tej oferty, a później, również u Kazia zrobiłem kurs tatrzański. Pierwsze samodzielne kroki były dość bolesne, częściej niż miałbym na to ochotę, zdarzały mi się drobne awarie typu zbity tyłek czy rozbita głowa. Niezłym podkładem do wspinania było karate, które uprawiałem przez poprzednie dziesięć lat.

TORUŃ

Niezbyt dobrze przypominam sobie swój debiut – był to chyba niewielki domek stacji wodociągów miejskich w Szczecinie. Stał na uboczu i nie zawadzał nikomu. Pewnego dnia przybyłem tam z dłutem oraz młotkiem i przygotowałem sekwencje przechwytów w tynku… Po dwóch tygodniach w pozdzieranych tenisówkach swojej siostry zrobiłem swój pierwszy bulder. Krótko potem trafiłem na studia do Torunia, dostałem się na astronomię, na którą wówczas przyjmowano jedynie dziesięć osób. W obcym mieście, w dodatku żółtodziób wspinaczkowy, zacząłem poszukiwania jakichś wspinaczy lub miejsc treningowych. W 1990 roku ten sport był raczej elitarny, szczególnie na północy kraju i nikt się nie afiszować ze swoją pasją. Wystarczy powiedzieć, że spędziłem miesiąc na bezowocnych poszukiwaniach, zwiedziłem kilka dużych wydziałów na uczelni i nic – kompletna klapa.

Na jednych z zajęć WF zagadnąłem kolegę z roku o wspinanie. Okazało się że ów koleś, niejaki Cezary Dadura vel Johny, tak jak ja zaczął przygodę ze wspinaniem. Moje zaskoczenie było zupełne – czuliśmy się jak dwóch rozbitków na bezludnej wyspie. Johny miał więcej szczęścia ode mnie – znalazł Klub Wysokogórski i tam dowiedział się o ceglanym zamku eksplorowanym przez miejscowych wspinaczy. Przez cały kolejny rok wspólnie łoiliśmy w średniowiecznej cegle.

Droga Shiva Lingam – wyżej lekko wywieszony lód za VI, 4 wyciągi, Chamonix

ZACZNIJ OD FILARA,CZYLI GRUNT TO DUŻE WYZWANIA 

Zawsze interesowały mnie duże wyzwania. Na początku mojego wspinania zaraz po kursie letnim postanowiłem zdobyć Filar Kazalnicy zimą. Wybrałem się z równie niedoświadczonym partnerem, Markiem Gołębiewskim. Popłynęło tam trochę krwi, ale tak naprawdę to nie udało nam się nawet wbić w ścianę. Teraz myślę, że dobrze się stało, bo mogło to się dla nas źle skończyć. To była nauka hakówki na własnych błędach, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pamiętam jak w Klubie patrzono na mnie z politowaniem, gdy przed wyjazdem wyciągałem z magazynu sprzęt. Oliwy do ognia dolałem, wyjawiając cel wyprawy. Chyba niejeden pukał się w czoło za moimi plecami…

Ta droga nie dawała mi spokoju i kilka lat później w towarzystwie Jasia Gila ponowiłem próbę. To była dopiero przygoda. Ruszyliśmy około północy, zamierzając zrobić szybkie, jednodniowe przejście – minimum żarcia, lekkie ubranie, w ostatniej chwili wrzuciliśmy do plecaków śpiwory. Wcześniej zaporęczowaliśmy do Wielkiego Bloku i myśleliśmy, że wszystko pójdzie jak z płatka. Życie jest jednak bardziej skomplikowane, poręczówki zamarzły na beton i musieliśmy je łamać na kolanie żeby zrobić klar, karabinki otwieraliśmy młotkiem. Do Wielkiego Bloku dotarliśmy po ośmiu godzinach ciężkiej walki. Wybraliśmy najlepiej wyglądającą linę i ruszyliśmy do góry. Pod Wielkim Okapem zaczęło się robić ciemno, więc gdy znaleźliśmy się nad nim, to zapadła noc. Tu zjedliśmy resztki szturm-żarcia, zapiliśmy końcówką herbaty i zawiśliśmy do snu w kiepskich, pordzewiałych hakach.

To był początek naszej czterodniowej epopei. Następne trzy dni spędziliśmy na trawersie Kazalnicy. Zaraz nad Okapem zgubiliśmy Filar i mijaliśmy po kolei Pająki, Malczyka, Heinricha i wszystko, co było w zasięgu naszego wzroku. Z każdym dniem we znaki dawał się brak jedzenia i płynów, na szczęście śniegu było pod dostatkiem. Byliśmy coraz słabsi, a każdą kolejną noc zaliczaliśmy w wiszącym stanie. W dodatku już pierwszego dnia zgubiliśmy śpiwór. Po pierwszym kiblu pod ścianę podszedł ratownik, żeby się dowiedzieć czy mają nas ściągać i robił to każdego następnego wieczora. Czwartego dnia przeszliśmy Łapińskiego, przetrawersowaliśmy Schody do Nieba i mając praktycznie w zasięgu wzroku szlak, daliśmy za wygraną. Helikopter krążył już jak sęp bez naszego wołania i na tym się skończyło. Wyratowano nas praktycznie na zejściu. Dużo się wtedy nauczyłem, przede wszystkim o sobie. Człowiek jest w stanie wiele przetrzymać, nawet przez trzy dni jedząc wyłącznie śnieg.

HACZENIE

Hakówki uczyłem się sam. Z początku szło mi opornie, ale studia ścisłe mi pomogły i z czasem wszystko zaczęło iść gładko. Pierwsze haczenie to wspinaczki zimą w Tatrach, ale tak naprawdę to bluesa poczułem dopiero w Yosemitach. Pamiętam, że wypatrzyłem kiedyś z filmu sposób małpowania – gość miał świetny system – po pomiarach prowadzonych na stop-klatce wprost z ekranu oceniłem długości taśm. Tego patentu używam zresztą do dziś.

W haczeniu tak naprawdę wszystko rozgrywa się między strachem a trudnościami drogi. W pewnym momencie dopada mnie to, czy odważę się zrobić następny ruch, czy już nie? Byłem już kilka razy w takiej sytuacji, kiedy sięgałem po wiertło, już prawie zaczynałem wiercić i strach zaczynał brać górę. A jednak nie. Mówiłem sobie: „jeszcze tylko jedna, jedyna próba” i najczęściej puszczało bez wiercenia. Z drugiej strony hakówki na wielkich ścianach, wymagające wielodniowej akcji są prawdziwie czystą przygodą. Jest to swego rodzaju pionowe awanturnictwo, czyli coś co najbardziej lubię.

Owens River Gorge, Kalifornia – „Christmas Trip” 2002

SEZON 1996

W 1996 roku rzeczywiście miałem udany sezon, wspinałem się z Marcinem Tomaszewskim. Zaczynaliśmy od lekkiego truchtu, a skończyliśmy na pełnym sprincie przez Tatry. Gdy kończy się pierwszą drogę o dziesiątej rano, a deszczyk tylko lekko siąpi, to powstaje problem co dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem. Zwykle biegliśmy dalej. I po kilku godzinach byliśmy już w innej części Tatr. Przy okazji cały czas było nam ciepło. Z drugiej strony to ciekawe, gdzie człowiek ma swoje limity? Kiedy dużo” staje się „za dużo”? Łańcuchówki dają szansę odpowiedzi na to pytanie, a tak naprawdę to każdy może dużo więcej, niż sobie wyobraża. Czasami trzeba tylko odpowiedniego bodźca, silnej motywacji. My z Marcinem zawsze jakoś się tak w zdrowy sposób motywowaliśmy. Dzięki temu zawsze udawało nam się nawspinać do bólu. 

MARCIN

Odpowiedni partner to klucz do sukcesu, a Marcin to jest GOŚĆ. Dopóki się za nim nadąża to jest OK 😉 Ten facet ma nieskończone zasoby siły i psychy – no przynajmniej w porównaniu ze mną. Zawsze kojarzyłem tego typu cechy z całkowitym brakiem odpowiedzialności czy lekceważeniem trudnych sytuacji. Nie odnosi to się jednak do Marcina; ma on zdrowe spojrzenie na góry i wspinanie. Gdy trzeba napierać, to widzę jak daje z siebie wszystko, ale czasami, gdy trzeba się cofnąć lub obejść, to się nie zawaha. Każdemu życzę takiego partnera. A jakim ja jestem partnerem? Na pewno nie idealnym. Po zastanowieniu myślę, że nie chciałbym się wspinać z kimś takim jak ja, cha, cha…

MÓJ POZIOM

Docierały do mnie niepochlebne opinie na temat mojego poziomu wspinania wyrażane przez wielkich polskich alpinistów. Pewno mają rację, szczególnie ci najlepsi. Przecież nikt z definicji nie jest lepszy od najlepszego! Ostatnio za wyczyn uchodzi np. szybkość przejścia. Ja, gdy są warunki i mogę spędzić w ścianie dodatkowy dzień, to zrobię to z największą przyjemnością… Gdy jednak uznam, że trzeba, to wycofuję się bez wahania.

DOLINA

Od ”zawsze” moim marzeniem był wyjazd do Doliny Yosemite. Gdy po raz pierwszy ujrzałem El Capitana to powalił mnie na kolana. Pamiętam jak wjeżdżaliśmy nocą do doliny, a nad naszymi głowami pochyliła się potężna ściana oświetlona przez księżyc. Miała to być nasza pierwsza wspinaczka na El Capie, słabo mi się zrobiło…

Wbiliśmy się oczywiście w The Nose, to była prawdziwa walka. Każdy metr do góry był zwycięstwem nad lękiem, który nas topił. Powoli zdobywaliśmy wysokość, jednak pod wielkim okapem (2/3 drogi) skończyła nam się woda i musieliśmy się wycofać. W czasie wycofu mieliśmy małą przygodę, linia zjazdów urwała nam się w połowie ściany, gdzieś pomiędzy Salathe Nosem, na litych szarych płytach El Capa. Na dobitkę wisząc w ostatnich pordzewiałych spitach znaleźliśmy plakietkę z nazwiskiem Hardinga (pozostałość z pierwszego przejścia). No i musieliśmy wołać o pomoc… Byliśmy w jakimś zjazdowym zapychu sprzed trzydziestu lat!

Na Nosa wróciłem kilka lat później, w 1997 roku. Tym razem to była zabawa. Wraz z Anglikiem poznanym na Camp IV na przemian łoiliśmy dwa i pół dnia. Głównym obciążeniem był trzeci w zespole, przygodnie poznany partner. Okazało się, że musieliśmy uczyć go małpować – w ścianie El Capa!!! Szukanie partnerów na Camp IV jest trochę podobne do rosyjskiej ruletki.

Kolejna droga na El Capitanie to było South Seas A4. Jest to świetny trening przed wielkimi ścianami na świecie. Jednak w tamtym czasie sam bym się na to nie porwał. Najtrudniejsze wyciągi drogi przeciągnął Robert Sieklucki – „Menel”. Dla niego była to zresztą rozgrzewka przed Zenyatta Mondatta A4 solo i Jolly Roger – czyste” A5 (żeby użyć sformułowania „Szalonego”).

W górnych, litych i pięknych zacięciach na Nosie, El Capitan, Yosemite

Ostatni mój kontakt z El Capem to wspinanie w zespole mieszanym. Na ten pomysł wpadła Dorota Janowska z UKA Warszawa, wspięliśmy się w stylu, jak ja to nazwałem, rekreacyjnym. Moja partnerka zawsze wypatrzyła coś ciekawego. Jednak powoli zdobywaliśmy teren i muszę się przyznać, że spodobał mi się ten sposób wspinania. Szczególnie, gdy któregoś kolejnego dnia w ścianie można było rozsiąść się w portaledge’u i wysączyć chmielowy napój. Swoją drogą to kobiety świetnie sobie radzą w dużych ścianach. Dziwi mnie, że tak niewiele dziewczyn uprawia tę działkę. Ale jak już to robią, to są nieprzeciętne, startują od poziomu A2/3, a niektóre należą do ścisłej światowej czołówki – patrz Sylvia Vidal.

Dolina Yosemite jest dla mnie jednym z najpiękniejszych rejonów wspinaczkowych na ziemi. Cały czas zastanawiam się nad przeprowadzką do Kalifornii. To byłoby coś niesamowitego: weekendowe wypady w taki rejon!!! Jak do tej pory odwiedziłem Dolinę dziesięć razy i zawsze było to dla mnie duże przeżycie. Najbliższy wyjazd jest tuż, tuż. Tym razem jadę z Marcinem Tomaszewskim na zimowe przejście El Capa… Będzie pięknie, aż drżą mi ręce na myśl o tym wyjeździe (o zimowej przygodzie Krzyśka na El Capie można przeczytać w GÓRACH 1-2/2003 – przyp. red.).

TAŃCZĄC W CIEMNOŚCIACH

Wyprawa do Karakorum była moją pierwszą z tych dużych. Cel był wzniosły, a walka w ścianie po prostu słodka. Wspinanie tam było naprawdę wspaniałe – gdzie nie spojrzeć lodowce, okryte śniegiem szczyty. Wśród dolin i lodowców krążą niewielkie wyprawy z różnych stron świata. Amerykanie, Angole, jacyś Rosjanie, każdy podąża za swoim wyśnionym celem – niemal na dachu naszego globu.

Karakorum, Pakistan to też świat ogromnych kontrastów. Pakując się do wyjazdu przez ramię oglądałem film „Dancer In The Dark” z Björk w roli głównej. Film ten sprawił mi wręcz fizyczny ból. Niesprawiedliwość świata, wykorzystywanie, całe zło i małość. Krótko potem ujrzałem to w Pakistanie – ludzi, którzy żyją w koszmarnej nędzy, umierający w rynsztokach, nieświadomi chyba nawet swojego nieszczęścia, bez żadnych szans na przyszłość, bez kolorów, nadziei… Może to tylko mój obraz, ale ja nie mogłem tego zaakceptować. Jedyne, czego chciałem, to uciec stamtąd. W górach było idealnie, ale gdy wróciliśmy w doliny ledwie mogłem to znieść. Wiedziałem, że są na świecie miejsca, gdzie jest bardzo ciężko, ale nie sądziłem, że to tak wygląda. Na dobitkę jeden z Pakistańczyków mieszkających na granicy z Afganistanem opowiadał mi, że u nich to jest super, a źle to jest po drugiej stronie. Na tyle źle, że Afgańczycy uciekają do Pakistanu, licząc na wsparcie socjalne bogatszego sąsiada. No comments.

BAFFIN

Wyprawa na Ziemię Baffina była dla mnie pierwszym doświadczeniem w organizowaniu i przygotowaniu logistycznym wyprawy. Sporo się w naszym środowisku mówiło o tym celu od wielu lat. Byłem w składzie wyprawy na Wyspę kilka lat temu, w końcu wspólnie z Marcinem udało nam się tam dotrzeć. Ziemia Baffina mnie zachwyciła, jest tam pusto i pięknie, gdzie nie spojrzysz, widać po horyzont góry i lodowce. Ilość nietkniętych ludzką ręką big-walli po prostu powala na kolana.

Zaskoczyła mnie tam pogoda – wcale nie jest jakoś strasznie zimno.

Podczas ładnego dnia jeden polarek wystarcza i ogólnie może być bardzo przyjemnie. No może poza plagą komarów. Zimne i deszczowo-śnieżne dni zdarzają się jednak (my mieliśmy tak pół na pół). Tak w ogóle to kiedyś chciałbym wrócić na Baffina i jeszcze się tam powspinać! Trzeba jednak pamiętać o tym, że to jeszcze wciąż trudno dostępny rejon.

Absolute End była dla mnie z kilku powodów bardzo trudną i wymagającą drogą. Mam na myśli logistykę całego przedsięwzięcia, niedostępność ściany z powodu jej położenia, no i oczywiście trudności techniczne. Po zrobieniu tej drogi pozostało mi uczucie spełnienia i dobrze wykonanego zadania. Do dziś śmieje mi się gęba, gdy myślę o co bardziej wywalonych w powietrze wyciągach.

Nie przygotowywałem się do tego wyjazdu w jakiś specjalny sposób. Już od dłuższego czasu nie trenuję dla samego treningu. Podnoszę swój poziom tylko poprzez wspinanie. Zauważyłem pewną zależność: im więcej trenuję tym mniej się wspinam, głównie z powodu kontuzji. Obecnie, niemal co weekend wspinam się w skałach i zawsze jestem w pełni sił. Z tego powodu nie robię straszliwych trudności w skale. Dla mnie tak naprawdę liczy się walka na maksymalnym poziomie i przełamywanie kolejnych, wydawałoby się niemożliwych do pokonania barier fizycznych. A to można robić zarówno na poziomie VI, jak i VI.7. Każdemu jego Everest!

***

W zasadzie to lubię wspinać się w każdej formie, no może poza łojeniem w skałach na własnym sprzęcie. Jakoś nie widzę potrzeby. Gdy jestem w skałkach, koncentruję się na trudnościach i zrobieniu najtrudniejszej drogi.

Nigdy nie miałem autorytetów wspinaczkowych i nie uważam takich za niezbędne. Jest to sport bardzo osobisty, to walka z własnymi słabościami. Zawsze robiłem wszystko po swojemu i mam z tego kupę frajdy. Natomiast lubię słuchać i oglądać relacje z dobrych przejść, wyczynów. To mnie zawsze motywuje i pozwala określić przyszłe cele. Na dziś moje jedyne plany to wspinać się ile tylko wlezie, wszystko jedno, czy na wielkich ścianach, czy też na piętnastometrowych drogach w skałach. Ważne, żeby do góry!!!

Planów życiowych nie mam, bo skąd mam wiedzieć co dalej?! Ja tak naprawdę nie wiem po co żyję, skąd przyszedłem i dokąd zmierzam…

WAŻNIEJSZE PRZEJŚCIA:

Liberte, Grote de Bournillon (Francja) A2; 4 dni (350 m wysokości, 180 m wywieszenia); Michał Bulik 

The Nose, El Capitan (USA)A2, 5.11; 3 dni (1000 m); Angol, Irlandczyk

Regular Route, Half Dome (USA) A2, 5.9; 2.5 dnia (700 m); Amerykanin

El Matador, Devils Tower (USA) 5.10d; Amerykanin 

Shiva Lingam, Lodowiec Argentiere (Francja) VI lodowe (zima), lód 95 stopni; Wojciech Wiwatowski

Contamine-Mazeaud, Mont Blanc du Tacul (Francja), lód 65 stopni, 350 m (zima); Wojciech Wiwatowski 

Regular Route, Romsdal Horn (Norwegia) VI+, 1.5h (400 m); Grzegorz Bittmar

South Seas, El Capitan (USA) A4; 12 dni (900 m) – pierwsze polskie; Robert Sieklucki, Tomasz Bender 

Lista Obecności, Wielka Turnia (zima); pierwsze powtórzenie (Droga Muskat, Wilczyński, Jania), VI trawkowe; Grzegorz Bittmar

Direttissima, Młynarczyk A3 (org. A4); 3 dni; Marek Kaliciński

Dancer in the Dark, Denbor, Karakorum (Pakistan) A3+; 8 dni (600 m) 2001 pierwsze przejście; Marcin Tomaszewski

Zodiac, El Capitan (USA) C3+ 5.10; 8 dni (650 m); Dorota Janowska

Absolute End, Mt. Thor, Baffin Island (Kanada) A4, 6.2+18 dni (1370 m); 2002 pierwsze przejście; Marcin Tomaszewski

Epinephrine, Red Rocks (USA) 5.9; 12h (650 m); Amerykanin

Verdon (Francja) 6c, łańcuchówka 1000 metrów; Marcin Tomaszewski

Serenity Crack, Yosemite (USA) 5.10d (8 wyciągów rysy); Amerykanin

Tres Techos, El Chorro A2, 10 wyciągów, solo (400 m, 16h)

Tibor w El Chorro, łańcuchówka 30 wyciągów w 15 godzin, 6c+/7a, Filip Adamsbaum

The Caged, Rumney (USA) 5.12d (6.4+/6.5) RP 

Namaste, Kolob Canyons (USA) 5.12a (6.3+) OS

Ponadto wiele dróg w Tatrach (partnerem większości przejść był Marcin Tomaszewski) m.in.:

Kazalnica:

Pająki (OS), Direttissima (OS), Heinrich-Chrobak (OS)

Czołówka MSW:

Czarne Zacięcie (solo, latem i zima), Porfavora (OS) i inne, partnerem większości przejść był Marcin Tomaszewski

Łańcuchówki:

3 razy Kazalnica (Pająki, Warianty Małolata, Malczykówka – 11h), Marcin Tomaszewski
4 razy Sprężyna (Młynarz, Kocioł Kazalnicy, Mnich, Kościelec – 23h), Marcin Tomaszewski

Przejścia solo:

Pachniesz Brzoskwinią, Kopa Spadowa (OS) + Fantazja, Żabi Mnich (OS).

Nowe drogi:

Brytyjskie Trawersy, Mniszek (VIII-, lato), Marcin Tomaszewski
Czarny Komin, Cubryna (VI, A1+, zima), Wojciech Wiwatowski

Ponad 500 dróg w skałkach, prowadzonymi głównie w stylu OS, w trudnościach do VI.4, RP do VI.4+/VI.5, w Polsce, Francji, Hiszpanii, USA.

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2024