POLAKKER I PARADIS, CZYLI ZIMA W NORWESKIM RAJU

Cały tekst został opublikowany w 275 (4/2020) numerze magazynu GÓRY.
Możesz go również przeczytać na naszym czytniku
 – czytaj.goryonline.com


Tekst / KACPER TEKIELI
Zdjęcie otwarcia / Wadim i Jasiek na 70-metrowym trawersie na Tordenrucie; fot. Kacper Tekieli

Nasz wyjazd do środkowej Norwegii w lutym 2019 roku od początku wydawał się nierealnie piękny. Do pełni szczęścia zabrakło… mrozu.

Dziewięcioosobowy skład – Damian Bielecki, Przemek Cholewa, Michał Czech, Mariusz Fedorowicz, Paweł Hałdaś, Wadim Jabłoński, Maciek Kimel, Jan Kuczera, Tomek Kujawski, Łukasz Stempek, Kacper Tekieli i Krzysiek Zabłotny – dobierany przez pomysłodawców nazwisko po nazwisku, niczym na castingu do ważnego filmu, gwarantował dobrą atmosferę, zarówno w pionowej, jak i poziomej wersji otaczającego nas świata. Przemek Memek Cholewa zadbał o atrakcyjną bazę w niewielkiej miejscowości pośród fiordów, natomiast wszyscy zaopatrzyliśmy się w żywność, formę i całą masę „spręża”, co pozwoliło przyjemnie i efektywnie spędzić kilkanaście dni w zimowym raju.

Do pełni szczęścia zabrakło… mrozu. Niestety, kto nie wierzy w efekty globalnego ocieplenia, temu polecam wysłuchać żalów zimowego wspinacza, popartych niepodważalnymi faktami. Dodatnie temperatury towarzyszyły nam nawet wieczorami, a warunków trzeba było szukać coraz wyżej i wyżej. 

Jasiek na trzecim wyciągu Tordenruty
fot. Kacper Tekieli

Zanim skończyliśmy samochodową wyrypę (ponad 2000 kilometrów z południa Polski), zatrzymaliśmy się w lodowym rejonie, w celu rozprostowania łokci i kolan. W bardzo słabo zaludnionej części Norwegii od razu pojawił się reporter, który uwiecznił na przysłowiowej kliszy zapał i entuzjazm dużej grupy wspinaczy z „południa”, publikując w tygodniku „Opp” artykuł zatytułowany Polakker i paradis. Oglądając obrazki ilustrujące norweski tekst, myśleliśmy, że to dobra wróżba i bez względu na warunki zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by dobrze się zabawić na okolicznych ścianach. 

Konfiguracje poszczególnych zespołów nie były z góry przesądzone. Jak wspomniałem, uczestnicy prezentowali dobre przygotowanie i morale, dlatego mieszaliśmy się tak, by wszyscy dostali to, czego we wspinaniu szukają najbardziej. Każdy wrócił z mniejszym lub większym, ale konkretnym łupem. Mi w udziale przypadły trzy nowe drogi, kilka fajnych narciarskich tur oraz rozgrzewkowa przebieżka z Tomkiem i Memkiem po nad wyraz wylanym klasyku. Wylany był na tyle, że podczas podejścia, tuż pod ostatecznym spionowaniem się stoku, Memek zadarł głowę i powiedział: „Chłopaki, nie wiem, czy macie coś przeciwko…”. Chcąc podtrzymać jego entuzjazm szybko przytaknąłem, więc sznurek pozostał w worku, a my zdążyliśmy na obiad. 

Norskeruta
fot. arch Wadim Jabłoński

Przyszedł jednak czas na rozejrzenie się za trudnościami. Podczas zaznajamiania się z rejonem, które każdy przeprowadził w inny sposób, Wadim i Jasiek wypatrzyli potencjalną nową linię na ścianie Snøvasskjerdingan (1520 m). Nazajutrz w trójkę podchodziliśmy pod 450-metrowy projekt, którego pierwsze trzy wyciągi, a przynajmniej ich okolice, zostały w przeszłości przewspinane przez norweski zespół i wycenione na M7+ (dokładnie trzeci z nich). Jasiek, któremu przypadły wspomniane długości liny, dał mu siódemkę. Charakteryzowała go wymagająca asekuracja, typ wspinania nazywany skradaniem się i brak śladów po poprzednikach, którzy ze względu na dalszy przebieg swojej linii szli zapewne kilka metrów na prawo od naszej. Po sprawnym, firmowym niejako prowadzeniu Kuczery, przyszedł czas na Wadima, który zamieniając swoją koncepcję na trzy długie wyciągi (do M6 w kruszyźnie), poprowadził nas na lewy skraj ściany czołowej. Tam, zgodnie z ustaleniami, przejąłem początek lin.


REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2024