Hansjörg Auer – spełniając marzenia

Rozmawiał / PIOTR DROŻDŻ
Zdjęcia / HEIKO WILHELM
Zdjęcie otwarcia / Na drodze Wargames 8a+, Niederthai, Ötztal


Nadal jesteś znany przede wszystkim ze swojego żywca na Rybie, więc zacznijmy od tego tematu. Czy nazwałbyś to przejście czymś, co odmieniło twoje życie?

Trochę się zmieniło, ale naprawdę istotne było dla mnie to, żeby nie ucierpiała na tym moja osobowość. I teraz, po półtora roku, mogę powiedzieć, że mi się udało. Jestem ciągle tym samym Hanjörgiem Auerem, znanym ze swojej skromności. Na początku było naprawdę ciężko, bo z dnia na dzień stałem się dobrze znany. Ale teraz już wszystko wróciło do normalności. 

Dlaczego nie zapatentowałeś tej drogi przed przejściem bez asekuracji? Ciężko sobie wyobrazić, że po zrobieniu kilku miejsc wędkę, mogłeś się spodziewać, że będziesz czuł się pewny podczas żywca.

Kiedy robię coś wyjątkowego, sukces musi przyjść w pewnym sensie łatwo. Kilkudniowa praca nad drogą w tym przypadku nie jest w moim stylu. W moim przekonaniu był to również znak, że miałem ogromną wiarę w moje umiejętności. Wierzyłem, że pozwolą mi spełnić marzenia i nie przegrać. To, czy czujesz się pewny siebie czy nie rozgrywa się w twojej głowie. Oczywiście mam czasem projekty, na których muszę popracować, ale nie są to tak niebezpieczne przedsięwzięcia jak poważna solówka. Dobitnym dowodem, że jednak czułem pewność siebie podczas tej wspinaczki jest czas, w jakim przeszedłem drogę.

Większość solistów wspomina o wyjątkowym stanie umysłu, jakiego doświadczają podczas przejść bez asekuracji. Ty również opisywałeś tę „odmienną rzeczywistość” podczas swojego przejścia. Wówczas, gdy pisałeś ten artykuł, te przeżycia były bardzo świeże. Czy teraz, po prawie półtora roku, wciąż są żywe w twojej pamięci?

Tak, są. I czasem wracam myślami do tych kilku godzin spędzonych na Rybie. Chociaż oczywiście, z upływem czasu, nie jest to coś, o czym ciągle myślę. Trudna wspinaczka bez asekuracji jest czymś wyjątkowym i nie powinna stać się czymś rutynowym. Co do mnie, to mogę potwierdzić, że także mi ciężko jest czasem uwierzyć w to, co zrobiłem 29 kwietnia 2007 roku: 37 wyciągów, 7b+, bez asekuracji, w 2 godziny 55 minut…

Wspinanie w Niederthai

Opowiedz o logistyce sesji zdjęciowej, jaką zrobiliście na Rybie z Heiko Wilhelmem.

Heiko jest moim dobrym przyjacielem, więc było to dla niego prawdziwe wyzwanie; być może nawet większe niż trzecie przejście Mordoru 8c+/9a. Dzień był bardzo chłodny. Podeszliśmy przez lodowiec i zjechaliśmy do wielkiej półki. Był z nami mój brat Mathias. Dla mnie było istotne, aby zrobić „prawdziwe” zdjęcia, więc jeszcze raz zrobiłem na żywca kilka odcinków drogi (pomiędzy Rybą i półką). Brat opuścił mnie na linie, zdjąłem uprząż, lina została wyciągnięta do góry i Heiko porobił mi zdjęcia. Pomysł był więc prosty. Natomiast dla Heiko i Matthiasa oglądanie mnie podczas tej wspinaczki bez asekuracji było ciężkim przeżyciem. Dla mnie zaś było to kolejne bardzo pozytywne doświadczenie. Nie miałem żadnych problemów z koncentracją czy tym podobnych rozterek.

Jak porównałbyś swoje wrażenia przy przejściu na żywca RybyModerne Zeiten, którą zrobiłeś dwa lata wcześniej? Pamiętam, że przeszedłeś Moderne dwukrotnie przed solówką na tej drodze, ale nie ma żadnych informacji na temat twojego przygotowywania się do tej wspinaczki. Czy oznacza to, że w tym przypadku również nie zapoznałeś się w większym stopniu z drogą przed jej przejściem?

Nie patentowałem tej drogi. Przeszedłem ją wcześniej dwukrotnie, w 2004 i 2005 roku, ale za każdym razem, z powodu bardzo niskiej temperatury, nie udało mi się zrobić czysto pierwszego wyciągu. Także w tym przypadku przejście bez asekuracji było dla mnie czymś więcej niż kolejnym wyzwaniem. Musiałem pogodzić się z tym, że robię w tym stylu drogę, której najtrudniejszy wyciąg wcześniej mnie nie puścił. Czymś wspaniałym podczas przejścia Moderne Zeiten były ostatnie wyciągi. Headwall na tej drodze jest najwyższej próby – przewieszenie i naprawdę piękne ruchy…

„Tak naprawdę nigdy nie zakosztowałem w żywcowaniu krótkich rzeczy, bo za szybko jest po wszystkim, schodzisz i musisz znowu nastrajać się ponownie” – to słowa Petera Cofta. A jak jest z tobą? Regularnie solujesz krótkie drogi?

Przeszedłem solo tylko dwie jednowyciągowe drogi do 6c. Świetnie rozumiem Petera Cofta. W moim przypadku ta „inna rzeczywistość”, o której wcześniej rozmawialiśmy, pojawia się tylko na długiej drodze. Tym, co fascynuje mnie we wspinaniu bez asekuracji, jest przeżywanie absolutnej wolności i lekkości ruchu. Na początku drogi w pewien sposób zanurzasz się w innym świecie, należącym tylko do ciebie, w którym bawisz ruchem własnego ciała.

Czy miałeś jakiś idoli wśród solistów poprzednich pokoleń wspinaczkowych? Wzorowałeś się na którymś z nich? Może potrafisz wskazać przejścia, które wywarły na tobie największe wrażanie, były główną inspiracją?

Jeśli chodzi o inspirację, to jej źródłem nie są soliści poprzednich pokoleń, choć – jak każdy sportowiec – mam idoli,  znajduję ją natomiast we własnych marzeniach. Jestem osobą, która zawsze patrzy w przyszłość, szukając nowych wyzwań. Jeśli chcesz pchnąć alpinizm do przodu, to nie można orientować swojej świadomości ku wspinaczom z przeszłości czy nawet obecnemu pokoleniu. Trzeba odkrywać swoje własne, a przede wszystkim nowe horyzonty. A nowe idee mają swoje źródło w marzeniach i odczuciach.

Przejdźmy do innych dyscyplin wspinaczkowych. Twoja fascynacja wspinaniem zaczęła się od gór i dopiero po jakimś czasie odkryłeś dla siebie wspinanie sportowe. Teraz typowa jest raczej odwrotna kolejność. Czy sądzisz, że taka droga miała wpływ na twoją karierę wspinaczkową i podejście do wspinania?

Bez wątpienia. Przykładowo gdy w ciągu dwóch pierwszych lat wspinania jeździłem do Arco, to wspinałem  się tylko na wielowyciągówkach i drogach o charakterze alpejskim. Teraz potrafię się tam cieszyć także wspinaniem skałkowym. Po pierwszych latach wspinania doszedłem do wniosku, że jeśli chcę być dobrym wspinaczem alpejskim, to muszę więcej wspinać się sportowo. Moją największą pasją jest robienie trudnych wielowyciagówek, a także – od czasu do czasu – przejść na żywca. A jeśli przyjrzysz się karierom dobrych wspinaczy sportowych, to okazuje się, że potrafią robić najtrudniejsze drogi alpejskie w krótkim czasie. Trzeba jednak czuć pasję i motywację. I znowu dochodzimy do tego, o czym była mowa przed chwilą – idź za swoimi marzeniami i uczuciami, a będziesz szczęśliwy i odniesiesz sukcesy.

Podczas przejścia El Niño, El Capitan
fot. Christian Pfanzelt

Opowiedz ciut więcej o początkach swojego wspinania.

Zacząłem w wieku 12 lat – wtedy odbyłem kurs w klubie alpejskim. Moim trenerem był Roland Mittersteiner z Południowego Tyrolu (ciekawostką jest, że jest on autorem pierwszego onsajtu na Rybie!). Kiedy już byłem na poziomie sportowego 6c, wspinałem się naprawdę sporo: w tym czasie potrafiłem robić 70-80 wyciągów w cztery dni, wszystkie na alpejskich drogach, głównie w Dolomitach. Zrobiłem też bardzo fajne drogi lodowe i kilka północnych ścian. Potem powróciłem do wspinanie skałkowego, oczywiście nigdy nie rezygnując z alpejskiego. Najtrudniejszą drogą, jaką zrobiłem był Glückshormon 8b+ w Niederthai (Ötztal). Obecnie robię sporo dróg na poziomie od 8a w górę, a najlepszy onsajt mam na poziomie 8a+.

Jest takie powiedzenie, że najtrudniej przeżyć dwa pierwsze lata wspinania. Właśnie z tego okresu wielu wspinaczy zachowało wspomnienia najbardziej niebezpiecznych sytuacji czy przygód. Czy podobnie jest z tobą, gościem, który przesolował Rybę? Pamiętasz jakieś „cudowne ocalenia” z pierwszych lat wspinania?

Tak. Moje pierwsze dwa lata były nieco szalone. Nie miałem nikogo na kształt mentora, który wprowadziłby mnie we wszystko i pokazał co i jak. Uczyłem się więc poprzez działanie – jak można sobie wyobrazić, może to być nieco niebezpieczne.

Twój pierwszy wspinaczkowy wypad poza Europę to podróż do Patagonii w 2004 roku. Czy wspinanie w tym rejonie dorosło do twoich wyobrażeń o tym słynnym miejscu?

Patagonia była dla mnie pierwszym wielkim wyzwaniem. Pojechałem tam w towarzystwie przyjaciela Thomasa Scheibera. Spędziliśmy tam zaledwie trzy tygodnie, ale odnieśliśmy spore sukcesy. Styl wspinania bardzo mi pasował. Szybko i na lekko. Wiele razy trenowaliśmy to jako zespół w Alpach. Kiedyś wrócę do Patagonii. Tyle, że teraz nadeszły tam czasy, że szczyt nie powinien być już celem – jest tam tak wiele dróg, które czeka na odhaczenie. Wspinanie klasyczne jest z pewnością przyszłością w tym rejonie, choć jest ono specyficzne ze względu na ograniczony czas akcji, związany z pogodą.

Dwa lata później byłeś członkiem zespołu, który powtórzył Women and Chalk, nazwaną przez Bubu, jej autora, „pierwszą 8a w Karakorum”. Jak wspominasz to przejście i samą drogę?

Wspinaczka w Karakorum była świetną przygodą. Czymś więcej niż Patagonia. W bazie spędziliśmy 40 dni, bez cywilizacji, towarzystwa innych ludzi, doświadczając specyficznej rzeczywistości – tylko my i górskie ściany. Women and Chalk było sporym wyzwaniem, bo było to pierwsze powtórzenie i pierwsze wejście na szczyt (tą drogą). To była także ogromna praca. Pierwszy raz musiałem zmagać z holowaniem, portaledge’ami, wspinaniem na wysokości 5000 m i tak dalej. Z dzisiejszej perspektywy zrobienie Eternal Flame, drogi którą przeszliśmy później, było nieco przyjemniejsze, ponieważ szliśmy na lekko i wspinaliśmy się w stylu alpejskim. Natomiast najlepszym wspomnieniem z tego wyjazdu było wytyczenie na Little Shipton nowej drogi, którą nazwaliśmy Wings of Change. Znalezienie tak wspaniałej linii w takim miejscu, w dodatku nieodkrytym wcześniej, jest fantastycznym uczuciem.

Bubu był często oskarżany o zawyżanie wycen swoich dróg. Jakie były twoje odczucia odnośnie wycen na tej drodze?

To był mój pierwszy raz, kiedy wspinałem się w idealnych, granitowych rysach. Teraz, gdy mogę porównać wyceny na Shipton Spire i te w Dolinie Yosemite, to nie przystają one do siebie. Jeśli na Women and Chalk pójdzie dobry wspinacz rysowy, to będzie się cieszył ze wspinaczki w „łatwym” terenie. Dla mnie w 2006 roku było to trudne, a mimo to wydawało mi się, że wyceny są zawyżone. Natomiast uważam, że prawdziwej przeceny tej drogi może dokonać tylko wspinacz, który zrobi ją w tym samym stylu co Bubu – poprowadzi onsajtem wszystkie wyciągi.

Wspomniałeś Eternal Flame. Czy zrobiliście klasycznie całą drogę z wyjątkiem drabiny spitów? 

Nie zrobiliśmy klasycznie całej drogi, bo w górnych partiach śpieszyliśmy się, żeby zdążyć przed nadchodzącą burzą. Na tych ostatnich wyciągach czasem zadawaliśmy z przelotów. Natomiast linia Eternal jest fantastyczna i skała na niej jest znacznie lepsza niż na Shipton. Jest to droga stworzona do stylu alpejskiego.

Myślisz o powrocie w Karakorum? Jeśli tak, to czy masz jakieś upatrzone cele w tym rejonie?

Byłoby świetnie tam wrócić, ale ciągle rozglądam się za czymś wyjątkowym – nie chciałbym jechać do Charakusa czy znów w okolice Trango, czyli w najczęściej odwiedzane rejony. Fajnie byłoby znaleźć trudniej dostępną, „nową ścianę”, gdzieś z dala od wydeptanych ścieżek.

29 kwietnia 2007 roku, Droga przez Rybę 7b+ bez asekuracji,
37 wyciągów, 2 godz. 55 min…

W 2007 roku przeszedłeś Arctandria na północnej ścianie Blamannen w Norwegii, prawdopodobnie jedną z najlepszych linii w swoim gatunku w Europie. Teraz, kiedy masz za sobą również wspinanie w Yosemite, ciekaw jestem twojej opinii o powadze i trudnościach tej wspinaczki.

Nie sądzę, aby to była jedna z najlepszych linii. Są trudniejsze drogi niż Arctandria. Przejście było uznane za jedno z lepszych ze względu styl, w jakim go dokonaliśmy oraz asekurację. Na całej drodze jest tylko jeden spit (na drugim stanowisku), a reszta to wspinanie mniej lub bardziej alpejskie. Didier Berthold uklasycznił wszystkie wyciągi, ale nie w ciągu jednego dnia i z założoną asekuracją. Dla mnie było ważne, aby osadzać punkty asekuracyjne podczas wspinaczki – stanowiło to pewien rodzaj etycznego wyzwania. Myślę, że ciężko jest porównać wycenę z drogami z Yosemite, bo skała jest nieco inna i nie jest to droga czysto rysowa. Jest tam więcej zacięć, kancików i często trzeba się wspinać odciągiem. Dla mnie czysta rysa 8b jest trudniejsza niż wyciąg o tej wycenie na Arctandrii. Jestem pewien, że w przyszłości nie będzie się tak bardzo liczyła sama ocena trudności danej przygody, ale jaki sposób obierzemy, aby rozwiązać dany problem – to stanie się ważniejsze niż obecnie.

A konkretnie jaki był styl waszego przejścia? Wiem, że było to pierwsze przejście RP w ciągu jednego dnia, ale ciekaw jestem, czy zmienialiście się na prowadzeniu, czy też prowadziła jedna osoba? Jeśli się zmienialiście, to drugi wspinał się klasycznie czy też nie?

Byłem tam z Markusem Haidem, który jest bardzo dobrym wspinaczem sportowym, ale nie ma zbyt wiele doświadczenia alpejskiego. Tworzyliśmy więc zespół, który dobrze się uzupełniał. Nasza strategia zakładała, że wspinamy się RP i zmieniamy na prowadzeniu, ale i na drugiego idziemy klasycznie. To było dla mnie nowe doświadczenie – nie tylko musisz poprowadzić wyciąg, ale także idąc na drugiego, nie możesz popełnić błędu. To bardzo różni się od wspinania z partnerem, który idzie za tobą hakowo albo w jakiś inny sposób.

Jakie jest twoje zdanie na temat stylu prowadzenia danych linii? Które drogi powinny być prowadzone w całości przez jednego wspinacza, aby przejście było naprawdę wartościowe, a które można robić w zespole, zmieniając się na prowadzeniu?

Robiąc długie drogi alpejskie, najlepiej zmieniać się na prowadzeniu z powodu oszczędności czasu. Jeśli obaj wspinacze chcą poprowadzić całość drogi, to lepiej iść na drogę dwukrotnie (raz jeden, a raz drugi grają rolę asekuranta). Dla mnie w przypadku dróg wielowyciągowych ma to ogromne znaczenie. Na przykład w Rätikonie czy na Marmoladzie dużo trudniej jest poprowadzić wyciąg onsajtem czy przejść go czysto na drugiego bez znajomości. Wspinanie na takich ścianach jest dużo mniej ewidentne niż podążanie systemem rys. Ważne jest też, żeby obaj wspinacze czerpali radość z przejścia.

Ostatnio rozmawiałem z twoim przyjacielem, wspomnianym wcześniej Heiko Wilhelmem, który był razem z tobą na wyprawie w rejony Omanu. Opisał mi wspinanie oraz okolicę jako absolutnie fantastyczne. Podzielasz tego opinię?

Oman jest czymś nieprawdopodobnym. Można go  porównać do całych Dolomitów, w których byłyby szczątkowe ilości dróg. Jest tam tak wiele nowych linii, prowadzących w dobrej sale, które czekają  na pierwsze przejście. Innym czynnikiem jest ascetyczny rodzaj krajobrazu. Na pierwszy rzut oka przypomina inne miejsca, ale jeśli nauczysz się na niego patrzyć, odkrywasz coraz to nowe szczegóły. Nie można też nie wspomnieć o mieszkańcach tego kraju. Przyjacielskich, zawsze gotowych do pomocy i uśmiechniętych. Nigdy nie zapomnę tej symbiozy – wspaniałego wspinania i odpoczynku przy ognisku, nieopodal oazy.

Wasza trzywyciągowa droga na Jabel Sham Plateau, którą nazwaliście El Hamar 8b, była opisywana jako wymagająca psychicznie. Opowiedz mi o jej charakterze i asekuracji?

Kiedy nasz przyjaciel Joggl pokazał mi te linię, miałem zamiar uderzyć na nią od dołu z hakami. Ale kiedy pod nią podszedłem, po prostu mnie rozwaliła. Na trzech wyciągach droga wywiesza się o 50 metrów. Dlatego zdecydowałem się jednak zjechać z góry i osadzić parę spitów oraz stałych pętli. Normalnie nie jestem specjalistą od dużych przewieszeń, ale El Hamar oferuje wspinaczkę po wielkich naciekach, przypominających ogromne sople. Na pierwszym wyciągu znajduje się trudne miejsce bulderowe, drugi wyciąg jest wytrzymałościowy, a trzeci biegnie przewieszonym zacięciem ze sporymi wyjściami nad przeloty. Wydaje mi się, że droga ma trochę alpejski charakter i jest nieco psychiczna, bo trzeba założyć na niej kilka camalotów i prowadzić linę dwutorowo, aby uniknąć przegięć. Kiedy dojdziesz do drugiego stanowiska, zjazd do podstawy ściany jest niemożliwy.

Zrobiliście także nową drogę na najsłynniejszej ścianie Omanu, Jebel Misht. Czy naprawdę można ją porównać do południowej ściany Marmolady?

Jak najbardziej. Jest podobnych rozmiarów i ma półkę w połowie wysokości. Skała jest równie świetnej jakości, choć nie przypomina tej na Marmoladzie – na Jebel Misht jest więcej rys i zacięć, zamiast płyt z dziurkami. Największą różnicę widzę w krajobrazie. Tak więc dla mnie nie jest to Marmolada, ale wiele cech sprawia, że jest do niej bardzo podobna.

Podczas wytyczenia Al Hamar w Omanie. Drugi wyciąg wyceniony na 8a

Na koniec pomówmy o swojej wizycie w Yosemite. Zanim zaatakowałeś El Capa, zrobiłeś między innymi Astromana. Jak ty – autor jednego z najważniejszych przejść bez asekuracji w historii wspinania – postrzegasz solówkę Petera Cofta sprzed ponad 20 lat na tej drodze, która jest uważana za kamień milowy w historii wspinania bez liny?

Bez wątpienia był to kamień milowy. Nie ma wielu dróg na świecie, których historia tak wyraźnie ilustruje ewolucję wspinania. Otwarta w erze wspinaczki hakowej, później, po latach odhaczona, wreszcie doczekała się przejścia OS, a na końcu – bez asekuracji. Myślę, że pod tym względem zarówno Astroman jak i Ryba są podobnego gatunku. Ale jeśli chodzi o samo wspinanie, to oczywiście są kompletnie różne. Astroman wymaga wielu różnych technik wspinania w rysach, jest po prostu najlepszą drogą do nauki takiego rodzaju wspinaczki. Natomiast aby pomyśleć o jego przeżywcowaniu, czego bynajmniej nie planuję, musiałbym przejść naprawdę sporą ilość rys. Dla większości ludzi Ryba jest trudniejsza, ponieważ wspinanie ma charakter bardziej techniczny, a kluczowe sekwencje nie są ewidentne. Ale wszystko zależy od tego, gdzie się „wspinaczkowo wychowałeś”…

Nie przeszedłeś Astromana onsajtem z powodu – co jest typowe – wyciągu Harding Slot. Wielu wspinaczy wspomina pokonanie tego miejsca jako prawdziwy  horror. Miałeś te same odczucia?

Tak. Slot jest do zrobienia, ale trzeba się w nim dobrze zakleszczyć. Ruchy nie są łatwe. Natomiast dla prawdziwego wspinacza rysowego może to być najłatwiejsze miejsce drogi. Im więcej wspinałem się w Dolinie, tym bardziej lubiłem rysy offwidth. Potrzebujesz opanować nową technikę, co jest zawsze interesujące i zabawne. Jeśli chodzi o samo przejście Astromana w stylu onsajt, to lepiej by było, gdybym odłożył tę drogę na koniec pobytu w Dolinie.

Czas na El Niño. Z twojej relacji wynika, iż nie wiedziałeś o klasycznym pokonaniu wyciągu Eismeer po obrywie. Czy to oznacza, że nie słyszałeś o przejściu braci Pou? I co myślisz o trudnościach tego wyciągu?

Słyszałem o przejściu braci Pou, ale myślałem, że nie udało im się zrobić tego miejsca i ominęli je za pomocą wariantu. Wycenienie tego wyciągu jest naprawdę trudne, bo jest to bardziej problem bulderowy. Iker Pou ocenił go na 7c/c+. Dla mnie nie było to aż tak trudne, ale wydaje się, że jest to kwestia wzrostu – wyżsi wspinacze mają łatwiej. Poza tym problem można rozwiązać na więcej niż jeden sposób. Ostatecznie stopień 5.13d wydaje się ok.

Trochę skrytykowałeś Huberów za ich „man-powered rappel”. Nie wydaje ci się jednak, że nie ma w ich postępowaniu nic złego, ponieważ w sposób klarowny opisali jak pokonali ten odcinek. Może po prostu bardzo chcieli to inaczej zinterpretować… J

Nie wydaje mi się. Zinterpretowali to jako ów „man-powered rappel”, aby ogłosić, zrobili całą drogę klasycznie, a w rzeczywistości jest to normalny zjazd, tyle że zjeżdżasz z ciała partnera trzymającego się wielkiej klamy. Nie ma jednak potrzeby, aby robić coś takiego. El Niño jest wspaniałą linią, więc można tylko żałować, że odcinek pomiędzy M&M FlakeRoyal Arch jest nie do ruszenia klasycznie. Mimo to generalnie Huberowie odwalili tam kawał dobrej roboty.

Czy podczas swojego przejścia Nosa, próbowałeś przystawić się do najtrudniejszych wyciągów klasycznych, choćby z ciekawości, czy też waszym celem było po prostu zrobienie drogi sprawnie w krótkim czasie?

Planowaliśmy zrobić ją w dobrym czasie i wspinać się głównie klasycznie. Zresztą w rysie dużo szybciej pokonujesz teren klasycznie niż zadając z przelotów. Drugi również szedł w taki sam sposób. Jumarowałem tylko na końcowej „drabinie nitów”.

Na Nosie wspinałeś się z Muchem Mayrem, który jest naprawdę mocnym wspinaczem, mającym na koncie trudne i poważne przejścia, ale mimo to pozostaje raczej nieznany w środowisku. Czy możesz coś o nim powiedzieć polskim wspinaczom?

Much jest moim krajanem – pochodzi z tej samej okolicy. Jest naprawdę dobrym wspinaczem, jednym z najbardziej kompletnych, jakich znam. Wspina się sportowo na poziomie 8c/c+, bulderuje, robi trudne drogi alpejskie, ma również na koncie kilka solówek. Dla mnie jego najlepszym osiągnięciem było najszybsze powtórzenie Des Kaisers Neue Kleider. Sam określił je jako niesamowite.

Twoja ostatnia droga w USA okazała się pechowa. Na Bachar-Yerian w Tuolumne Meadows fatalnie roztrzaskałeś sobie nogę. Opowiedz proszę o tym wypadku i akcji ratunkowej.

Miałem wielkiego pecha. Na ostatnich metrach drogi urwał mi się stopień i podczas lotu uderzyłem nogami w małą półeczkę. Usłyszałem trzask w prawej kostce i w ciągu kilku minut moja stopa strasznie napuchła. Zanim zjawili się rangersi, upłynęło mnóstwo czasu. Dużo się nacierpiałem. Mój brat opuścił mnie do podstawy ściany i pobiegł po pomoc. Ratownicy znieśli mnie na noszach do ambulansu i wylądowałem w szpitalu w Mammoth. Następnego dnia przeszedłem operację. Mam nadzieję, że nigdy nie przydarzy mi się taki wypadek z dala od cywilizacji.

Bachar-Yerian wiążą się fatalne wspomnienia, ale pewnie możesz coś powiedzieć o tej słynnej drodze – w końcu przeszedłeś ją prawie całą.

Jest to piękna linia, biegnąca po czarnym ścieku na pomarańczowej ścianie. Oferuje płytowe wspinanie po specyficznych owalnych ściskach i całkiem długie runouty, które jednak – z wyjątkiem pierwszych metrów – nie są śmiertelne. Otworzenie tej drogi wiele lat temu – od dołu i bez znajomości było wielkim osiągnięciem – gratulacje dla Johna Bachara. Ta droga jest jazdą obowiązkową dla wszystkich, którzy wybierają się do Yosemite. 

Plany na najbliższą przyszłość?

Wrócić do zdrowia i zrealizować wszystkie plany, których mam pełną głowę. Uraz, o którym mówiliśmy, sprawił, że miałem trudne lato – siedem tygodni w gipsie, jedenaście o kulach. Ale jest to lekcja, którą musi przejść każdy sportowiec – sam powrót do aktywności może być sukcesem, nie musi być nim przejście trudnej drogi. Teraz zaczynam wspinać się po łatwym i jest to wspaniałe uczucie…


Tekst został opublikowany w 172 (9/2008) numerze magazynu GÓRY.
Możesz go również przeczytać na naszym czytniku
 – czytaj.goryonline.com

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2024