Z ANNAPURNY I DHAULAGIRI NA NARTACH

Z DHAULAGIRI NA NARTACH

O roli przypadku w planowaniu freeride’owych zjazdów w górach najwyższych, specyfice zjazdów na nartach z ośmiotysięczników i umiejętności działania w dwuosobowym zespole z OSWALDEM RODRIGIEM PEREIRĄ i BARTKIEM ZIEMSKIM rozmawia BARTOSZ WRZEŚNIEWSKI.

Zdjęcie otwarcia / Bartek przygotowuje narty przed zjazdem ze szczytu Dhaulagiri, fot. Oswald Rodrigo Pereira


OD KIEDY JEŹDZISZ NA NARTACH I JAK ZACZĘŁA SIĘ TWOJA PRZYGODA Z FREERIDE’EM?

Bartek Ziemski: Jeżdżę od trzeciego roku życia. Historia z freeride’em zaczęła się od Tatr i to dość późno, bo dopiero na studiach.

WAŻNIEJSZE DLA CIEBIE SĄ NARTY CZY WSPINANIE?

BZ: Myślę, że najciekawsze jest łączenie jednego z drugim. Obecnie wspinam się mniej, bo tak jakoś wychodzi. Ale najwięcej radości daje mi po prostu przebywanie w górach z nartami i trudne technicznie zjazdy.

STARASZ SIĘ ŁĄCZYĆ NA JEDNYM WYPADZIE OBIE TE AKTYWNOŚCI – NA PRZYKŁAD PODCHODZISZ NA NARTACH, ŻEBY SIĘ WSPINAĆ?

BZ: Zazwyczaj tak, ale z podchodzenia na lekkich nartach po stoku raczej niewiele mam frajdy.

Bartek Ziemski

KIEDY ZRODZIŁ SIĘ POMYSŁ NA ZJAZDY Z OŚMIOTYSIĘCZNIKÓW?

BZ: W zeszłym roku chciałem się wybrać wspinaczkowo w ramach Polskiego Himalaizmu Sportowego na jakiś niższy szczyt. Zadzwoniłem do Hatiego [Mariusza Hatali – przyp. red.] z pytaniem, czy by się ze mną nie powspinał. Powiedział, że nie bardzo, bo jedzie na Broad Peak. I tak jakoś wyszło, że się z nim zabrałem. Więc to nie do końca był mój pomysł ani żaden większy plan, ale tak się sprawy ułożyły.

CHCESZ POWIEDZIEĆ, ŻE TWOJE PIERWSZE ZJAZDY Z OŚMIOTYSIĘCZNIKÓW WYDARZYŁY SIĘ PRZYPADKIEM?

BZ: Tak, zdecydowanie. A z Hatim rozmawiałem półtora miesiąca przed wyjazdem.

DZIAŁALNOŚĆ ANDRZEJA BARGIELA BYŁA DLA CIEBIE INSPIRACJĄ? SKŁONIŁA CIĘ DO ZJAZDÓW Z OŚMIOTYSIĘCZNIKÓW?

BZ: Na bank była! Pamiętam, że lata temu poszedłem na jego prelekcję, możliwe, że na jedną z pierwszych, i mega się tym zajarałem. Pomyślałem wtedy, że bym się w tym odnalazł. Każda taka prelekcja pcha do przodu i daje inspirację, ale też nie powiedziałbym, że zmieniła ona moje życie i dzięki niej zacząłem działać. Myślę, że więcej w tym zakresie zrobił Klub Wysokogórski SAKWA, który bardzo ułatwił mi wejście w świat alpinizmu.

WASZ STYL BYŁ CHYBA BARDZIEJ HONORNY? WCHODZILIŚCIE TYLKO WE DWÓCH, BEZ OGROMNEGO TEAMU, JAKIM DYSPONUJE ANDRZEJ. TO ŚWIADOMY WYBÓR, CZY RACZEJ KWESTIA SKROMNIEJSZYCH ZASOBÓW FINANSOWYCH?

BZ: Myślę, że duży zespół zwiększa bezpieczeństwo, ale… Czy ja wiem, czy nasz styl był bardziej honorny? W ten sposób bym tego nie rozpatrywał, zwłaszcza że Andrzej w czasie akcji zazwyczaj też działa z jednym partnerem. Ja najlepiej czuję się w górach sam. Równocześnie fajnie mieć większą ekipę albo jakieś wyprawy dookoła, tak jak na Annapurnie, gdzie byli Adam Bielecki i Hati, czyli osoby bardzo doświadczone, na które można liczyć.

Oswald Rodrigo Pereira: Staramy się unikać takich porównań. Gdy jest więcej osób w bazie, bywa ciekawiej, snuje się więcej opowieści, natomiast wiedziałem, jak działa Bartek, i chciałem sprawdzić się w małym zespole dwuosobowym. Na pewno komfort filmowania byłby wtedy większy, ale z drugiej strony tu mogliśmy liczyć tylko na siebie i to też jest jakaś wartość tej wyprawy.

Oswald Rodrigo Pereira

OSWALD, DLA CIEBIE TO NIE BYŁ PIERWSZY OŚMIOTYSIĘCZNIK, ALE CHYBA PIERWSZY W ZESPOLE ZE SKIALPINISTĄ. WIDZISZ JAKIEŚ RÓŻNICE?

ORP: Widzę same różnice (śmiech). Bartek porusza się dużo szybciej do góry, no i z góry oczywiście też (śmiech). Gdy po powrocie do domu przeanalizowałem czasy moich zejść i przemyślałem całą akcję pod kątem wydatku fizycznego i psychicznego, doszedłem do wniosku, że sporo mnie to kosztowało. Jesteśmy na szczycie razem, a potem Bartek rusza, a ja zostaję sam. Czeka co prawda w trójce i dopiero jak do niej dojdę, kontynuuje zjazd, ale mimo wszystko jest to zejście dość samotne. Sporo osób pyta, czy mnie nie ciągnie, aby robić tak samo, ale ja na nartach nie jeżdżę. Mimo wszystko jestem bardzo zadowolony, że w jakiś sposób się uzupełniamy, a te samotne zejścia są dla mnie takim małym osobistym sukcesem. Z Annapurny do bazy schodziłem 15 godzin…

CZYLI DLA WAS OBU BYŁO TO WIĘKSZE WYZWANIE NIŻ NORMALNA AKCJA WSPINACZKOWA?

ORP: Na pewno. Na wierzchołku nie mieliśmy przestrzeni do celebracji. Pod tym kątem ta wyprawa różniła się od poprzednich. Pełen fokus – wchodzimy, minimum zdjęć i szybkie zejście. Myślę, że odgrywałem dość hybrydową rolę, więc pewnie z punktu widzenia dokumentacji większy zespół sprawdziłby się lepiej, bo na przykład ktoś filmowałby zjazd w pośrednich obozach i czekał w bazie z kamerą. Za to nasz wyczyn miał charakter bardziej sportowy właśnie dzięki temu, że połączyliśmy wspinanie z pracą reporterską. Nagranie ze szczytu 25 pierwszych sekund zjazdu Bartka sprawiło mi niezwykłą satysfakcję, bo wiem, że każda z nich jest na wagę złota.

Bartek w labiryncie szczelin lodowca w drodze do obozu I

SPOTYKAŁEŚ KOGOŚ W TRAKCIE ZEJŚCIA?

ORP: W większości schodziłem sam. Na Annapurnie spotkałem innych ludzi, chyba w okolicy obozu pierwszego, ale na Dhaulagiri przez cały czas byłem totalnie solo. W obu przypadkach zszedłem ze szczytu wprost do bazy.

Z JEDNEJ STRONY MIAŁEŚ ŁATWIEJ, BO WCHODZIŁEŚ BEZ NART NA PLECACH, ALE Z DRUGIEJ DŹWIGAŁEŚ SPRZĘT FOTOGRAFICZNY.

ORP: Miałem kamerę i drona, a Bartek narty. Liczyliśmy, kto ile niesie, i zazwyczaj Bartek zabierał do góry coś jeszcze, tak abyśmy mieli zbliżoną wagę plecaków.

DO KTÓREGO MOMENTU OBSERWOWAŁEŚ ZJAZD BARTKA? MIELIŚCIE ZE SOBĄ KONTAKT RADIOWY?

ORP: Od rozpoczęcia zjazdu to była kwestia pierwszych kilkudziesięciu metrów, potem zobaczyliśmy się dopiero w obozie trzecim. Cały czas byliśmy w kontakcie radiowym ze względów bezpieczeństwa.

BARTEK, W JAKI SPOSÓB DOBIERASZ SWOJE CELE? CZEMU AKURAT TA GÓRA, A NIE INNA?

BZ: Chcieliśmy wejść na nie za duże ośmiotysięczniki, bo mimo wszystko na tych wysokościach wiele razy nie byliśmy, a to robi różnicę. No i zależało nam na dwóch górach, skoro już jedziemy i mamy aklimatyzację, której bardzo nie lubię robić. Rozmawiałem z ludźmi z naszego środowiska i doszedłem do wniosku, że te dwa szczyty warto byłoby spróbować.

Prace obozowe w C2

KTÓRY Z TWOICH ZJAZDÓW BYŁ PIERWSZY W HISTORII?

BZ: Z Annapurny nie zrobiłem pełnego zjazdu, bo trzy razy skorzystałem z poręczówki na serakach. Nie wiem, czy którykolwiek w historii był pełny, ale na pewno był to pierwszy polski zjazd. Natomiast z Dhaulagiri nikt nie zrobił wcześniej pełnego zjazdu.

ORP: Na Annapurnie Bartek nie wypiął nart. Tam z dnia na dzień zmieniały się warunki. Pierwszego można było zjechać do wysokości 4100 metrów, a w dniu ataku szczytowego Bartek zakończył na 4700 metrach, no i na serakach skorzystał z poręczówki, więc teoretycznie nie jest to pierwszy pełny zjazd. Ale to też trochę kwestia sztuki dla sztuki i bawienia się w nomenklaturę, bo tu o wszystkim decydują warunki.

NO WŁAŚNIE, CO TO ZNACZY PEŁNY ZJAZD? CZY JEŚLI DO POKONANIA KILKU METRÓW WYPNIEMY NARTY, TO JUŻ DYSKWALIFIKUJE NASZE OSIĄGNIĘCIE?

BZ: Trochę tak uważam. Może nie dyskwalifikowałbym zjazdu, ale lubię, jak ludzie mówią dokładnie o tym, co zrobili.

ANNAPURNA NIE CIESZY SIĘ DOBRĄ SŁAWĄ ZE WZGLĘDU NA ZAGROŻENIA OBIEKTYWNE. WIELU HIMALAISTÓW STRACIŁO TAM ŻYCIE. CZULIŚCIE, ŻE SPORO RYZYKUJECIE?

BZ: Niebezpieczeństwo jest losowe i nawet nie da się określić pewnych godzin – lawiny schodzą tam randomowo przez całą dobę. Jednak działaliśmy szybko i w najgroźniejszym miejscu byliśmy krótko. Ryzyko jest zawsze, ale zminimalizowaliśmy je na tyle, na ile to było możliwe.

Wykopywanie spod śniegu namiotu w obozie II

NA ANNAPURNIE DZIAŁALI W TYM CZASIE ADAM BIELECKI Z MARIUSZEM HATALĄ. SPOTKALIŚCIE SIĘ? BRALIŚCIE ICH OBECNOŚĆ POD UWAGĘ PODCZAS USTALANIA CELÓW CZY BYŁ TO KOMPLETNY PRZYPADEK?

BZ: Był to absolutny przypadek. Tak jak fakt, że lecieliśmy tym samym samolotem.

ORP: W bazie mieliśmy wspólną mesę, więc spędziliśmy ze sobą dużo czasu. Do momentu powrotu chłopaków do kraju pozostawaliśmy w stałym kontakcie. Na pewno miłe było to, że są w pobliżu, bo czuliśmy się raźniej i wiedzieliśmy, że możemy nawzajem na siebie liczyć.

NA DHAULAGIRI OBYŁO SIĘ BEZ PRZYGÓD, ALE NA KONIEC WZIĘLIŚCIE UDZIAŁ W AKCJI RATUNKOWEJ…

BZ: Nie chcę się nad tym za bardzo rozwodzić. Byliśmy potrzebni, zabrali nas, poszliśmy, no i tyle (śmiech).

ORP: No dobra, to może ja opowiem więcej (śmiech). Byliśmy już w Katmandu i mierzyliśmy się ze zmianą daty naszych biletów do Polski, co nie było łatwe i zasługuje na oddzielną książkę (śmiech). O 6:30 rano dostałem od Seven Summit Treks informację, że Carlos Soria Fontán skręcił kostkę, i pytanie, czy weźmiemy udział w akcji ratunkowej. Wydawała się prostym zadaniem, ale na miejscu okazało się, że noga jest złamana i wygląda poważnie. Pięciu Szerpów sprowadziło go do obozu trzeciego, a my wystartowaliśmy z dwójki, gdzie wysadzono nas z helikoptera. Bartek dotarł do Carlosa pierwszy i unieruchomił złamaną nogę, a wtedy rozpoczęła się siermiężna, czasochłonna operacja sprowadzenia go do dwójki. Carlos to bardzo sympatyczna osoba, więc cieszymy się, że mogliśmy pomóc.

O ILE DNI PRZEDŁUŻYŁA SIĘ PRZEZ TO AKCJA GÓRSKA?

ORP: O dobę. W południe wylądowaliśmy w obozie drugim, Carlosa sprowadziliśmy do wysokiej dwójki o północy, o 6:00 Szerpowie obudzili nas, mówiąc, że znowu trzeba pomóc w ściąganiu noszy, a w Katmandu byliśmy o 16:00. Dla mnie wydarzyło się to błyska wicznie: szybkie wejście na szczyt i zejście do bazy, przelot do Katmandu, powrót na górę, akcja ratownicza, a 12 godzin od ponownego lądowania w Katmandu siedzieliśmy już w samolocie do Polski, bo w tym czasie Seven Summit Treks pomogła z przebukowaniem naszych biletów.

Oswald na szczycie Annapurny

A JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE W CZASIE WŁAŚCIWEJ AKCJI W TRÓJCE ZAGINĄŁ WAM NAMIOT?

ORP: To była wysoka dwójka na 5700 metrach. Wyglądała na ustawioną w bezpiecznym miejscu, zresztą Adam z Hatim dzień wcześniej spędzili tam noc. Rozbiliśmy namiot, zyskując 200 metrów w stosunku do obozu drugiego. Zostawiliśmy w nim wszystko, czego potrzebowaliśmy do ataku szczytowego: namiot, śpiwory, karimaty, palnik, gaz, jedzenie, baterie do ogrzewanych skarpet i sprzętu filmowego, dwa czekany. Gdy wróciliśmy po kilku dniach, miejsce było nie do poznania, bo nasz obóz zdmuchnęła lawina. Łącznie na poszukiwaniach sprzętu spędziliśmy trzy dni, ale to była syzyfowa robota, bo przekopaliśmy tony lodu, a mimo korzystania z urządzeń nawigacyjnych nie mieliśmy bladego pojęcia, gdzie on może być. Po tym czasie uznaliśmy, że dalsze poszukiwania nie mają sensu, bo tracimy tylko energię i motywację. Mnie to mocno przybiło, bo miałem w głowie szybką akcję – byliśmy silni i gotowi do działania, tymczasem znajdowaliśmy się w punkcie wyjścia, a nawet gorzej. Na szczęście dzięki wsparciu osób z innych wypraw, które wykazały się bardzo solidarną postawą, zdecydowaliśmy, że spróbujemy raz jeszcze, tym razem idąc z bazy bezpośrednio do obozu trzeciego, a następnie na szczyt.

NA POŻYCZONYM SPRZĘCIE?

ORP: Częściowo. Mieliśmy drugi namiot, z Adamem wymieniłem się na śpiwory, od Kanadyjki Jill Wheatley wzięliśmy palnik, Bartek pożyczył od Hatiego baterie i karimaty, a od poznanego tam Gruzina kupił ocieplacze na buty.

CZY GÓRA TRUDNIEJSZA DO ZDOBYCIA ZAWSZE BĘDZIE TEŻ TRUDNIEJSZA DO ZJAZDU?

BZ: Zazwyczaj wchodzimy i zjeżdżamy tą samą linią. Wtedy rzeczywiście im trudniej do góry, tym trudniej w dół. Jednak zdarza się, że wybieramy inną linię zjazdu i wtedy trudności wspinaczkowe nie idą w parze z trudnościami zjazdu.

Annapurna – zjazd poniżej obozu I

A KTÓRA OKAZAŁA SIĘ BARDZIEJ WYMAGAJĄCA POD TYM WZGLĘDEM, ANNAPURNA CZY DHAULAGIRI?

BZ: Hmm, trudne pytanie… Myślę, że Annapurna, bo nie zjechałem z niej w całości (śmiech). Jest zdecydowanie większym wyzwaniem przez odcinek między obozem drugim a trzecim. Sądzę, że dałoby się to jakoś objechać, ale nie zdołaliśmy znaleźć drogi, mieliśmy za mało czasu. Dhaulagiri była dużo przyjemniejsza, co wynikało też z warunków śniegowych w tym sezonie.

A JAK OCENIASZ TRUDNOŚCI TECHNICZNE ZJAZDÓW, PORÓWNUJĄC JE DO TATRZAŃSKICH? CZY W OGÓLE MOŻNA JE ZESTAWIAĆ?

BZ: Nie umiem tego porównać. W ogóle nie za bardzo potrafię wyceniać trudności narciarskie, bo one zależą od warunków, więc można to jedynie określić mniej więcej. Patrząc całościowo, na pewno te z ośmiotysięczników są bardziej wymagające.

KONDYCYJNIE?

BZ: Nie tylko. Oczywiście przeszkadza to, że jest mniej tlenu, że warunki cały czas się zmieniają, trzeba uważać na lawiny, są sekcje skalne, czasem bywa stromo, czasem lód, niżej ciężki śnieg, na lodowcu otwierają się szczeliny. Czasem trzeba zjechać drogą inną niż podejściowa, aby je ominąć.

A MIAŁEŚ PROBLEMY ZE SZCZELINAMI LUB INNE TRUDNOŚCI?

BZ: Obyło się bez problemów, a na warunki trafiliśmy całkiem niezłe, więc jestem zadowolony.

CZY MAŁA ILOŚĆ TLENU BARDZO PRZESZKADZA PODCZAS ZJAZDU?

BZ: Doskwiera głównie na początku, bo jednak szybko traci się wysokość. Niżej nie jest to już tak bardzo odczuwalne.

PYTAM O TO, BO CZASEM ODNOSZĘ WRAŻENIE, ŻE Z NIEKTÓRYCH OŚMIOTYSIĘCZNIKÓW ŁATWIEJ ZJECHAĆ NIŻ ZEJŚĆ.

BZ: Tak, zdecydowanie – jeżeli ktoś umie dobrze jeździć, na pewno narty mocno ułatwiają powrót. No i mam też poczucie, że mogę się szybciej wycofać, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Bartek pod szczytem Annapurny

ŻEBY DOKONYWAĆ TAKICH ZJAZDÓW, TRZEBA BYĆ WYBITNYM NARCIARZEM I DOBRYM ALPINISTĄ, CZY ODWROTNIE?

BZ: Zależy, co znaczy być dobrym alpinistą, bo na drogach normalnych zazwyczaj nie ma trudności technicznych, a jeśli są, to korzystamy z poręczy. Myślę, że obycie w górach jest absolutnym minimum, ale dla mnie zjazd jest większym wyzwaniem.

JAKICH NART I BUTÓW UŻYWASZ? DŁUGO ZASTANAWIAŁEŚ SIĘ NAD KOMPROMISEM MIĘDZY SZTYWNOŚCIĄ A LEKKOŚCIĄ, CZY RACZEJ Z GÓRY WIEDZIAŁEŚ, NA CZYM CHCESZ ZJEŻDŻAĆ?

BZ: Sztywność nie zawsze ma korelację z wagą nart, w tym przypadku chodzi głównie o szerokość i długość. Mam swoje ulubione, lekkie i uniwersalne narty marki Salomon, które mierzą 80 milimetrów szerokości i 170 centymetrów długości. A co do butów, zdecydowanie preferuję jak najlżejsze modele.

MODYFIKOWAŁEŚ SPRZĘT PO SWOICH WCZEŚNIEJSZYCH DOŚWIADCZENIACH Z KARAKORUM?

BZ: Dopracowałem ocieplacze na buty, bo to jest największy problem – te skiturowe są lekkie i zimne, więc trzeba zakładać na nie covery. Dodatkowo używam elektrycznie ogrzewanych skarpet. Niczego innego w wyposażeniu nie zmieniłem, pozostałe elementy dobrze się sprawdziły. Następnym razem wziąłbym może jeden cięższy namiot, bo mieliśmy tylko ultralekkie, jednopowłokowe i podczas załamania pogody nie było w nich przyjemnie. Przez brak przedsionka wszystko w środku było mokre – gdy otwierasz namiot, wlatują do niego tony śniegu.

JAK WIDZISZ PRZYSZŁOŚĆ SKIALPINIZMU W GÓRACH NAJWYŻSZYCH? CZY BĘDZIE TAK, JAK Z SAMYM HIMALAIZMEM, CZYLI PO ZJECHANIU ZE WSZYSTKICH OŚMIOTYSIĘCZNIKÓW ZACZNIE SIĘ WYNAJDYWANIE TRUDNIEJSZYCH LINII?

BZ: Myślę, że sporo jest jeszcze do zrobienia i trochę to potrwa. Nie mam pełnych danych na temat wszystkich zjazdów z ośmiotysięczników, ale tych czystych dużo nie było. Linii poza drogami normalnymi też jest sporo do zrobienia. Może być analogicznie do Alp, gdzie poprzeczka jest podnoszona coraz wyżej.

Baza pod Dhaulagiri

ALE JESZCZE NIE ZE WSZYSTKICH OŚMIOTYSIĘCZNIKÓW ZJECHANO NA NARTACH?

ORP: Przed wyprawą poprosiłem Himalayan Database o wysłanie nam listy zjazdów z obu szczytów, na które się wybraliśmy w tym roku. Zrobiono ich po kilka, ale po wnikliwej analizie okazało się, że na Dhaulagiri żaden nie był pełny. Chociaż o tym dowiedzieliśmy się już po wyprawie, w Katmandu. Naprawdę sporo pracy wymaga przeczytanie i przeanalizowanie każdej relacji pod kątem tego, czy ktoś wypinał narty, skąd i dokąd zjechał. Wygląda na to, że jedynie Kanczendzonga nie ma żadnego zjazdu i pod tym względem jest ostatnim ośmiotysięcznikiem. Należałoby jednak wyśledzić, gdzie jeszcze nie było w pełni czystego zjazdu. Mamy dobry kontakt z Himalayan Database i liczymy, że zrobią to za nas.

BZ: Ludzi do takich wyzwań jest zdecydowanie mniej niż dobrych narciarzy działających w Alpach, więc myślę, że szybki postęp nam nie grozi.

DLACZEGO SKIALPINIŚCI NIECHĘTNIE JEŻDŻĄ W HIMALAJE?

BZ: Trzeba mieć grubą zajawkę, żeby spędzić tyle czasu w górach tylko dla jednego zjazdu. Często bardzo ciekawego, ale w tym czasie zrobisz mnóstwo innych w Alpach. No i warto mieć kondycję, jeśli ktoś chce działać bez tlenu, a tej często brakuje. Nierzadko freeriderzy nie przepadają za podchodzeniem.

Bartek u stop Annapurny

JAK WAM SIĘ WSPÓŁPRACOWAŁO? MOŻEMY SIĘ SPODZIEWAĆ, ŻE STWORZYCIE STAŁY TEAM?

BZ: Super! Fajnie się dograliśmy. Myślimy już o kolejnym wyjeździe. Za rok chciałbym spróbować na Kanczendzondze i pewnie czymś obok przy okazji. Chociaż mnie bardziej kręcą dzikie miejsca, w których wyprawa nie przypominałaby gry w szachy.

CO PRZEZ TO ROZUMIESZ?

BZ: Kolejny raz było to samo – dużo rozgrywek taktycznych, a brak takiej czystej… Nie wiem, jak to nazwać…

ORP: Czystej radości może? Że jedziesz, łoisz i wracasz. Pogoda, wakacje. Poznaliśmy się na Lhotse, gdzie sukcesem wyprawy było wyjście do obozu pierwszego, przez złe warunki pogodowo-logistyczne. Tak jak powiedział Bartek, uzupełnialiśmy się pod różnymi względami i chętnie pojadę z nim jeszcze raz.


Rozmowa została opublikowana w 291 (2/2023) numerze Magazynu GÓRY.

Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór.

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2025