SZLAK WYSOKIEGO WYBRZEŻA – HÖGA KUSTENLEDEN

W tym roku mija 10 lat, odkąd zabieram Was w różne części świata w cyklu „Góry, gdzie pieniądze są zbędne”. Tworząc go, mieliśmy z Piotrem Gruszkowskim na względzie dwie sprawy: odcięcie się od coraz bardziej komercyjnego traktowania gór i pokazanie miejsc, w których nie liczy się zawartość portfela, ale to, kim naprawdę jesteśmy. Góry potrafią nas sprawdzić i bywa, że osądzają surowo. Choć zwykle tylko pogrożą palcem. Opisywałam szlaki w różnych terenach, różnej trudności – ten będzie najłatwiejszy. Z tym że określenie „łatwy” bywa nieco względne. Wystarczy wybrać odpowiedni czas, na przykład początek zimy, żeby trudności urosły i pojawiło się trochę adrenaliny.

Tekst i zdjęcia / KATARZYNA NIZINKIEWICZ

Zdjęcie otwarcia / Höga Kusten


ŚWIĄTECZNA PRZYGODA

Mieliśmy z mężem wolne od Świąt Bożego Narodzenia do Trzech Króli. Lot z Gdańska do Skellefteå kosztował grosze, nie oparliśmy się. Atak zimy z 27 grudnia zastał nas w samolocie. Pilot o mało nie zawrócił. Wiało tak, że lądowanie udało się dopiero za drugim podejściem. Płytę maleńkiego lotniska pokrywał zalany wodą lód. Mieliśmy szczęście, bo rodzina Polaków, która wynajęła samochód, podrzuciła nas na przystanek w Bureå. Razem byśmy się nie zmieścili, więc dzieci i żona naszego kierowcy poczekały, aż nas zostawi i wróci. Byliśmy im niezmiernie wdzięczni. Wiało upiornie, siekł marznący deszcz i pieszo nie zdążylibyśmy na autobus, chociaż to tylko sześć i pół kilometra… Na przystanku stała wiatka, jedna z zaledwie kilku na tej trasie. Dzięki niej nie przemokliśmy do suchej nitki, choć lekko zamokły śpiwory, beztrosko wrzucone wraz z plecakami do jednej torby. Nasz bagaż był lekki i, nadając jeden, zaoszczędziliśmy kilkaset złotych. O tym, że taśma bagażowa wypluje zamoczoną torbę, nie pomyśleliśmy. Autobus na szczęście przyjechał. Cofaliśmy się na południe i z każdym kilometrem świat ciemniał, było mniej śniegu.

Na stacji w Umeå okazało się, że wiatrołomy zablokowały tory, więc odwołano wszystkie pociągi, poza ostatnim, który jechał z północy i kończył bieg w Örnsköldsviku – jakby na nasze zamówienie! Pociągi z południa stanęły. Wiało tak, że prawie zwalało z nóg. Musieliśmy wysuszyć śpiwory, więc pierwszą noc spędziliśmy w hostelu w porcie. Była tam przyzwoita pizza i piękny widok na zatokę. Gaz zdobyłam na stacji benzynowej za rondem. Zakupy – w niedalekim markecie.

Chatka, w której spędziliśmy pierwszą noc na szlaku

CHATKI

28 grudnia rano ruszyliśmy z nabrzeża, gdzie znalazłam pierwszą kropkę szlaku Höga Kustenleden, ale rozsądniej byłoby wyjść z 12 peronu na stacji Örnsköldsvik Central, żeby ominąć roboty drogowe.

Znaki początkowo prowadzą lasem po skalistych, wspaniale omszałych zboczach. W grudniu leżały tam płaty lodu. Obchodziliśmy je. Za górą długo wlekliśmy się chodnikiem wzdłuż szosy. Jedyną atrakcją tego fragmentu był sklep. Jak to w Szwecji – można się tam ogrzać i zajrzeć do toalety. Kiedy wdrapywaliśmy się na kolejne zbocze, zaszło słońce. A dopiero dochodziła 14:00! Stawy skuł już mróz, resztka blasku ozłacała szczeliny w lodzie gładkim jak szkło.

Pierwsza chatka leżała nad długim, wąskim jeziorem i wyglądała jak schron ratunkowy na północy Skandynawii. Dwie gołe prycze, stół i piec. Podobała mi się, przywodziła na myśl wiele wspomnień, ale nie było się w niej drewna, a chrust doszczętnie wyzbierano. Zapowiadała się mroźna noc, poszliśmy dalej. Kolejny, również dwuosobowy schronik, oddalony o 800 metrów, miał wspaniałe, miękkie materace. Też nie było drewna, ale w lesie znaleźliśmy mnóstwo potrzaskanych gałęzi. Kiedy mąż je zbierał, wróciłam do strumienia przy pierwszej chatce. Lód na jeziorze wydawał się niepewny, brzegi bagniste, zbyt podejrzane, żebym odważyła się sięgnąć po wodę. Chrust nie wyglądał źle, ale nie chciał się palić – tlił się tylko, podobnie jak deszczułki po dawnej szopie. Poddaliśmy się po jakiejś godzinie. Zakupione na tę okazję kiełbaski mąż upiekł przy ognisku na zewnątrz. Rano w domku szczypał mróz. Nieduży, woda nie zamarzła, za to przymarzł karton ze zsiadłym mlekiem na śniadanie.

Bodviken

DUCH TATRZAŃSKICH SCHRONISK

Szliśmy leśnymi dróżkami i, niestety, kilka kilometrów szutrówką. Każdy samochód wzbijał tumany kurzu, który w niskim, zimowym świetle błyszczał i mienił się jak bajkowa mgła. Na rzekach powoli narastał lód, mieliśmy piękny widok na morze. Taki nieśpieszny, świąteczny spacer w niezwykłym dla nas krajobrazie. Zatoka Botnicka, z dziesiątkami lesistych wysp, była gładka jak szkło. Wiatr ustał. Weszliśmy do rezerwatu przyrody. Do chatki prowadziła wąska górska ścieżka – po głazach i mchach. Przyszliśmy przed zmrokiem. To był duży domek, z pryczami na co najmniej sześć osób i większym piecem. Suche drewno, które przynieśliśmy z drewutni, zajęło się od jednej zapałki. Dorzucaliśmy oszczędnie, tak jak nauczyły mnie noclegi w innych szwedzkich chatkach, obwieszonych anglojęzycznymi instrukcjami (tu ich nie było). Nie więcej niż półtora kilograma drewna na raz, nie dłużej niż przez cztery godziny. Wystarczyło. Temperatura wzrosła do 10°C i to był bardzo przyjemny wieczór. Zapach dymu, gar wrzątku na piecu, kisiel, który przywieźliśmy z Polski, i tutejsza zupa jagodowa (też kisiel). Jakby przysiadł z nami duch dawnych tatrzańskich schronisk. Jakbyśmy cofnęli czas o pół wieku.


Tekst w całości przeczytasz w 302 (1/2026) numerze Magazynu GÓRY.

GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026