Surowe arktyczne krajobrazy, skute lodem fiordy i niedźwiedzie polarne – taki obraz Svalbardu miałem zawsze w głowie. Od lat marzyłem, żeby tam pojechać. W miejsce, które wydawało mi się zbyt piękne, żeby mogło istnieć gdzie indziej niż na kartach fantastycznej powieści. Zawsze jednak, kiedy zaczynałem się nad tym na serio zastanawiać, górę brał zdrowy rozsądek. Logistyka jest skomplikowana, a budżet takiej wyprawy mógłby wystarczyć na dwie albo i trzy inne. Musiałbym też znaleźć przynajmniej kilku równie szalonych jak ja ludzi, żeby miało to jakikolwiek sens. Więc za każdym razem kończyło się na marzeniach i stwierdzeniu, że „może kiedyś”…
Tekst / QUENTIN CARAMELLO
Tłumaczenie / TOMASZ BIERNACKI
Zdjęcia / CORENTIN CROISONNIER
Zdjęcie otwarcia / Wędrówka na skiturach w poszukiwaniu nowych linii zjazdu
MARZENIA SĄ PO TO…
W zeszłym roku, gdy zwierzyłem się ze swoich fantazji o Svalbardzie przyjacielowi, usłyszałem, że nasz wspólny znajomy, Seb Varlet, planuje właśnie „mój” wymarzony wyjazd i zna kogoś, kto pomaga mu ogarnąć logistykę na miejscu. Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Taka szansa zdarza się zbyt rzadko, żeby nie rzucić się na nią, próbując chwycić z całych sił. Wykonałem kilka telefonów, wysłałem parę maili i, choć nadal nie mogłem w to uwierzyć, kupiłem bilet lotniczy do Longyearbyenu.
Towarzystwo zapowiadało się wyśmienite. Sébastien Varlet, Tao Kreibich i David Deliv to niezwykle utalentowani i doświadczeni narciarze startujący we Freeride World Tour. Żadna ściana nie jest dla nich zbyt stroma i zjadą nią, nawet jeśli śniegu leży tyle, co kot napłakał. Towarzyszył nam również filmowiec i fotograf, Corentin Croisonnier, dzięki któremu powstał film o wyprawie – Bjørnebo. Naszym „człowiekiem na miejscu”, dobrym duchem i filarem całego przedsięwzięcia był Arthur Garreau, który w ramach doktoratu prowadzi badania na Svalbardzie. Bez jego pomocy wielu rzeczy po prostu nie zdołalibyśmy zorganizować, a na pewno ucierpiałby na tym budżet wyprawy. Arthur wystąpił również w roli przewodnika, a pomagali mu lokalsi: Nil, Philipp i Erlend. Nie znaliśmy się wcześniej – pierwszy raz wszyscy mieliśmy się spotkać na miejscu. Kilkudniowa wyprawa w niegościnnej Arktyce, w gronie kompletnie obcych ludzi zawsze jest niewiadomą. Liczyłem jednak, że wspólna pasja i chęć przeżycia przygody pozwolą nam stworzyć zgrany team. I na szczęście się nie pomyliłem.

PLAN A… I PLAN B
Każdy taki wyjazd zaczyna się od szukania informacji o regionie, czytania relacji innych ludzi, którzy już tam byli, i studiowania mapy. Pierwsza wersja naszego planu przewidywała założenie bazy w centralnej części wyspy, w pobliżu opuszczonej osady górniczej Pyramiden. W północno-wschodnim Svalbardzie góry są najwyższe, a to oznacza potencjał na najbardziej efektowne i najdłuższe linie. Zima w Alpach, regionie, w którym wszyscy działamy na co dzień, okazała się sucha. Śniegu było za mało, żeby zaspokoić nasze apetyty, więc chcieliśmy sobie to wynagrodzić podczas tej wyprawy.
Przyjaciele ze Spitsbergenu szybko wskazali jednak zasadniczą wadę naszego planu. Podróż do miejsca, w którym zamierzaliśmy założyć bazę, zajęłaby nam kilkanaście godzin. Mieliśmy do dyspozycji niewiele ponad tydzień, więc wizja spędzenia dwóch dni na skuterach śnieżnych była nieakceptowalna. Do tego dochodziła konieczność uzyskania pozwoleń na opuszczenie strefy, w której można się poruszać bez ograniczeń, i cała masa innych drobnych komplikacji. Po krótkich rozważaniach za i przeciw postanowiliśmy więc zmienić plany o – dosłownie – 180° i zamiast na północ wyruszyć z Longyearbyenu na południe.
Nie wiedziałem, jakie warunki napotkam, więc zabrałem ze sobą narty, które są jak szwajcarski scyzoryk – Majesty Havoc 110. Założyłem do nich ultralekkie wiązania, bo planowaliśmy długie podejścia. Chociaż to sprzęt przewidziany do jazdy w puchu, a tego nie znaleźliśmy niemal w ogóle, sprawdziły się naprawdę dobrze. Ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że czegoś mi brakuje. Czułem się na tyle pewnie, że chociaż przez cały wyjazd starałem się ograniczać ryzyko, kiedy ostatniego dnia zauważyłem odpowiednie miejsce, nie odmówiłem sobie efektownej 360.
Już w czasie lotu z Tromsø poczuliśmy ulgę, bo to, co zobaczyliśmy z okien, utwierdziło nas w przekonaniu, że zmiana planu wcale nie była złą decyzją. W bezkresie bieli, która przesuwała się pod nami, kiedy podchodziliśmy do lądowania, wypatrzyliśmy bowiem kilka fantastycznych ścian. Analizowaliśmy co prawda zdjęcia, filmy i mapy satelitarne, ale zobaczenie wszystkiego na własne oczy było nieporównanie bardziej wartościowe. Po krótkiej dyskusji, podekscytowani zbliżającą się przygodą, zamiast odpocząć, wybraliśmy się od razu na rekonesans. Chcieliśmy jak najszybciej zacząć wykorzystywać ograniczony czas. Niebawem miało się zresztą okazać, że chwil spędzonych na nartach będzie znacznie mniej, niż oczekiwaliśmy.

RYZYKO
Wyszliśmy na szczyty okalające Longyearbyen, administracyjne centrum Svalbardu. Dumnie nazywa się stolicą archipelagu, ale w istocie to niewielkie miasteczko nad brzegiem fiordu. Większa część z nieco ponad 2000 mieszkańców to naukowcy i studenci prowadzący związane z Arktyką badania. Ludzi, którzy całe swoje życie spędzają na Spitsbergenie, jest garstka.
Pierwszy zjazd nie mógł być lepszy. Pogoda jak z bajki, śnieg idealny – trudno oczekiwać czegokolwiek więcej. Nasi przewodnicy wykorzystali ten wypad, żeby przeprowadzić szybkie szkolenie związane z bezpieczeństwem. W euforii inauguracyjnych szusów nie docierało do nas wystarczająco mocno, jakie zagrożenia mogą tam czyhać. Dopiero w kolejnych dniach powoli zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że to wcale nie zimno jest naszym największym wrogiem.
Prawdziwe zagrożenia były dwa. Po pierwsze – niedźwiedzie polarne. Staraliśmy się, na ile to możliwe, poruszać z dala od wybrzeża. Nigdy nie ma jednak gwarancji, że głodny miś nie zapuści się daleko w głąb lądu. To oznaczało, że kiedy kładliśmy się spać, jeden z nas musiał ze strzelbą w ręku pilnować obozu. Chociaż nie widzieliśmy zwierząt w pobliżu bazy, świadomość, że musimy uważać i codzienna wizja godzinnej wachty w środku nocy były wystarczająco niekomfortowe.
Drugie zagrożenie stanowiliśmy my sami. Jazda po stromych, dziewiczych stokach jest ryzykowna. Nawet jeśli ma się niemal cyrkowe umiejętności, jak moi towarzysze, nie da się zupełnie wykluczyć upadków. Euforia, którą czujemy, oddając się we władanie grawitacji, powoduje, że dajemy z siebie wszystko. Jednak na Svalbardzie musieliśmy cały czas się powstrzymywać. Każda kontuzja, która w Alpach oznaczałaby lot helikopterem do pobliskiego szpitala, na Spitsbergenie mogła skończyć się tragicznie. Byliśmy kilka godzin drogi skuterem od cywilizacji, a najbliższy szpital znajdował się 1000 kilometrów na południe, w Tromsø. Czy wspominałem już, że przez większość czasu nie mieliśmy zasięgu sieci komórkowej? W takich okolicznościach każde ryzyko kalkuluje się dokładniej.

WARUNKI
Było zimno. Temperatura niejednokrotnie spadała poniżej –20°C. Wszystkim nam zdarzało się działać w podobnym zimnie, ale nigdy wcześniej nie robiliśmy tego przez kilka dni z rzędu. Kiedy spędza się w arktycznych warunkach niemal tydzień, śpiąc co noc w namiocie, drobiazgi stają się wyzwaniem. Wszystko, łącznie z pastą do zębów i kremem przeciwsłonecznym, jest zamarznięte na kamień. Baterie do kamer i dronów, telefony i zegarki odmawiają posłuszeństwa. Pozornie proste wyjście do toalety wymaga starannego planowania. Krótkie i jasne noce powodują, że zmęczenie dopada znienacka. Organizm działa na wysokich obrotach, bo nic nie sygnalizuje nadejścia nocy, aż w końcu przychodzi moment, kiedy zasypia się na stojąco. Czas przestaje płynąć normalnie i wszystko zlewa się w jeden, przerywany drzemkami, bardzo długi dzień.
Klimat Spitsbergenu nie sprzyja utrzymywaniu się perfekcyjnych warunków śniegowych. Zimno sprawia, że opady są znikome, a to, co spadnie, natychmiast jest rozwiewane przez wiatr. Większość linii, które udało nam się zjechać, była więc mocno zlodzona. Samo dostanie się na start wymagało podchodzenia z czekanami i w rakach. Wszędzie indziej uznalibyśmy, że w takich warunkach się nie da i odpuścilibyśmy już pierwszego albo drugiego dnia. Ale na Spitsbergenie w ogóle nam to nie przeszkadzało, bo widoki i wrażenia były absolutnie wyjątkowe. Svalbard jest chyba najbardziej magicznym miejscem, jakie dane mi było odwiedzić.

WYZWANIA
Wyprawa taka jak nasza wymaga oczywiście pewnych umiejętności i doświadczenia, bo strome połacie lodu nie są dla nowicjuszy. Jednak nawet krótkie wycieczki na skiturach wokół Longyearbyenu mogą zapewnić podobne doznania, więc niezależnie od narciarskiego zaawansowania Spitsbergen jest miejscem, które warto odwiedzić, jeśli tylko nadarza się taka możliwość.
Nie wszystko poszło zgodnie z planem. Z pierwszej bazy nadciągająca burza śnieżna wygoniła nas, zanim odhaczyliśmy wszystkie upatrzone w okolicy ściany. Kiedy przenieśliśmy się bliżej wybrzeża, żeby zrealizować szalony pomysł zjazdu na sam brzeg oceanu, pogoda również nie dopisała. Whiteout uwięził nas w namiotach na dwa dni.
Musieliśmy zmagać się z zamarzającymi bateriami i szwankującym na zimnie sprzętem wideo, a założenie zesztywniałych butów narciarskich wymagało pomocy innych. Połamaliśmy sanki transportowe, również kilka drobnych przedmiotów nie wytrzymało konfrontacji z ekstremalnie niską temperaturą. Odmroziłem nos, bo nie mogłem go zakryć śpiworem. Do tego nieustanne światło dzienne i szum wiatru powodowały, że każda noc była serią krótkich drzemek i porządnie wyspałem się dopiero po powrocie do domu.
Mimo tego wybrałbym się tam jeszcze raz. Przygoda, przeżycia, emocje – to wszystko było tak wyjątkowe, że problemy ze śniegiem czy sprzętem nie mają żadnego znaczenia. Już zaczynam myśleć o wyprawie w podobne miejsce, w którym można połączyć prawdziwą eksplorację z najczystszym freeride’em.

KOSZTY
Bilety lotnicze ze Szwajcarii do Tromsø i stamtąd do Longyearbyenu kosztowały około 1200 euro. Ceny noclegów czy jedzenia na Svalbardzie są wyższe niż w Norwegii. Nam udało się ograniczyć wydatki do niezbędnego minimum dzięki pomocy Arthura, który uruchomił wszystkie swoje znajomości, żeby nasz budżet wystarczył na jak najdłuższą wyprawę.
* * *
Wyprawa na Svalbard zaowocowała filmem Bjørnebo, którego oficjalnym partnerem jest marka Majesty.
Artykuł został opublikowany w 294 (1/2024) numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



