Album Apoloniusza Rajwy

Rozmawiała / AGNIESZKA SZYMASZEK
Zdjęcie otwarcia / ALICJA RZEPA, Zdjęcia w artykule / archiwum Apoloniusza Rajwy


Geograf, speleolog, meteorolog, przewodnik tatrzański, IVBV i UIMLA, ratownik TOPR, nauczyciel, dokumentalista i dziennikarz. Jedna z postaci, bez których Tatry nie byłyby takie same. Miał dwa lata, kiedy zobaczył je po raz pierwszy. Był maj 1936 roku. Kolejka na Kasprowy działała trzeci miesiąc. Przyjechał z mamą w odwiedziny do cioci. Już w Pogórzu z podwórka domu ojciec pokazywał piątce dzieci, z których wojnę miała przetrwać tylko trójka, Czantorię i Lipowski Groń. W piękny dzień, gdy nad Kasprowym świeciło słońce, musiał zostać z ciotką w Kuźnicach. Był za mały żeby wyjechać kolejką. Niewiele wtedy zobaczył. Ale czuł, jak pachną Tatry. Zapach – tyle wystarczy, by zakochać się na resztę życia.

Kiedy wróciłeś na Kasprowy po wojnie, nie byłeś już dzieckiem.

Był 1947 rok. Ojciec dostał tu pracę. Mama nie chciała, żeby był sam. Wtedy wyjechałem na Kasprowy. Chodziłem do podstawówki, a następnie do „Balzera” (Liceum Ogólnokształcące im. Oswalda Balzera w Zakopanem – przyp. red.). Potem studia – Instytut Geografii na UJ. Mieszkałem w akademiku. Jadło się nieraz suchy chleb, popijało herbatą. Nie miałem forsy, żeby pojechać na święta do domu i zostałem w akademiku. Byliśmy tylko ja i Koreańczycy. Chodziliśmy po wszystkich pokojach i wyciągaliśmy kawałki suchego chleba, żeby przeżyć te pięć dni.

Poznałem prof. Kordylewskiego, tego, który sfotografował na Kasprowym tak zwane księżyce pyłowe Ziemi. Miał taką charyzmę, że po pierwszym roku chciałem się przerzucić na astronomię. W czasie studiów uczyliśmy się robić mapy hydrograficzne, geomorfologiczne – nad Dunajcem, w Gorcach, Bieszczadach. Każdy miał podkład i trzeba było na mapę topograficzną nanosić konkretne elementy. Czy to jest terasa, czy stożek napływowy, osuwisko itd. A jak to była mapa hydrograficzna – umiejscawialiśmy studnie, źródła, potoki. Mam udział w opracowywaniu wielu takich map.

Miałeś też epizod artystyczny.

W wojsku byłem na poligonie z Piotrem Skrzyneckim. „Jak mi poniesiesz ckm, to ci dam drugie danie” – mówił. Pełniliśmy razem warty. On siedział i czytał coś po francusku, a ja stałem na baczność. Po studiach wyjechałem na rok do Kowar, do pracy w szkole. Uczyłem geografii, fizyki i chemii. Za pierwszą pensję kupiłem radio Pionier. Z uczniami pojechałem na obóz w Tatry, przeszliśmy pieszo od Ustronia do Zakopanego. Wyprowadziłem ich na Świnicę. Nazywano mnie wtedy Mojżesz, bo miałem taką brodę jak Skrzynecki. On założył Piwnicę pod Baranami, a my Piwnicę w Kowarach. Nie goliliśmy się, tak jak Piotrek – zrobiło się brodato w całym mieście. Ale tęskniłem za Tatrami. Wróciłem do Zakopanego i zacząłem szukać pracy. W 1957 roku poznałem Dankę. Po kilku miesiącach pobraliśmy się.

[1]

Na tym ślubnym zdjęciu wygląda pięknie [1].

Danusia była śliczna… Urodzili się nam Piotrek i Monika. Mieszkaliśmy na Skibówkach. Piotrek, kiedy miał trzy miesiące, wyjechał z Danką na Kasprowy. Wyciągałem dzieci gdzie się dało. Danka chodziła po dziurach. Wspinaliśmy się. Tutaj na zdjęciu w Dolince Buczynowej czytam przewodnik [2], bo szliśmy na Buczynową Turnię. W 1974 roku Danka zaczęła kurs przewodnicki. Ja miałem tam wykłady.

[2]

A tutaj jesteśmy z Danką na Wiktorówkach w 50. rocznicę ślubu [3]. Danka już wtedy chorowała. Kiedy odeszła, żeby o tym nie myśleć, zacząłem robić Koronę Tatr Reglowych. Ale zaliczyłem tylko dwadzieścia trzy szczyty.

[3]

Dwanaście lat pracowałeś w najwyżej położonym budynku w Polsce.

Wzięli mnie na praktykę do Wysokogórskiego Obserwatorium Meteorologicznego na Kasprowym Wierchu. Poznałem Orliczów – Michała i Jadwigę. Michał kierował obserwatorium w latach 1948–1967. Stwierdził, że się nadam i dostałem pracę. Wychodziłem na Kasprowy pieszo w trudnych warunkach, gdy kolejka nie kursowała. W ciągu tych dwunastu lat wszedłem na niego w ten sposób dwieście trzydzieści trzy razy!

Na czym polegała twoja praca?

Co godzinę, czy dzień, czy noc, trzeba było dokonywać obserwacji. Wysokość i rodzaj chmur, widzialność, odczyty ciśnienia, temperatury, prędkości i kierunku wiatru. To wszystko szyfrowało się i wysyłało radiotelefonem o pełnej godzinie do oddziału krakowskiego PIHM. Dostawaliśmy do obliczania średnie z całego miesiąca, wykonywaliśmy dodatkowe obserwacje usłonecznienia, jak również obserwacje astronomiczne dla Uniwersytetu Wrocławskiego. Na Kasprowym nie było rozproszonego światła w nocy. Dzięki temu warunki do obserwacji nieba były znacznie lepsze niż gdziekolwiek indziej. Mieliśmy przyrząd do mierzenia nocnego świecenia nieba. Omal przez niego nie straciłem życia, bo był podłączany do baterii szeregowo wtyczkami – „banankami”. Jedna z nich wystawała. Nie zwróciłem na to uwagi, bo środek nocy, byłem zaspany. Złapałem wtyczkę i uderzyło mnie 1100 volt. Na szczęście miałem gumowe buty i stałam na gumowej wykładzinie. Dzięki temu przeżyłem. Miałem spalone koniuszki palców.

Widziałeś pyłowe księżyce Ziemi?

Profesor Kordylewski fotografował je z tarasu obserwatorium. Dziś nazywane są Księżycami Kordylewskiego. Profesor obliczył, gdzie mogą się znajdować, ale potrzebował dowodu w postaci zdjęcia. Księżyce dało się sfotografować tylko wysoko w górach, ponieważ na wygwieżdżonym niebie widoczne były ciemniejsze miejsca. Powiedział mi: „Jeśli chce pan zobaczyć je gołym okiem, proszę położyć się na wznak na tarasie i, kręcąc powoli głową, obserwować nieboskłon strefa po strefie”. Po chwili zauważyłem ciemniejsze miejsca. Powiedział, że tam właśnie znajdują się pyłowe księżyce Ziemi, widoczne nawet gołym okiem, jeśli dokładnie obserwuje się niebo i wie się, gdzie ich szukać.

Pełniłeś na Kasprowym dyżur 6 maja 1968 roku, gdy uderzył „halny stulecia”.

Nie był to typowy halny, bo nałożył się na niego niskotroposferyczny prąd strumieniowy. Ale zaczęło się od standardowego halnego. Następnego dnia prąd strumieniowy obniżył się na wysokość szczytów tatrzańskich. Od godziny 16.00 do 18.00 średnia prędkość wiatru wynosiła około 60 metrów na sekundę. To ostatnia wartość, którą potrafił zarejestrować anemograf. Mieliśmy jednak jeszcze jeden, ręczny. Z moich cogodzinnych pomiarów wynikało, że największa prędkość wiatru wyniosła wówczas w porywach 80 metrów na sekundę, czyli 288 km na godzinę. To najsilniejszy wiatr zarejestrowany dotąd w Tatrach Polskich i Słowackich.

Gdy wychodziłem na taras dokonać pomiaru, trzymałem się rękami metalowej poręczy i byłem przywiązany liną taternicką do kaloryfera. Nad obserwatorium latały kamienie wielkości pięści i deski zgromadzone na budowę wyciągu krzesełkowego na Goryczkowej – wiatr przerzucił wszystkie do Gąsienicowej, a miały po pięć metrów długości. W pewnym momencie wyssał też część wody z jednego ze stawków na Gąsienicowej. Trąba wodna szła na zachodnią ścianę Kościelca i tam się rozprysnęła.

[4]

Wykonywałeś też badania radioaktywności śniegu [4].

Było to w okresie przeprowadzania prób nuklearnych. Ameryka robiła je na archipelagu Bikini, a Rosja w Kazachstanie. Myśmy o tym oczywiście nie wiedzieli. W listopadzie 1961 roku była eksplozja 50-megatonowej bomby, a po kilku dniach skażenie przyszło do nas. Nikt o tym nie mówił, był zakaz, ale skażenie śniegu gwałtownie wzrosło. Robiłem pomiary co cztery dni, aż do zaniku pokrywy śnieżnej. A potem na letnich płatach śniegu pod Kozim Wierchem i pod Świnicą – wtedy radioaktywność przekraczała trzynaście razy wartość zmierzoną bezpośrednio po wybuchu tej rosyjskiej bomby.

W jaki sposób badałeś radioaktywność śniegu?

Brałem z metra kwadratowego centymetrową warstwę i topiłem w kuwecie. To, co zostało, spalałem w tygielku w temperaturze 800 stopni. Przygotowaną próbkę podkładałem pod licznik Geigera i badałem radioaktywność. Mieliśmy w obserwatorium specjalne urządzenie. Oficjalnie cała ta aparatura była przywieziona na Kasprowy do pomiarów falloutu, czyli opadów deszczu i radioaktywności powietrza, ale ja wykorzystałem ją w innym celu.

Wiedziałeś, że wzrost radioaktywności związany był z wybuchem bomby?

Słuchałem Wolnej Europy i Głosu Ameryki. Powiedzieli, że była próba nuklearna 50-megatonowej bomby. Potem, w latach osiemdziesiątych, byłem kierownikiem rejonowego ośrodka analizy skażeń w Zakopanem. Ale gdy wybuchła elektrownia w Czarnobylu, to mnie nie powiadomili, bo byłem bezpartyjny i obawiano się przekazać mi taką informację.

[5]

Tu na zdjęciu widać lawinisko w Żlebie Marcinowskich w Dolinie Goryczkowej. [5]

To jest akurat lawina zestrzelona moździerzem.

Zestrzeliwanie lawin? W Tatrach?

Tak! W 1965 roku przyjechali komandosi, by wykonać próby w Tatrach, bo podobno takie zestrzeliwanie lawin robi się w Alpach. Strzelali między innymi z Myślenickich Turni. Zdjęcie zrobił Tadeusz Olszewski, który tam był. Strzelili pierwszy raz, pocisk ugrzązł w śniegu i nie wybuchł. Drugi raz strzelili, znowu ugrzęzło. Pociski do dziś tam leżą. Tam była kosówka, a na niej gruba warstwa śniegu i pociski nie uderzyły w skały ani nic twardego. Strzelili tak trzy albo cztery razy. Jak zobaczyli, że nie wybucha, zwieźli moździerz i przywieźli dwa razy większy, 120-milimetrowy. Lawina poszła po pierwszym strzale.

[6]

Na tym zdjęciu wspinasz się, a do pasa masz przytroczony… garnuszek [6].

W latach 1960–1962 jako pracownik naukowy prowadziłem badania hydrograficzne dla Instytutu Geografii PAN i trzy sezony letnie mieszkałem w Tatrach. U wylotu Dolinki Pustej miałem ustawiony namiot, korzystałem też ze schronisk. Jak widziałem, że gdzieś cieknie woda, to wspinałem się z tym półlitrowym garnuszkiem, żeby zmierzyć, ile jej wypływa. Miałem termometr do mierzenia temperatury wody i powietrza. Zapisywałem wszystko w raptularzu. Ukazała się potem mapa hydrograficzna, z tym że już innych autorów. Ja tylko pomierzyłem te czterysta źródeł w Dolinie Pięciu Stawów, Roztoki i Morskim Oku. Poza tym pomierzyłem w Pięciu Stawach ponad pięćdziesiąt małych stawków, jeszcze wtedy nieznanych, i wszystkie stawki w Dolince za Mnichem. Wykonywałem również pomiary przepływu wody w tatrzańskich potokach.

Nauka cię pochłaniała, ale ostatecznie nie zrobiłeś doktoratu.

Miałem niesnaski z Orliczową, która też robiła doktorat, a przecież była moją szefową. Kiedyś zawiozłem jej na Kasprowy jakieś materiały naukowe zawinięte w gazetę, a na okładce był artykuł pod tytułem „Wypocone doktoraty”… Ona się wkurzyła i robiła mi takie wtręty, że musiałem odejść z Kasprowego.

Kiedy zacząłeś się wspinać?

Po maturze. Kazek Śmieja, kolega z klasy, zabrał mnie na Mnicha. On już wcześniej się wspinał. Poszliśmy do Morskiego Oka przez Psią Trawkę. Nie mieliśmy żadnego sprzętu, tylko jeden młotek i linę. Jak zobaczyłem ścianę Mnicha, to nie mogłem zasnąć. Kazek poszedł do Kurnika – tam nocowali prawdziwi taternicy, nas nie wpuścili – żeby nam pożyczyli trzy haki. „Byliście do spowiedzi?” – zapytali. Ale haki i młotek pożyczyli. O świcie mieliśmy być pod ścianą, bo taki był wtedy zwyczaj. Do północy nie mogliśmy zasnąć. A jak w końcu nam się udało, to obudziliśmy się, gdy słońce było nad granią. Nic nie zjedliśmy i zapierniczaliśmy pod Mnicha. Dopiero kiedy Kazek powiedział, że nie wspinamy się wschodnią ścianą, tylko z tyłu, spadło ze mnie napięcie. Doszedłem do wniosku, że nie będzie tak źle. Ale wcale nie poszliśmy od razu Przez Płytę, tylko granią, bo Kazek chciał, żebym oswoił się z ekspozycją. W pewnym momencie kazał mi wtrawersować w ekspozycję i puścić się, żebym poczuł, jak to jest. Jak zobaczyłem ten luft, to powiedziałem, że się puściłem, choć wcale tego nie zrobiłem. Powiedział: „Jak żeś się już oswoił z ekspozycją, to wróć”, a potem – już Przez Płytę – bez problemu weszliśmy na szczyt. Takie było moje pierwsze wspinanie.

W czasie studiów przyjeżdżałem do Zakopanego w soboty i niedziele i goniłem po Tatrach. Przeleciałem też turystycznie całe Beskidy. Znajomi brali mnie jako „półprzewodnika” – nie miałem jeszcze uprawnień. Zacząłem się wspinać z bratem, trenować na skałkach. Miałem na studiach kumpla, późniejszego doktora geografii, Jerzego Brzozowskiego, z którym jeździliśmy do Doliny Bolechowickiej i już porządnie się wspinaliśmy.

W Tatrach odpadłeś tylko raz, ale za to o mały włos nie skończyło się „piargiem”.

Było to w Żlebie Drège’a na Granatach. Jurek Brzozowski prowadził pierwsze wyciągi. Mieliśmy tylko trzy haki i linę sizalową. Gdy doszedł pod najtrudniejsze miejsce, skrajnie trudny kominek, uderzył się młotkiem, zaczął krwawić, hak mu wypadł i zatrzymał się gdzieś pode mną. Byłem już powyżej nadzwyczaj trudnego miejsca, a Jurek mówi: „Słuchaj, nie wiem, jakie tu jeszcze są trudności przed nami, szkoda mi tego haka, może byś po niego zszedł?”. Zdecydowałem się na zejście, on mnie asekurował, chyba z ramienia, może z jakiegoś występu skalnego. Zacząłem schodzić lekko przewieszoną ścianką. W pewnym momencie uchwyt kiełznął, a ja zadyndałem 150 metrów nad piargami, potężnym wahadłem. Przyrżnąłem żebrami o skałę. Patrzę, a tu leży ten hak. Krzyczę do niego: „Jurek jestem na półce, wszystko OK, mam haka”. Gdy stanąłem przy haku, popatrzyłem na węzeł tatrzański – wtedy nie było uprzęży. Koniec liny tak się ściągnął, że brakowało dwóch centymetrów, by się rozwiązał.

No i zszedłeś pod ziemię.

Zapisałem się do Sekcji Taternictwa Jaskiniowego w Zakopanem, której wtedy szefował Janusz Flach, odkrywca Ptasiej Studni. Gdy powiedział, że ją eksplorują – zaczyna się ona głębokimi studniami – to mnie od razu porwało. Przekrój tej jaskini wisiał na Krupówkach, a pod wyeksplorowanymi studniami narysowany był znak zapytania. I jeszcze maleńki człowieczek w tych studniach. Gdy jechałem kolejką na Kasprowy, Janusz zaczepił mnie i zapytał, czy bym nie poszedłbym z nim do jaskini. Na pierwsze wejście wzięli mnie do Jaskini Lodowej Mułowej. Jest nietrudna, ma tylko jedną studnię i trochę meandrów. Spodobało mi się, bo dojście było nieco wspinaczkowe. Dwa tygodnie później organizowana była trzecia wyprawa do Ptasiej Studni i tak się zaczęło. A w 1966 roku pojechałem jako jedyny zakopiańczyk do najgłębszej wówczas jaskini świata, Gouffre Berger, liczącej wtedy 1122 metry głębokości, położonej niedaleko Grenoble. To była pierwsza samodzielna polska wyprawa do niej. Kierownikiem był Maciej Kuczyński. Rajcowały nas wtedy pionowe jaskinie. Chodziło o to, żeby robić te najgłębsze. Zeszliśmy na dno do syfonu, z tym że stanęła tam tylko czwórka: Janusz Śmiałek, który już nie żyje, a przy drugim zejściu Janek Danysz, Edward Ostapowski i Waldemar Karcz. Pozostali byli na głębokości prawie 900 metrów, ja doszedłem na 985 m, nad ostatnią studnię. Naszym celem był retransport. Wychodziło się nie po linach na przyrządach zaciskowych, jak to dziś bywa, ale po wiszących drabinkach, które musieliśmy zwinąć i wynieść. Trzeba było mieć dobrą kondycję i umiejętności, żeby piąć się po nich tyle metrów. To było czwarte zejście na dno świata. Francuzi byli zdziwieni, że dotarliśmy tam w tak niedużym składzie. Po zrobieniu jaskini pojechaliśmy do Chamonix i prawie całym składem wyszliśmy na Mont Blanc. Zrobiliśmy więc najgłębszą jaskinię na świecie i najwyższy szczyt w Europie.

[7]

Ostatni raz w Tatrach Polskich poszedłem do Jaskini Kasprowej Niżnej z telewizją, kiedy miałem 76 lat. Specjalnie pokazałem, jak się dawniej chodziło – ubrałem się w strój z epoki i zjeżdżałem w kluczu. Ostatni raz wszedłem do dziury trzy lata temu – była to 17-kilometrowa jaskinia na Słowacji. Miałem wtedy 78 lat i tak mi dało w dupę czołganie się po korytarzach z wodą, że po kilometrze miałem dosyć i wycofałem się, bo byłem domęczony. Techniczne trudności pokonywałem bez problemu, ale czołganie dawało mi popalić. Wyszedłem i powiedziałem: nigdy więcej do dziury nie wejdę! [7]

Przez te wszystkie lata pracowałeś z młodzieżą.

W liceum w Kuźnicach uczyłem trzydzieści trzy lata, po tym jak wyleciałem z Kasprowego. Byłem nauczycielem, wychowawcą, kierownikiem wychowania i p.o. dyrektora. Pracowałem jako nauczyciel do 2001 roku. W ramach kółka turystyczno-krajoznawczego prowadziłem młodzież do jaskiń, tych łatwiejszych, na przykład do Zimnej, Kasprowej Niżnej, Goryczkowej. Zabierałem ich też na wycieczki w Tatry.

[8]

Na tym zdjęciu widać Witolda Henryka Paryskiego i bardzo młodego Włodka Cywińskiego…  [8]

To wręczanie blach przewodnickich na Gerlachu po naszym kursie. Wręczali Paryski i Krupski.

A dlaczego ciebie nie ma na zdjęciu?

Miałem dyżur na Kasprowym. Pracę przewodnicką zacząłem w 1967 roku i „zaliczyłem” czterdzieści dwa lata nieustającej pracy przewodnickiej. Od 1974 roku prowadzę również szkolenia przewodników. Wszystkie wycieczki mam spisane: kiedy i gdzie prowadziłem, ile godzin mi to zajęło. Nad Morskim Okiem byłem ponad pięćset razy, a ostatni raz na Mnichu w wieku 80 lat… [9]

[9]

Kończymy oglądanie zdjęć. Poldek, śmiejąc się, mówi:

Jestem gotowy, by pójść  za ostatnią grań. I nie będzie mi żal, bo tyle przeżyłem.

  • przeszedł pieszo 300 tys. km, czyli pokonał ¾ drogi do Księżyca albo niespełna osiem razy okrążył Ziemię po równiku
  • 325 razy wyszedł pieszo na Kasprowy
  • wygłosił 510 prelekcji
  • opublikował 3500 artykułów
  • pracował 12 lat na Kasprowym Wierchu
  • przepracował 33 lata w szkole
  • pracował 25 lat w Tygodniku Podhalańskim
  • zorganizował 30 konkursów wiedzy o Tatrach dla młodzieży
  • oraz 18 konkursów wiedzy o Gminie Kościelisko.

Tekst został opublikowany w 245 (4/2015) numerze magazynu GÓRY.
Możesz go również przeczytać na naszym czytniku
 – czytaj.goryonline.com

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2024