Muranska Planina była ostatnim przystankiem w naszej tygodniowej trekkingowej wycieczce po Słowacji. Znany – o ile można tak powiedzieć o niemalże zapomnianej przez ludzi krainie – przede wszystkim z dzikości i hodowli koni, najmłodszy słowacki park narodowy to wapienny płaskowyż poprzecinany urwiskami i kryjący w sobie około 300 jaskiń.

Widok na Tatry spod Utulni Andrejcova, fot. Artur Polanowski

O świcie wcale nie budzimy się pierwsi; już o 4 nad ranem szeleszczą pierwsze śpiwory, milknie pochrapywanie Niemca, który śpi tuż obok Kasi. Śpimy w sali (w porywach) dwudziestoosobowej i jest to nasz najbardziej cywilizowany nocleg tej wyprawy.

Świt nad Niżnymi Tatrami i Muranską Planiną, fot. Katarzyna Płacheta

Nad Utulnią Andrejcova wstaje dzień. Jest jeszcze szaro, gdzieniegdzie różowieje wierzbówka kiprzyca, słońce wynurza się zza drewnianego dachu utulni. Chuchamy w dłonie, żeby je nieco ogrzać – końcówka sierpnia nie obfituje w ciepłe noce. Na horyzoncie majaczy majestatyczny mur Tatr, tak odmienny od tego oglądanego od północnej strony. Pora ruszać, z nadzieją, że niedźwiedzie powoli kończą żerowanie w jagodziskach, których pod dostatkiem w okolicach Andrejcovej.

Polana nad Pohorelą, fot. Artur Polanowski

Kierujemy się niebieskim szlakiem ku Pohoreli, żeby potem skręcić żółtym w stronę Gindury i w głąb Muranskiej Planiny, jednego z dzikszych rejonów Słowacji. Schodząc, trawersujemy główną grań Niżnych Tatr, a widoki są naprawdę niezapomniane: różowiejący błękit nieba, odległe szczyty, trawy lekko kołysane wiatrem niczym morze, całe połacie wierzbówki. Droga robi się coraz bardziej stroma i coraz mniej wygodnie schodzi się z całym dobytkiem na plecach. Mijamy grupkę Cyganów, którzy wypytują nas o strażników NATAP-u. Widzieliśmy? Obserwują? Bo oni idą właśnie zrywać jagody i bliskiego spotkania woleliby uniknąć.

Widok na Pohorelę i Kralovą Holę z podejścia na Gindurę, fot. Artur Polanowski

W Pohoreli czeka nas szybka wizyta w sklepie po jutrzejsze śniadanie, po czym ruszamy w dalszą drogę. Kasi wiele radości sprawiają komunikaty nadawane przez megafony porozwieszane po całej wsi. Pod kościołem sprzedają paradajki, ziemniaki i uhorki, a wieści o tym przerywane są miłosnymi piosenkami. My tymczasem kierujemy się żółtym szlakiem w górę, wzdłuż nieczynnego (na stałe, sądząc po stanie infrastruktury) wyciągu narciarskiego, ku Gindurze.

Widok z Gindury, fot. Artur Polanowski

Gindura to niewielki (1098 m n.p.m.), zalesiony szczyt w paśmie Muranskiej Planiny. Żółty szlak jest słabo znakowany, zanika, kluczy, prowadzi przez pasmo krowich kup i wysokiej trawy. Wejście na drobną polankę z drzewem witamy z ulgą, oboje zmęczeni i nagrzani od piekącego słońca. Na postoju jemy kanapki i spoglądamy na nieodległy szczyt, który kusi bliskością. Po krótkiej naradzie zostawiamy więc w zaroślach ciężkie plecaki i ruszamy ku niemu. Droga nie rozpieszcza – znaki nikną w gęstwinie. Po jakimś czasie idziemy po prostu na azymut, nie przejmując się odrapanymi przez jeżyny łydkami. I wreszcie jest – skromny szczyt, z małym wycinkiem panoramy, głównie na Niżne Tatry.

W głąb parku, fot. Artur Polanowski

Wracamy w dół, plecaków na szczęście nikt nam nie zabrał – jednak powrót do „ciężkiej” rzeczywistości jest dość bolesny. Idziemy, mijając stada krów, pasterzy, ich psy i rozległe polany. Wszędobylskie błoto zmusza do kluczenia i oblepia buty. Idąc za coraz mniej oczywistym szlakiem, zmierzamy ku leśniczówce Lapinka wzdłuż potoku obfitującego w łopian.  A później już tylko do góry, pośród pięknych skalnych wychodni, urwisk i gęstego lasu. Pomiędzy drzewami prześwituje piękny widok na Tatry, Niżne Tatry i momentami na Wielką Fatrę. Ścieżka zaś jest wąska, wiedzie wzdłuż – jak na pozatatrzańskie szlaki – niesamowitych przepaści i skał. Muranska Planina posiada zresztą również kilka regionów wspinaczkowych: wspomnieć warto choćby Tesną Skałę, w której istnieje ponad 100 dróg o różnej cyfrze, od 3 do 10- UIAA.

Studnia na Muranskiej Planinie, fot. Artur Polanowski

Wreszcie wychodzimy na przepiękną polanę. Znajduje się tu studnia na Muranskiej Planinie, gdzie można napełnić butelki pyszną wodą. Wtedy też spotykamy pierwszych ludzi dzisiejszego dnia – to bardzo bezludny park narodowy, więcej tu chyba niedźwiedzi (szczególnie w okolicach góry Kl’ak) niż turystów. Później skręcamy na Rudną Magistralę – główny czerwony szlak wiodący przez Planinę. Zmierzamy ku Południcy, która została oznaczona na mapach słowackiego wydawnictwa Shocart jako punkt widokowy. Po drodze: myśliwy palący ognisko przed chatą Maretkiną, tropy niedźwiedzia. Wreszcie – widok z Południcy. Sceneria niczym z naszych polskich Pienin albo okolic Ojcowskiego Parku Narodowego, zaś widok aż po granicę z Węgrami. Spędzamy tam dłuższą chwilę; jest po prostu magicznie i pięknie. Pod naszymi nogami wielkie, wapienne urwisko, dalej, w dole, majaczą słowackie wsie.

Południca, fot. Katarzyna Płacheta

Czas jednak nagli i po posiłku idziemy ku Wielkiej Luce, pięknemu płaskowyżowi. Znajduje się tam stadnina parająca się hodowlą norika murańskiego. To koń, który powstał w wyniku skrzyżowania hucuła i kilku zimnokrwistych ras, w celu stworzenia słowackiego konia pociągowego. Powstały konie uległe, łagodne, a przede wszystkim – doskonale wpasowujące się w krajobraz dzikiego płaskowyżu. Miło je obserwować z daleka, jak spokojnie się pasą. Wspaniała jest też droga, wijąca się pośród łąk: jakby jakiś olbrzym ściął czubek góry. Grzeje nas przyjemne sierpniowe słońce, zaś oczy karmi zieleń trawy.

Wielka Luca, fot. Artur Polanowski

Chwilę później skręcamy z asfaltu na leśną drogę. Szlak zbiega się ze źródłem potoku i tak docieramy ciekiem wodnym do szałasu, w którym zamierzamy spędzić noc. Wprawdzie wcześniej zamieszkały tam osy, o czym informuje nas ich gniazdo, ale wygląda na to, że pozwolą nam na nocleg. Jeszcze tylko kąpiel w lodowatym strumieniu, rozłożenie karimat, śpiworów i można iść spać wśród miękkiego siania. Ciepły szałas wydaje się ostoją bezpieczeństwa, pomimo tego, że otacza nas dość dziki las.

Poranek u podnóża Javorinki, fot. Artur Polanowski

Rankiem, znów o świcie, ruszamy ku Szumiacowi, gdzie mamy zamiar złapać autobus, który zawiezie nas w stronę Polski. Jedno jest pewne – wiele ścieżek warto jeszcze w Muranskiej Planinie przedreptać.

Informacje praktyczne:

Słowacja jest wewnętrznie świetnie skomunikowana: praktycznie wszędzie da się dostać pociągiem albo autobusem, nawet do małych miejscowości. Aktualne rozkłady jazdy i ceny biletów można znaleźć w aplikacji Cestovné poriadky.

Co ważniejsze z punktu widzenia wyprawy niskobudżetowej: na Słowacji zupełnie odmiennie prezentuje się kultura spania na dziko. W górach znajdziemy, poza oficjalnymi utulniami i schroniskami, bardzo dużo miejscówek zachowanych w lepszym lub gorszym stanie: od drobnych wiatek po całkiem rozbudowane szałasy i chatki. Na pewno pomocna jest strona hiking.sk, gdzie opisywane są noclegi (na portalu wisi też mapa, która pozwala na przestrzenne zaplanowanie noclegu). Jeśli chodzi zaś o samą Muranską Planinę, to władze parku zadecydowały, że presja turystyczna jest tutaj na tyle znikoma, że można pozwolić na biwakowanie bez ognia na terenie niemal całego parku (poza wytyczonymi rezerwatami ścisłej ochrony przyrody) do 100 metrów od znakowanego szlaku. Z map papierowych z można polecić tę Shocart, lub, nieco dokładniejszą, Tatraplanu w skali 1:50000,.

Artur Polanowski