O dumie i spełnieniu, problemach z systemem dystrybucji oraz trudzie przebicia się z ważnymi tytułami, czyli o sprawach, które dla wydawcy książek górskich są źródłem euforii i zgryzot ze STANISŁAWEM PISARKIEM z Wydawnictwa Stapis rozmawia ANDRZEJ MIREK.

HISTORIA ZWIĄZANA Z POWSTANIEM TWOJEGO WYDAWNICTWA JEST NA TYLE CIEKAWA, ŻE WARTO JĄ PRZYPOMNIEĆ CZYTELNIKOM.

Początek lat 90. XX wieku to były piękne czasy. Polska naprawdę miała szansę. Ludzie wychodzący z systemu socjalistycznego byli biedni, zaszczuci, więc potrzebowali wolności w każdym aspekcie. I tę wolność w 1989 roku dostali. Przez krótki okres rządzili w Polsce mądrzy i oddani politycy. Wydawnictwo powstało na fali tejże wolności, trochę przez przypadek. Z przyjacielem ze studiów chcieliśmy po prostu zarabiać pieniądze, więc założyliśmy dwie wspólne firmy. Jedną w Katowicach nazwaliśmy Stapis, od początków naszych nazwisk, a drugą w Gdyni Stamari, od imion naszych mam. Handlowaliśmy, wydawaliśmy kalendarze, foldery. Z czasem jednak rozdzieliliśmy się i Stapis przypadł mnie, a Stamari Mirkowi. Do dziś współpracujemy, choć poszliśmy w innych kierunkach. Trochę ubolewam, że wydawnictwo nie ma jakiejś innej, górskiej bądź bardziej finezyjnej literacko nazwy. Wielu podejrzewa mnie o megalomanię, że nazwa została wzięta od mojego imienia i nazwiska. Tak się rzeczywiście niezamierzenie ułożyło, a potem było za późno, by to zmienić. Na początku biznes polegał na wydawaniu katalogów z taryfami celnymi, co było wynikiem ówczesnych układów i możliwości. Pierwszą prawdziwą książką było Lato w Szamoniksie, a drugą Dotknięcie pustki. Do dziś próbuję łączyć zarabianie z zaspokajaniem ambicji, by mieć swój wkład w rozwój homo sapiens.

STAPIS KOJARZY MI SIĘ Z TEMATYKĄ GÓRSKĄ, ALE PRZECIEŻ WYDAJECIE TEŻ INNE KSIĄŻKI.

Aktywność górska to część mojego outdoorowego życia, więc naturalne było szukanie związanych z nią tytułów. Zażyłość z Waciem Sonelskim zaowocowała wymienionymi tytułami Tumidajewicza i Simpsona. Publikowanie książek to dla wydawcy możliwość przekazywania innym czegoś ważnego. Element edukacji, dzielenia się wiedzą i przemyśleniami. Stąd poszukiwanie rzeczy niezwiązanych z górami, choć oczywiście te górskie są dla mnie najważniejsze. Stąd wydawanie humoru, ale i tych autorów, którzy szukają odpowiedzi na pytanie: „O co tu, k…, chodzi w życiu?”. Stąd serie „Poszukiwania” i „Bez Bogów”. Realizuję także absolutnie osobiste pomysły, jak na przykład Listy do praprawnuka. Namówiłem kilkanaścioro znajomych, by napisali coś od siebie do swoich odległych potomnych i stworzyli swego rodzaju most przez czas – nikt z nas nie pozna przecież tych, którzy będą żyli za dwieście lat. Powstały bardzo piękne i mądre listy. Zawsze cieszą mnie takie niezwyczajne projekty.

CZYM WYRÓŻNIA SIĘ TWOJE WYDAWNICTWO?
W przypadku serii „Literatura Górska na Świecie” często sięgam po tytuły niekomercyjne, nietypowe, których być może nikt inny nie zdecydowałby się wydać. Stanowią wkład w historię wspinania, dlatego trafiają na naszą listę. W ramach serii ukazało się też kilka dzieł wyjątkowo pięknych literacko, bardzo odbiegających od stereotypu książki o górach. Niestety, wielbiciele literatury nie znajdują ich, bo nie szukają wśród książek z tej półki, nie wierząc, że może tam być coś wartościowego w sensie literackim, spodziewając się tylko opisów żmudnej, skalno-śnieżno-lodowej walki o zwycięstwo bądź przetrwanie. No i najistotniejszy wyróżnik: Stapis to niewielka firma, a bierze się za bary z książkami popularno-naukowymi i pięknymi albumami. Cieszy mnie, że jest to dostrzegane i doceniane, o czym świadczy wiele statuetek z konkursów książkowych, w tym z tego najważniejszego w naszym środowisku – w Lądku-Zdroju.

JESTEŚ NA RYNKU WYSTARCZAJĄCO DŁUGO, BY MÓC POKUSIĆ SIĘ O REFLEKSJE DOTYCZĄCE JEGO EWOLUCJI.
Polska się zmienia, zmieniają się „warunki brzegowe”. W mojej ocenie na coraz trudniejsze. Przez niemal 30 lat istnienia wydawnictwa z powodu upadających hurtowni i księgarni straciłem naprawdę duże pieniądze. Przedsiębiorca stoi na ostatnim miejscu w kolejce do syndyka masy upadłościowej i nigdy nie zdarzyło się, żebym zobaczył chociaż złotówkę po upadłej firmie. Handel książką jest dramatycznie niekorzystny – wydawca dostarcza tytuły do hurtowni, ta je sprzedaje, po długim czasie przysyła rozliczenie, wystawiamy faktury, które płacone są za kolejne pół roku, a czasem nigdy. W ogóle prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce to obecnie niemały problem.

REDAKCJA KSIĄŻEK GÓRSKICH TO TEMAT NIE DO POMINIĘCIA. JAKIE MASZ W TEJ KWESTII SPOSTRZEŻENIA?
Książki o górach różnią się od innych specjalistycznym słownictwem i sporą dawką konkretnych, geograficznych informacji. Wymagają więc nie tylko oczywistych, standardowych działań redakcyjnych, a tłumacze i redaktorzy muszą mieć dodatkową wiedzę. Światek polonistyczno-górskich fachowców nie jest duży, ale na szczęście można w nim znaleźć autentycznych fachowców. Dobrze układa nam się współpraca na przykład z tłumaczami – Krzyśkiem Tretterem, Anią Gołębiowską, Beatą Badyńską i redaktorkami, między innymi z Weroniką Górską, Elą Spadzińską-Żak i Iloną Łęcką. Kiedyś książkę legendarnego Czecha Miro Šmida tłumaczył dla mnie Polak z Zaolzia, który słowo czekan przetłumaczył jako kilof. Taki drobiazg łatwo wyłapać, ale zdarza się puścić błąd. To także kwestia budżetu i możliwości wydawcy. Koszt przygotowania książki do druku jest niezależny od późniejszego nakładu. Wiele doskonałych tytułów, wśród nich np. Zaginieni z Everestu czy Soliści, sprzedało się do dziś w zaledwie kilkuset egzemplarzach. Wpływy nie pokryły nawet kosztu tłumaczenia, a gdzie reszta wydatków? Dlatego czasem na czymś trochę się oszczędza. Pamiętam, że na początku mojej drogi, kiedy był problem z dostępem do papieru, oszczędzanie źle wpływało na jakość książki. By zmniejszyć objętość, a tym samym koszty, dobieraliśmy za małą czcionkę, projektowaliśmy za wąskie marginesy i potem tekst po prostu źle się czytało. Jednak już od lat przykładam dużą wagę do tego, żeby nasze książki były nie tylko mądre i dobrze zredagowane – chociaż oczywiście zdarzały się wpadki – ale także ładnie zaprojektowane graficznie.

REALIZUJESZ WIELOLETNI PLAN CZY DZIAŁASZ SPONTANICZNIE?
I tak, i tak. Konsekwentnie realizuję wydawanie serii „Literatura Górska na Świecie”. W tej chwili liczy już 66 tytułów i być może jest to największa tego typu seria książek na skalę światową. Zaplanowaliśmy wydanie siedmiu tomów Zdobycia Tatr Janka Kiełkowskiego – w tempie jeden na rok. Ale jest też miejsce na działania spontaniczne. Tak było z wydanym poza wszystkimi seriami Dziennikiem Anne Frank. To ważna książka w dorobku ludzkości i bardzo chciałem ją opublikować. Wielu autorów przysyła swoje utwory. Dzielę je na trzy grupy: takie, które chcę wydać, te, których wydanie uzależniam od zewnętrznego finansowania, i ostatnie, których nie wydam, choćby mi niemało dopłacano. Tych pierwszych niestety jest bardzo mało, a ostatnich za dużo.

JAK PRZEBIEGA PRACA Z AUTORAMI?
Jeśli kupujemy tytuł z zagranicy, dostajemy do ręki gotowy produkt i pracujemy już tylko z tłumaczem. W relacjach zawsze jesteśmy otwarci – sugerujemy, ale nie narzucamy, naprowadzamy, przekazujemy wątpliwości, konsultujemy jakieś ewentualne miejsca sporne. We wszystkich umowach z polskimi autorami mamy punkty o ścisłej współpracy w zakresie opracowania graficznego książki i wspólnie uzgadniamy, kto będzie redagował.

JAKIE MIEJSCE WŚRÓD WYDANYCH PRZEZ STAPIS POZYCJI ZAJMUJE WIELKA ENCYKLOPEDIA GÓR I ALPINIZMU?
WEGA jest moim najpoważniejszym osiągnięciem wydawniczym. Opublikowanie największej na świecie, siedmiotomowej encyklopedii o górach to powód do dumy. Nie ma w całym polskim dorobku wydawniczym, innego, równie bogatego opracowania jakiejkolwiek dziedziny. Moja zasługa jest oczywiście niewielka, trafiłem po prostu w odpowiednie miejsce i czas. Wydanie WEGA to zasługa Jana i Małgorzaty Kiełkowskich, ale i ja przypinam sobie za to medal do piersi. Czuję olbrzymią dumę i spełnienie. W zeszłym roku, dzięki łódzkiemu festiwalowi Mediatravel, miałem zaszczyt opowiedzieć o WEGA członkom najbardziej elitarnego klubu podróżniczego na świecie. W głównej siedzibie The Explorers Club w Nowym Jorku wysłuchano mojej prezentacji i przyjęto ją niezwykle ciepło. Kiedy na zaproszenie Spotkań z Filmem Górskim w Zakopanem odwiedził nas guru alpinistów rosyjskich, autor Kategorii trudności Władimir Szatajew, wieczorem w hotelu sprezentowałem mu szósty tom – Ludzie gór. O szóstej rano mieliśmy wyjechać do Moka, by iść na Mnicha. Kiedy przyszedłem go obudzić, okazało się, że nie spał całą noc, nie mogąc oderwać się od lektury. Wypisał nazwiska kilkuset Rosjan i zdumiony stwierdził, że uwzględniono wszystkich jego ważnych rodaków oprócz tylko jednego mistrza sportu ZSRR. To dowodzi wysokiego poziomu encyklopedii. Podobnie zareagował Kurt Diemberger.

NA CO NARZEKA WYDAWCA?
Wydawca narzeka na to, że w Polsce tak mało się czyta. To oczywiście znak czasów, gdy inne media wygrywają ze słowem pisanym, ale z drugiej strony, kiedy dowiaduję się, że Czesi wydali tę samą co Stapis książkę, ale w większej liczbie egzemplarzy, mina mi rzednie. Już nie mówiąc o Niemcach, którzy mają o wiele większe nakłady. Mam świadomość, że opublikowałem kilka ważnych, mądrych książek, które jednak nie osiągnęły sukcesu. Jak inni przedsiębiorcy narzekam na realia działania w Polsce, na system dystrybucji i rozliczeń, na trud przebicia się z ważnym tytułem. Ale narzekam tylko trochę. Życie wydawcy jest bowiem tak wspaniałe, że trudno wyobrazić sobie piękniejsze. Mogę pracować poza domem czy biurem, bo potrzebny mi jest tylko telefon i laptop podłączony do wi-fi. Poznaję ciekawych i mądrych ludzi, czego przykładem jest znajomość z Jankiem i Małgosią Kiełkowskimi, Andrzejem i Małgosią Koraszewskimi, Robertem Janikiem i wieloma innymi wspaniałymi ludźmi – nie sposób wszystkich wymienić. Są to dla mnie bardzo cenne znajomości. Mam sporo czasu. Sam decyduję o tym, jakie tytuły wydawać, z kim przy ich powstawaniu współpracować. Pięknie jest.

MNIEJSZE WYDAWNICTWA MAJĄ MNIEJ ŚRODKÓW NA PROMOCJĘ. JAK SOBIE Z TYM RADZICIE?
No, nie radzimy sobie. Nawet kiedy mamy jakiś fundusz, bardzo często problem polega na tym, że promocja musi iść w parze z magazynem pełnym książek. Zdarzało się, że jakiś tytuł nam wypalił, a kiedy zrobiliśmy dodruk, zapotrzebowanie na rynku się skończyło. Bywało też odwrotnie – zrobiliśmy promocję, a rynek nie wykazał zainteresowania. To nie jest tylko kwestia finansów, ale podejścia dystrybutorów do niewielkich wydawnictw, bo wielkie mają znacznie większą ofertę i są inaczej traktowane. Zderzyliśmy się już kilka razy z sytuacją, że nasze próby szerszej, kosztownej promocji też się nie udawały. Przykładem jest bardzo ciepła i oryginalna książka Aldka Romana Powrót. Niemałe środki, sporo wysiłku, a nie doceniono jej nawet na konkursie w Zakopanem, o którym tak fajnie pisze autor.

JAKIE ZNACZENIE MIAŁ DLA CIEBIE UDZIAŁ W WYPRAWIE NA NANDA DEVI EAST?
Był cenny na wielu płaszczyznach. Dzięki niemu mogłem dokończyć realizację własnego programu turystycznego „W 80 lat dookoła przygody”, w ramach którego od 2011 roku odtwarzam przedwojenne projekty wybitnych Polaków na całym świecie. Himalaje dawały mi szansę zmierzenia się z wysoką górą. Niestety, na tym wyjeździe nie miałem mocy, pozostała mi rola bardziej obserwatora niż wspinacza. Udział w wyprawach to, oprócz innych korzyści, także zbieranie doświadczeń, które mogą być przydatne podczas pracy nad książkami. Ta ekspedycja była dla mnie wyjątkowa, bo tak klasycznego stylu oblężniczego na jednej górze nigdy jeszcze nie próbowałem. Poza tym okazała się ciekawa pod względem socjologicznym: zazwyczaj wyjeżdżam w gronie dobrze znanych ludzi, a tu czekały mnie niespodzianki. Na szczęście bardzo miłe – nowe, fajne znajomości i kontakty, które również mogą mieć znaczenie na polu zawodowym.

CZY Z TEGO WYJAZDU COŚ SIĘ NARODZI?
Narodziło się już przed nim. Opublikowaliśmy dwie książki: Dziennik himalajski Jakuba Bujaka i Nanda Devi Janusza Klarnera. Obie zostaną prawdopodobnie wznowione, wzbogacone o relację z naszej wyprawy i posłowie wydawcy. Gdy nabiorę trochę dystansu i nadrobię inne zaległości wynikłe z dwumiesięcznej absencji, precyzyjniej ułożę plany. Po wyprawie tropem Adama Wisłockiego powstała książka o podróży kajakowej na Brasławszczyźnie. Może teraz podążę śladami Klarnera i Bujaka?

NA KONIEC PROSZĘ O KRÓTKĄ PREZENTACJĘ NOWOŚCI.
Bardzo się cieszę, że powstał album Włodek o Władysławie Cywińskim, postaci niezwykłej i wręcz legendarnej. Tym bardziej że w zadziwiający sposób łączy moje górskie i ateistyczne zainteresowania. Niebawem Presja Caldwella – doskonała opowieść o tym, jak dokonuje się niemożliwego. Z Czadem w Bieszczadach zauroczył dzieci na bieszczadzkich koloniach. Polecam też dwie urokliwe książki wspomnieniowe: Jak dobrze nam zdobywać góry Ludwika Wilczyńskiego i Witolda Sas-Nowosielskiego oraz Zaginiony horyzont Tadeusza Szczęsnego. Z dystansem i humorem przypominają lata 60., 70. i 80. I wolność – niech będzie ona klamrą tej rozmowy – którą góry dają ludziom uwikłanym w życie, pozwalając im o wszystkim zapomnieć. W obu tych książkach jest dużo wolności, mimo że wspominają czasy, gdy naprawdę było jej w Polsce bardzo mało. A może nie „mimo”, lecz „tym bardziej”?