GÓRY: LATA ROMANTYCZNE (1991–1994)

W redakcji przechowujemy wszystkie numery GÓR w postaci oprawionych tomów. I chociaż pierwszy wolumen, opisany jako 1991–1994, jest cieńszy niż późniejsze pojedyncze roczniki, to właśnie do wydań z tych lat wielu kolekcjonerów ma szczególny sentyment. Oto szybki, redakcyjny i siłą rzeczy subiektywny „przegląd” 13 wydań naszego Magazynu, które ukazały się w tych latach. Zaczniemy jednak od rzutu oka na prapoczątki, czyli „Taterniczka” i jego protoplastę.

PREHISTORIA

Tradycja, która stoi za naszym Magazynem, liczy sobie już ponad 60 lat. Prapoczątki GÓR sięgają bowiem aż 1959 roku, kiedy wyszedł pierwszy numer biuletynu Koła Krakowskiego Klubu Wysokogórskiego, który otrzymał tytuł Jednodniówka. Dziesięciostronicowe pisemko było wprawdzie datowane na 22 grudnia 1958 roku, ale ukazało się ponad dwa miesiące później. Od czwartego numeru, opatrzonego datą „czerwiec 1959 r.” aperiodyk zmienił tytuł na Biuletyn Krakowskiego Koła Klubu Wysokogórskiego, pod którym ukazywał się do 1961 roku. W 1963 roku, począwszy od numeru 13, na okładce zadebiutowała nowa nazwa, która miała przetrwać niemal trzy dekady – Taterniczek. Jego redaktorem głównym był początkowo Marek Jarecki, a następnie Jerzy Potocki. Po śmierci tego drugiego w lawinie na Noszaku w 1966 roku schedę przejęła Ewa Śledziewska. Zredagowała ona 12 numerów, które ukazały się w latach 1967–1975. 

Praprzodek GÓR, pierwszy numer „Jednodniówki”.

MODERNISTYCZNY TATERNICZEK

Na lata 1975–1980 przypadła najdłuższa przerwa w historii wydawania Taterniczka. Pisemko wróciło w czerwcu 1980 roku, kiedy jego redakcji podjął się Krzysztof Baran.

„Jak łatwo można zauważyć, Taterniczek przyjął nową formę i szatę graficzną. Stara się bowiem choć w ten sposób nieco zbliżyć swój poziom do aktualnego poziomu polskiego taternictwa, alpinizmu i himalaizmu, odnoszących sukcesy w górach malutkich, średnich i naj­wyższych. Życzymy sobie sami, by starczyło nam zapału na następne dwadzieścia lat i by odstępy czasu pomiędzy poszczególnymi kolejnymi numerami nie sięgały lat pięciu, a jeśli te życzenia staną się życzeniami na­szych Czytelników po przeczytaniu niniejszego numeru – to już odnieś­liśmy pierwszy sukces!” – napisał w słowie wstępnym do tego wydania.

Plan udało się zrealizować z nawiązką, bo do 1991 roku ukazało się 17 numerów, a wiele zamieszczonych tam tekstów przeszło do historii polskiej publicystyki wspinaczkowej i wypływało na znacznie szersze niż tylko krakowskie wody.

              Ostatnie wydanie pod tym szyldem miało numer 39 i było datowane na kwiecień 1991 roku. „Żegnając Taterniczka, zapraszamy na wyprawę w GÓRYktórą (odpukać!) chcielibyśmy odbyć jeszcze przed wakacjami” – zakończył ostatniego Taterniczkowego wstępniaka redaktor naczelny.

… i ostatnie wydawnictwo pod tym szyldem.

„GÓRY, MOJE GÓRY”, CZYLI TERMINY, CENY I JAKOŚĆ DRUKU

Przy okazji wszelkich opóźnień, które nam się niestety zdarzają do dzisiaj, śmiejemy się, że te niedotrzymywane czasowe obietnice z początków GÓR rzuciły swego rodzaju klątwę. Bo zapowiadany w powyższym cytacie pierwszy numer pisma, choć datowany na październik 1991, zaczął się drukować… w połowie listopada, więc do sprzedaży trafił dopiero w grudniu tamtego roku.

Cena była za to promocyjna, bo opiewała na równe… 9000 złotych. Tak, Droga Młodzieży, nic nam się tutaj nie pomyliło w kwestii liczby zer. Zresztą, w związku z galopującą wtedy inflacją, kwota, którą czytelnicy musieli płacić za kolejne numery, systematycznie rosła i w styczniu 1994 roku wynosiła już 20 000 złotych, a rekordowe 40 000 osiągnęła w 1995 roku. Wówczas doszło do denominacji waluty i nowa cena wyniosła… 4 złote.

Wprawne oko dostrzeże na skale ludzką postać, może nawet niejedną.

              W porównaniu do poprzednika GÓRY przede wszystkim zyskały nowy format (klasyczne A4) i kredowy papier. Ostatnie dwa numery Taterniczka miały już kolorowe okładki, ale zamieszone na nich zdjęcia nie zachwycały poziomem reprodukcji. Jakość druku coverów pierwszych GÓR, choć oczywiście wciąż daleko odbiegająca od dzisiejszych standardów, była już lepsza. Oczywiście w zestawieniu z ówczesnymi pismami z zachodniej Europy – niemieckim Rotpunktem czy francuskim Verticalem – wciąż prezentowaliśmy się niczym polonez przy volkswagenie lub renault, ale dla tych, którzy dobrze pamiętali standardy w czasach komunizmu, postęp był znaczący. Oczywiście GÓR wciąż nie było stać na przejście na kolorowy druk, ale zdecydowano się dodawać w środku czterostronicową wkładkę „full color” z reprodukcjami najbardziej udanych zdjęć.


Cały tekst został opublikowany w 284 (1/2022) numerze magazynu GÓRY.
Możesz go również przeczytać na naszym czytniku
 – czytaj.goryonline.com

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2024