Zacznijmy od tego czemu zawdzięczasz swój przydomek?

Zanim zacząłem się wspinać uprawiałem kulturystykę u Wiesława Wnęka. Ważyłem 85 kilo, co sprawiało, że przy mojej posturze w oczach szczupłych wspinaczy byłem bysiorem.

Możesz powiedzieć, jak na podstawie twoich doświadczeń kulturystyka przekłada się na wspinanie?

Tak, na przykład Andrzej Marcisz ćwiczył pod kątem typowo skałkowym i zrobił rewelacyjny wynik w krótkim czasie, a inny kolega ćwiczył już typowo kulturystycznie i po roku tych ćwiczeń cofnął się o dwa stopnie. U mnie się przełożyło pozytywnie, ale ja ćwiczyłem zanim zacząłem się wspinać.

Nazwa drogi „Rozpacz Płytozwisa” to złośliwy przytyk, pod czyim adresem?

Pod adresem Ryśka Benduskiego, który na wszystkie płyty mówił „pikuś”, a przewieszki były dla niego nie do przejścia. Ze mną było dokładnie odwrotnie.

Teraz czas na odrobine historii wspinaczki sportowej. Poproszę o parę słów wspomnień o kaskaderach, których pamiętasz, i takimi, jakich ich pamiętasz. Na początek Riko Malczyk. Był niekwestionowanym liderem?

Jeżeli weźmiemy pod uwagę rok 1978, to wtedy już po roku mojego wspinania wiedziałem, że dwóch jest najlepszych – Wojtek Kurtyka i Riko Malczyk. Różnica jednak była taka, że Rysiu podchodził do wszystkiego luźno, w ogóle nie trenował, za to drinkował, a Kurtyka się katował i obydwaj byli na tym samym poziomie. Wojtka Kurtyki już się wtedy prawie nie widywało w skałach, bo angażował się w górach. Myślę też, iż Wojtek wkładał w to tak dużo pracy ze względu na bezpieczeństwo w górach i poznanie kresu możliwości swego organizmu, co – jak widać po 30 latach jego działalności – na pewno zaprocentowało.

Czy oni rywalizowali ze sobą?

Raczej tak, nie widywało się ich razem, bo byli rywalami. Kurtyka to bardzo rzetelny gość. Jak kiedyś go asekurowałem i cofnął się pół metra, a lina go przytrzymała, to mnie opieprzył, a Tomek Opozda i Rysiu lubili wręcz odwrotnie. Także wiele dróg, które wtedy zakwalifikowano jako klasyczne, teraz nie byłyby za takie uznane. Inna sprawa, że Rysiu przeszedłby je czyściutko, bo miał tyłek lekki jak ziarnko kawy.

Czy Malczyk był odpowiedzialny za wprowadzenie do wspinania stylu żulersko-menelskiego?

Rysiu został wyrzucony z Klubu, bo podobno Kostek Miodowicz spadł z jego balkonu. Nie wiem, czy to plotka, ale podobno zjeżdżał z taśmy magnetofonowej, uzasadniając to tym, że jest podwójna i się nie urwie. Imprezowali już wcześniej, bo Rysiu miał osobiste powody, żeby pić. Jednak ja konkretnie „nawalonego” go nie widziałem.

Czasy kaskaderów kojarzą mi się z różnego rodzaju wybrykami, wygłupami i wypuszczaniem, podasz jakieś przykłady?

Tak było, na przykład na Kuli ktoś wypuścił Malczyka, utrzymując, że Kant Kuli jest zrobiony i Rysiek wtedy go przeszedł, a była to bardzo konkretna droga na te czasy. Nie wszystkie zabawy były mądre i bezpieczne, na Zakrzówku wspinali się na zasadzie „wiara w partnera”, co polegało na tym, że jeden gościu zakładał sobie pętlę, ale nie w pasie tylko na szyję, a drugi się wspinał i gdyby tamten odpadł to powiesiłby asekuranta. Oczywiście nie było to robione na trzeźwo.

A ławka na Freneyu? Kto ja zainstalował?

Wiciu Sierpowski „Drzewus” założył ławkę i było to takie ,,małe” ułatwienie, bo można było odpocząć w połowie. On był specjalistą od Zakrzówka, mistrzem trawersu „Problemówki” i zrobił zimowy trawers całego Zakrzówka na wysokości połowy ściany. Zajęło mu to trzy dni, tyle że wracał do domu. Z biwakami chciał to robić Krzysztof Cimer, ale chyba tego nie realizował.

Przypomnijmy młodzieży, jak wyglądał sprzęt, w którym wspinaliście się.

Aż do 1981 roku wspinaliśmy się w adidaskach, a kiedy pierwszy z Kaskaderów sprawił sobie korkotrampki to był wypas. Kurtyka długo jeszcze potem wspinał się w adidaskach i jak ubrał korkotrampki, powiedział: to zdrada, jest o stopień łatwiej.

Wiązaliście się w pasie?

Kurtyka wiązał się liną w pasie, Kostek wiązał się w pasie do taśmy, a my wspinaliśmy się w pasach piersiowych plecionych z liny. Potem pojawiły się uprzęże „samoróby” z taśm. Używaliśmy ciężkich karabinków strażackich, lekkie były rarytasem. Pod koniec lat 70 nastąpił przełom w tej dziedzinie, ale jeszcze przez wiele lat asekurowaliśmy się z półwyblinki albo z robionych z drutu ósemek.

Kostek Miodowicz.

To on wprowadził korkotrampki na mikrogumie lub gumie z taśmociągu z kamieniołomu. Dużo żywcował, najsłynniejsza jego solówka to Ryski Kaskaderów, przesolowal też Cygaro, Funiówkę na Zjazdowej Turni. Słynął z tego, że płynął po skale, szedł tak ładnie i lekko, że nie odczuwało się trudności. Miał bardzo silne palce. Kiedy chciałem go naśladować, to mnie pokarało. Spróbowałem przejść Rysę Zegarmistrzów w jego stylu, ale zapas siły okazał się za mały.

Wojtek Szymendera.

To talent, do tej pory się wspina, jest instruktorem. Nie trenował za dużo, ale miał wielki talent. Gdyby się wtedy bardziej przyłożył, byłby lepszy od nich wszystkich. Jak się wspinał, nie było widać śladu walki. Jego droga na Wroniej (Płyta Szymendery) jest ładna i techniczna. Widziałem go również w akcji podczas skałkowej hakówki i muszę przyznać, że nie znałem nikogo, kto wówczas robiłby to tak ładnie. Może z wyjątkiem Marcisza.

Tomek Opozda – ma na swoim koncie wiele znaczących dla kaskaderów przejść.

Zanim zaczął się wspinać, biegał maratony. Bardzo dużo trenował. Pseudonim „Odwłok” zawdzięczał specyficznej budowie jak na skałołaza. Wraz z Krzyśkiem Baranem był twórcą przewodników wspinaczkowych po Dolinkach Podkrakowskich.

Jacek Jasiński.

Bardzo dobrze się wspinał i asekurował, nie miał na koncie żadnych upadków. Nie miał też żadnych przykrych przygód, gdyż zawsze przed wyjściem w drogę był przygotowany pod każdym względem. Miał fenomenalną pamięć, potrafił przejść drogę na Civetcie i dokładnie powtórzyć cały przebieg, nawet po jakimś czasie.

Na czym twoim zdaniem polegał przełom kaskaderów?

Chyba na tym, że Kaskaderzy wędkowali bardzo dużo, traktowali skałki jako miejsce do wspinania, a nie treningu pod wspinanie w górach, jak ich poprzednicy. Pewna grupka prowadziła drogi, ale nie przywiązywano do tego aż tak dużej wagi jak dziś. Wręcz bardziej liczyła się wędka niż prowadzenie.

Pamiętam czasy, gdy wspinająca się dziewczyna wzbudzała sensacje, motywowała do dawania z siebie wszystkiego. Jak było z dziewczynami w czasach kaskaderów?

Wśród Kaskaderów najlepiej wspinającymi się były Maryla (obecna żona Wojtka Szymendery) i Milena Karlińska. Później pojawiła się Iwona Marcisz. Dobrze pamiętam, jak Andrzej pochwalił mi się: słuchaj, mam kursantkę, która podciąga się dziesięć razy na drążku. Wtedy Iwona miała 18 lat i włożyła niesamowitą pracę w to, co osiągnęła. Kilka lat później pojawiła się Iwona Niemiec.

Czy czujesz się postacią historyczną?

Ja wiem…?

Przypomnij najważniejsze drogi kaskaderów.

Rysa Babińskiego poprowadzona przez Tomka Opozdę. Do mnie należało drugie przejście. Droga była łatwiejsza od Filara Abazego, ale była równie poważana. Rysa Zegarmistrzów – konkretna droga, kasowała palce i późno zaczęła być prowadzona. Miodowicz tak pięknie ją przechodził, że wyglądało to w jego wykonaniu na czwórkę. Rotunda uchodziła wtedy nawet za VI.2+ ze względu na najtrudniejsze miejsce. Z trzech przewieszek – Dupy Słonia, Sępiej i Rotundy – to ta ostatnia miała opinię najtrudniejszej. Jednak wydaje mi się, że Rotundę ceniono tak wysoko, gdyż z racji swego położenia była znacznie rzadziej odwiedzana i robiona zwykle bez porządnej rozgrzewki. Dla Kaskaderów najważniejszą drogą był Filar Abazego. Pierwszy przeszedł ją na pewno Kurtyka w adidaskach, drugi Malczyk, prawdopodobnie w gałoszkach, trzeci Opozda – w korkotrampkach, czwarty Miodowicz – też w korkotrampkach, piątym byłem ja w adidaskach, a po mnie chyba Marcisz. Jeśli chodzi o prowadzenia, to nie pamiętam kolejności. Sinusoida też zapewniała w tamtych czasach dużą widownię, ale jest po drugiej stronie doliny i nie tuż przy ścieżce.

Czy kaskaderzy skończyli się wraz ze śmiercią Malczyka?

Chyba można tak powiedzieć, bo później przyszła era Korczaka, czyli Nowa Fala (historycznie pokolenie Nowej Ery zaczęło jednak działać znacznie wcześniej – red.).

Przypomnij twoje drogi w skałach.

Okapik 22 lipca z sytym miejscem w przewieszce, w tamtych czasach uchodziła za trudną. Łagodne Niutony to droga z wymagającą asekuracją i nieoczywista, trzeba się wykazać, żeby ją zrobić za VI.2+. Kilka lat po prowadzeniu coś mi odbiło i utrudniłem ją przez zaklejenie paru chwytów. Trudności urosły może do VI.4+: tak to oceniam, gdyż może raz albo góra dwa razy byłem w takiej formie, żeby ją przewędkować. Był to kres moich możliwości, a droga ze względu na urzeźbienie i przewieszenie wyjątkowo mi pasowała.

Tyniec to twój wynalazek?

Nie, Wojtka Kurtyki, który pod koniec lat siedemdziesiątych wraz z Władkiem Vermessym usuwał stamtąd nieczystości po koniach. Brzydka nazwa „Skurwysyn” pochodzi od tego, że Wojtek się katował i katował, w końcu przeszedł trudności na drodze i spadając w łatwym terenie powiedział „ten skurwysyn”. I tak się przyjęło. Bez patentowania przeszedł tę drogę Konstanty Miodowicz.

Kalafonia, ceratka i dobra rada – to zestaw, z którym byłeś kojarzony, jakiś komentarz?

Od kalafonii ręce mi się nie pocą. O ile dobrze pamiętam, w pewnym okresie większość wspinaczy używała kalafonii. Później, gdy weszły w modę woreczki, ja nadal używałem pudełeczka, gdyż raz natarte dłonie dawały mi zwykle komfort na całą drogę. I właśnie z racji tego pudełeczka zostałem tak zapamiętany przez młodsze pokolenie. A ceratka, bo w Tyńcu było tak brudno, że myśleliśmy o podrzuceniu wywrotki piasku pod skałę.

Dobra rada: „usztywnienie kręgosłupa” i „ustawienie boczkiem”. O co chodziło?

Wspinacze płytowi prezentowali niski poziom w przewieszeniach i stąd konieczne były różne podpowiedzi.

W Tyńcu miałeś swoje cudowne ocalenie.

Może nie cudowne ocalenie, ale na pewno dużo szczęścia, bo gdybym poszedł na zdecydowanie łatwiejszego Pikusia, który znajduje się po drugiej stronie okapu, to wszystko wskazuje na to, że spadłbym na głaz wielkości ówczesnego telewizora. Wszystko zdarzyło się przez moje gadulstwo. Zawiązałem pojedynczą ósemkę, ale nie wplotłem drugi raz liny i poszedłem na Małpi Gaj, wtedy najtrudniejszą tamtejszą drogę. Efektownie odpadłem, bo myślałem, że jestem związany, nie zdążyłem się nawet usztywnić i dlatego skończyło się to dla mnie dobrze. Tylko film mi się urwał, ale nic nie połamałem i za dwa tygodnie byłem prawie na pełnym chodzie.

Miałeś inne tego typu przygody?

Takich na szczęście nie, ale kiedy w Tatrach robiłem solo (w zimie) zacięcie na Raptawicy, to piorunujące wrażenie wywarł na mnie 4-metrowy „zajączek” (locik) z prusem zaraz znad stanowiska przy końcu drogi – było już całkiem ciemno i od wstrząsu wypadła mi z czołówki bateria. Przypomnę, że w latach 80 pojemnik na baterię w czołówce-samodielce był zwykle wykonany z mydelniczki zabezpieczonej gumką. Gdy latem robiłem z L. Bednarzem drugie (po Andrzeju Marciszu) klasyczne przejście tej drogi, to przeleciałem się 15 metrów. I tyle przygód.

A żywce?

Największą satysfakcję mam z przejścia środka Obelisku, bo zrobiłem to na pełnym luzie i w dodatku w adidasach. Babę Jagę chodziłem na co dzień, Lotniki, Filarki, Prawą i Lewą Szeroką, raz kruche Wiewiórki, Ryski Nad Tablicą i Lewy Okręt, który zrobił na mnie wrażenie z powodu ekspozycji. Więcej grzechów nie pamiętam.

Masz na koncie pierwsze prowadzenie Freneya według dzisiejszych standardów.

Miałem to zapatentowane na śmierć. Były tam wtedy cztery stare haki, do kompletu miałem cztery karabinki strażackie. Andrzej Heinrich chodził po trawersach i jak mu powiedziałem, że przyszedłem prowadzić, to się tylko uśmiechnął, bo był przekonany, że zjadę z pierwszego haka. Leszek Kozik narobił szumu, żeby wszyscy się zlecieli. Widownię miałem sporą, zebrało się ze dwadzieścia osób ze środowiska i przynajmniej drugie tyle przygodnych gapiów. Nawet Kurtyka się pojawił. Ławki już nie było, zresztą nie wolno było w niej odpoczywać. Pamiętam, że dla mnie kluczowe miejsce było u góry, bo nie umiałem tego przejść technicznie. Jak Wojtek widział, że zrobiłem miejsce, w którym on złapał się haka, powiedział: „już nie ma na co patrzeć, bo na pewno nie spadnie”. A ja jeszcze zdrowo zawalczyłem na górze. Albin biegał wtedy po Freneyu po 30 razy, ale go nie prowadził.

W Tatrach też solowałeś?

Jedyne przejście bez asekuracji to Lewi Wrześniacy na Zamarłej za Andrzejem Marciszem. Teraz twierdzę, że był to bardzo głupi pomysł, bo chyba tydzień później podobny duet nie skończył drogi, gdyż ten drugi został strącony przez oberwaną przez pierwszego płytę. Poza tym robiłem drogi samotnie, asekurując się z prusika. Najpoważniejszą solówką był Filar Kazalnicy, moja pierwsza droga na Kazalnicy. Jednak drogą solową, która mi najbardziej dała popalić, był Momatiuk na Kazalnicy (10-11 VII 1982), ponieważ chcąc dobrze rozłożyć siły, nie śpieszyłem się. Tym bardziej, iż cały czas wyprzedzałem wspinający się na Filarze zespół i to mylnie utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja wysokość, jak na tę porę dnia, jest zadowalająca. W dodatku od dawna padał deszcz, o czym – ze względu na przewieszenie i ogrom pracy – nie wiedziałem. Gdy wyszedłem z przewieszek, to zaliczyłem półwiszący kibel praktycznie pod wodą. Był jeszcze Wachowicz, Wariant R na Mnichu, na Raptawicy – Direttissima, Kiełkowski, Szare Zacięcie, Świecznik i Hematytówka. Tę ostatnią uważam za porównywalną z Filarem Kazalnicy, bo chociaż jest krótka, to wyjątkowo niewygodna i krucha.

Podczas zimowego solowego przejścia Czarnej Orki na świeczniku w Raptawickiej Grani miałeś przygody godne wielkiej ściany. Jak to było?

Ponieważ drogę chciałem przejść samotnie w zimie w ciągu jednej doby, to wszedłem w nią o północy, a o piątej rano splątałem tak linę, że miałem z nią zabawę do 9 na wisząco i wycofałem się. Przy drugim podejściu, po dwunastu godzinach zrobiłem połowę drogi, a o 13 przyszło zaskakujące tornado, które obróciło mnie głową na dół, gdy stałem w ławeczkach, będąc krótko wpięty w haka. Wycofałem się, by ukończyć drogę spokojnie w pięknej pogodzie podczas następnych 2 dni, nocując tym razem w schronisku.

Z czego wynikała popularność Raptawicy, dziś niemal zapomnianej?

Bliskość ścieżki, krótkie podejście i dobra jakość skały.

Nie mieliście problemów ze służbą Parku?

Uważałem na filanców, najgorszy był nadgorliwiec Habina. Tylko raz zapłaciłem mandat, ale nie w Tatrach Zachodnich, tylko na skrócie z Opalonego na obozowisko. Na Raptawicy było dużo spokojniej lub miałem szczęście.

Miałeś stałego partnera w górach?

W Tatrach nie miałem stałego partnera, wspinałem się z Andrzejem Marciszem, Mariuszem Gołkowskim, Tomkiem Klimczykiem (małym Bularzem), Mariuszem Rozpondkiem. Ten ostatni miał 18 lat, a ja miałem trzydzieści, więc mówił do mnie „dziadku”. Z dnia na dzień się rozkręcałem, a on umierał, bo chodziliśmy na coraz poważniejsze rzeczy, do tego miałem dobre przygotowanie. Mariusz po powrocie mówił: „dziadku, ale mi dałeś w dupę”.

Filarek Bularza to droga tobie dedykowana?

Ta droga mi tak nie leżała, że wyceniłbym ją co najmniej tak jak Filar Abazego, mimo stopnia VI.1+.

Spotkaliśmy się w dolomitach na obozowisku pod Vazzolerem w rejonie Civetty, ponoć byłeś tam stałym gościem. Ile sezonów tam spędziłeś?

Sześć, ale nie pod rząd.

Niektóre ulubione drogi robiłeś po kilka razy.

Może nie ulubione, ale takie, które miały krótkie podejście. Tissiego robiłem siedemnaście razy, a droga ma 500 metrów. Cassina przeszedłem trzy razy, Carlessa chyba dwa, cztery razy Torre di Valgrande, trzy razy Aste-Susatti (700 m). Z Malczykiem i Sierpowskim robiliśmy trzecie przejście Piussi-Radaelli na Torre Trieste (840 m). Drogę Philipp-Flamm na Civetcie robiłem tylko raz z Mariuszem Gołkowskim, który wówczas na prowadzeniu miał wypadek i wylądował w szpitalu.

Jak wykorzystałeś nieobecność partnera?

Gdy Mariusz po tygodniu pobytu w szpitalu nie pojawił się na obozowisku, postanowiłem pójść sam po zwisającą w przewieszeniu linę, która była wtedy łakomym kąskiem. Była to dla mnie niezła wycieczka z trzema linami podciągowymi i całym sprzętem. Pokonałem 1500 m deniwelacji, by po 31 godzinach akcji wrócić z niczym, gdyż linę tę wykorzystano dwa dni wcześniej do akcji ratowniczej.

Co cię skłoniło, żeby jedno miejsce okupować?

Wygoda, ze względu na słabe nogi mam wstręt do podejść.

Komu zawdzięczaliśmy to bezpłatne obozowisko?

Znalezienie się Polaków pod Riffugio Vazzoler to zasługa pionierów, między innymi Kazia Liszki, który jeszcze w 1968 robił Flamma i zaprzyjaźnił się z właścicielem schroniska. Potem kilka lat tolerowano dzikie obozowisko pod schroniskiem i wielu wspinaczy z tego korzystało. Po przejściu Piussi-Radaelli właściciele schroniska zaprosili nas nawet na kolację.

Byłeś pionierem robót wysokościowych w polsce. Pamiętasz jakieś przygody?

Pionierem był chyba Riko Malczyk. Najbardziej pamiętną przygoda polegała na tym, że deska mi się przekręciła i spadłem na taśmociąg jadący do wielkiego pieca, ale zachowałem zimną krew, pętle wpiąłem do siebie, żeby mi się nie wkręciła i skończyło się dobrze.

Czy śledzisz, co obecnie dzieje się we wspinaniu?

Odkąd zaczęły się sztuczne ściany, to zmienił się klimat, przyszło mnóstwo nowych ludzi. Skończyły się biesiadowania, biwakowania. Wtedy łączono życie towarzyskie ze wspinaniem, nie tak jak teraz.

Gdy przestałeś się wspinać zacząłeś uprawiać inne aktywności. Jakie?

Pływam na Zakrzówku i chodzę turystycznie po Gorcach i Babiej Górze. Polubiłem chodzenie w rakietach, gdyż to szybko poprawia kondycję. Mam też ulubione zimowe trawersy w Tatrach, lecz ich przebiegu nie zdradzam. Przerwa we wspinaniu pomogła mi wyleczyć różne drobne kontuzje i mogę uprawiać „emerycką kulturystykę”. Poza działalnością sportową lubię majsterkować, aby mózg nie pozostawał w tyle za mięśniami. Fascynują mnie również matematyczne łamigłówki, chociaż wielkiego twierdzenia Fermata już nigdy nie zrozumiem. Jak będę czuł, że jestem w stanie zrobić dobrą formę w stosunku do wieku, to zacznę się znowu wspinać. W końcu sam Wojtek Kurtyka pytał się, czy wrócę.

Życzymy zatem powrotu do wspinania.

ANEGDOTKA O BULARZU

Piotr Korczak: Po wspinaczkowym dniu spędzonym na Raptawickiej Turni, na której Bularz patentował Okap Wolfa (pierwsze VIII- w Tatrach), leżeliśmy w narciarni schroniska Ornak. Od jakiejś pół godziny panowała cisza, bo większość z nas była zmęczona i już przysypiała. W tej ciszy i kompletnej ciemności nagle odezwał się Bularz: a może by tam przechwycić się drugą ręką?

Rozmawiał Andrzej Mirek