GRANIÓWKA…

Tekst i zdjęcia / WOJTEK SZATKOWSKI


Skiturowa, kilkunastogodzinna graniówka. Przyznacie, że brzmi to nieźle. Na dodatek opisana przeze mnie wycieczka jest też piękna. Mądrzy powiadają, że na takie rzeczy trzeba w życiu poczekać. Kiedy więc warunki zrobiły się optymalne, a za oknem Iśnił nieba lazur – ruszyliśmy. Wiosenną porą, w marcu. Doliną Kościeliską, ze schroniska na Ornaku przez Iwaniacką Przełęcz (1459 m), następnie długą granią masywu Ornaku na Siwą Przełęcz (1812 m) i dalej na Siwy Zwornik (1965 m). Potem na Starorobociański Wierch (2176 m) i Kończysty (2002 m). Stąd zjazd granią przez Czubik (1845 m) i Trzydniowiański Wierch (1758 m), a następnie fantazyjny zjazd stromym Krowim Żlebem na Polanę Trzydniówka. Mam nadzieję, że taka trasa miodem posmarowała serce wyrypiarzy. No to do boju. To znaczy… zapraszam do lektury!

RZECZ NAJWAŻNIEJSZA: DOBRY PLAN

Zanim przejdziemy do naszej wyprawy, na chwilę powróćmy do korzeni polskiego narciarstwa turystyki narciarskiej. Wypraw ze Lwowa w wysokie góry, po pięknych i długich połoninach Karpat Wschodnich, Gorganów, Czarnohory i Alp Rodniańskich, zapoczątkowanych w XX wieku przez narciarzy spod znaku KTN Karpackiego Towarzystwa Narciarzy. Podobne wyprawy organizowali w Tatrach narciarze z ZON TT – Zakopiańskiego Oddziału Narciarzy Towarzystwa Tatrzańskiego (klub założono w grudniu 1907 roku). Ukoronowaniem dawnego sezonu, a mowa o latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku, była wyrypa narciarska. Wycieczka na drewnianych nartach z fokami wykonanymi z prawdziwego foczego futra, skórzanymi paskami mocowanymi do nart. Długa, nieraz kilkunastogodzinna tura.

Ostatni, stromy fragment podejścia na skiturach na Kończysty Wierch
Ostatni, stromy fragment podejścia na Kończysty Wierch

Wiosną 1910 roku taką wyrypą był narciarski rajd na trasie: schronisko na Pysznej – Ornak – Siwa Przełęcz – Starorobociański Wierch – Kończysty Wierch – Jarząbczy Wierch – Raczkowa Czuba – Trzydniowiański – Dolina Chochołowska. Niniejszą trasę pokonali w ciągu jednego dnia narciarze klubu ZON TT: Henryk Bednarz Bednarski, Stefan Jaworski, Gustaw Tate Kaleński i Józef Lesik Lesiecki. My idziemy ich śladami. Oczywiście nie przez Pyszną, która jest rezerwatem, ale ze schroniska na Ornaku przez Iwaniacką Przełęcz i grań Ornaku. Na najwyższy szczyt w polskich Tatrach Zachodnich – Starorobociański Wierch (2176 m) i dalej przez Kończysty Wierch aż do Doliny Chochołowskiej. Długa graniówka. Plan doskonały. A realizacja? Jak wypadła – poczytajcie.

Zaczynamy wyrypę w Kirach, u wylotu Doliny Kościeliskiej. Ponieważ wycieczka jest z gatunku tych całodniowych, startujemy wcześnie, o godzinie 6.00. Dolinę Kościeliską pokonujemy w godzinę. Jest bardziej tajemnicza niż zwykle. Pusta i skryta w cieniu. Potoki ,,dymią” od mroźnego powietrza. Dominuje kolor ciemno- niebieski – taki odcień ma śnieg o poranku. Wszystko to robi dziwne wrażenie. Jakby inne miejsce, inna dolina. Nie to, co w południe, gdy rozświetla ją słońce. Mróz motywuje nas do szybkiego marszu. Docieramy do ostatniego fragmentu podejścia do schroniska: jeszcze tylko mostek, bardziej stromy kawałek, krótki zjazd i jesteśmy przy schronisku PTTK im. Walerego Goetla na Hali Ornak. Wpadamy na krótką przerwę. Herbata plus obowiązkowa szarlotka, oczywiście w wersji zimowej.

Kolejnym etapem wycieczki jest strome i dość męczące wejście na nartach na Iwaniacką Przełęcz (po halnym z grud- nia 2013 roku są tam obecnie ogromne wiatrołomy i wykroty, ale przejść się da). Po godzinie żmudnego podchodzenia lasem stajemy na śródleśnej polance tej przełęczy. Kierujemy się teraz na południe, za szlakiem prowadzącym z Iwaniackiej Przełęczy na Suchy Wierch Ornaczański. Czeka nas bardzo strome podejście, o deniwelacji ponad 400 m. Jest dobry śnieg, a foki trzymają, więc długimi zakosami podchodzimy pod sam szczyt.

Ostatni kawałek, po wywianym, bardzo twardym śniegu, pełnym śnieżnych „kalafiorów” i nierówności, pokonujemy z nartami przypiętymi do plecaka. Jesteśmy na grani Ornaku. Długi grzbiet Ornaku ma cztery szczyty, wznoszące się niewiele ponad jego główną grań. Są to, od strony Iwaniackiej Przełęczy: Suchy Wierch Ornaczański (1832 m), Ornak (1854 m), Zadni Ornak (1867 m) i Kotłowa Czuba (1840 m). Od Suchego Wierchu Ornaczańskiego Ornak oddzielony jest Wyżnią Przełęczą Ornaczańską (1925 m), od Zadniego Ornaku – Ornaczańską Przelęczą (1795 m). Przechodzimy ją dość szybko, bo w godzinę, z jednym trudniejszym miejscem przy Siwych Turniach, gdzie zdjęliśmy narty i strome zbocze pokonaliśmy trawersem.

Pod nami, po wschodniej stronie – legendarna Pyszna. Obecnie rezerwat. A stało tam kiedyś nie mniej legendarne niż dolina schronisko im. Władysława Strzeleckiego. Szkoda, że już go nie ma, była to wspaniała baza do skiturowej działalności w tej części Tatr. Historia zamknęła dzieje tego urokliwego miejsca. Ale ilekroć jestem na grani, lubię powspominać Pyszną.

Wiosenny skiturowy spacer w pełnym słońcu
Wiosenny spacer w pełnym słońcu

NA STAROROBOCIAŃSKI WIERCH, CZYLI KLIN 

Dalej kierujemy się z Siwej Przełęczy granią na szczyt Starorobociańskiego Wierchu. Na stromym odcinku pomiędzy Siwą Przełęczą a Siwym Zwornikiem (1965 m) przeważnie nie da się iść na nartach. Północne stoki Siwego Zwornika są bowiem bardzo strome i częściowo podcięte (zwłaszcza od strony Doliny Starorobociańskiej). Trasa naszego podejścia prowadzi po północno-wschodnich stokach tego szczytu, od strony górnej partii Doliny Pyszniańskiej. Ten kawałek pokonujemy w rakach. Tak zalecał stary wyga, Józef Opcio Oppenheim, i miał absolutną rację.

Pół godziny i jesteśmy… Na Siwym Zworniku spotykają się trzy granie: dwie idące granią główną (jedna na wschód, druga na zachód) i trzecia, czyli ta, którą podchodziliśmy na nartach – grań Ornaku. Z Siwego Zwornika kierujemy się na zachód. Najpierw idziemy łagodnym terenem, potem już bardzo stromo na szczyt. Przy dobrych, wiosennych śniegach można iść na sam wierzchołek na fokach. Pamiętam wycieczkę skiturową z lat 90., podczas której na sam szczyt Starorobociańskiego Wierchu wszedł mój przyjaciel, Adam Matuszny, były zawodnik WKS Zakopane, biegacz narciarski, znany skialpinista z Koniakowa, wielokrotny zwycięzca zawodów im. Jana Strzeleckiego w parach (startował bardzo często z Adamem Gomolą z Rybnika) i uczestnik międzynarodowych zawodów w skialpinizmie. Podziwiałem Adama. Jego szybkość, pewność ruchów na stromym stoku i nie- odpuszczanie do samego końca. Po osiągnięciu szczytu warto się porozglądać, bo panorama ze Starorobociańskiego (słowacka nazwa: Klin) jest piękna. Przypomniała mi się też samotna skitu- ra na ten szczyt w maju 1991 roku. Z bajkowym zjazdem po firnie do Doliny Starorobociańskiej przez Siwą Przełęcz. To krótsza alternatywa naszej graniówki, dla tych, którzy mają mniej czasu.

PO GRANI – CZYLI Z KLINA NA KOŃCZYSTY I DALEJ

Po odpoczynku na szczycie Starorobociańskiego Wierchu i wykonaniu wielu zdjęć z wierzchołka, zapinamy narty i rozpoczynamy długi zjazd. Ze szczytu Starorobociańskiego skręcamy pod kątem prostym w lewo, zjeżdżamy samą granią albo popod nią stokiem spadającym ku Dolinie Raczkowej (Józef Oppenheim, Szlaki narciarskie Tatr Polskich, Kraków 1936).

Proponuję zjazd na zachód w przeciwnym kierunku. Ze szczytu zjeżdżamy dość stromo na niewielki wierzchołek kilkadziesiąt metrów poniżej szczytu Starorobociańskiego (wąsko i stromo, często kamienie – ostrożnie). Następnie pięknym terenem kreślimy łuki, zjeżdżając ścianą zachodnią na Starorobociańską Przełęcz i dalej posuwamy się w stronę Kończystego Wierchu (teren falisty, liczne dołki i zagłębienia, na koniec krótkie podejście, nie warto na taki fragment zakładać fok).

Przy drogowskazie turystycznym na Kończystym Wierchu
Przy drogowskazie turystycznym na Kończystym Wierchu

Pamiętam, jak kiedyś idący na Starą Robotę turyści upuścili rękawiczkę. Byłem na nartach blisko nich i dogoniłem koziołkującą po stoku zgubę, oddając ją potem właścicielowi. Nie miał drugiej pary. Nauka? Na długą skiturę zawsze bierz dwie pary rękawiczek, bo jak ci wiatr zabierze jedną, to co?

Z Kończystego czeka nas piękny zjazd (wklęsły żleb, szeroko) na Dudową Przełączkę (pomiędzy Kończystym a Czubikiem), pędzimy trawersem przez stok Czubika. Osiągamy Przełączkę nad Szyją (od strony Doliny Starorobociańskiej opada z niej potwornie lawiniasty Żleb Szyja) i osiągamy Trzydniowiański Wierch.

Przy wiosennej, bezwietrznej pogodzie warto zaplanować tu dłuższy odpoczynek. Dobrze, by zmęczone mięśnie należycie odsapnęły po długiej wyprawie. A to miejsce nadaje się wyjątkowo na narciarskie wygary. Wyciągamy zawsze to, co każdy ma najlepszego w plecaku. Herbata z malinami. Kanapki. Słodycze. Piknik w górach to coś, co my, narciarze skiturowi, bardzo lubimy. Po tych wygarach ruszamy do zjazdu.

DŁUGI ZJAZD NA POLANĘ TRZYDNIÓWKĘ

Bardzo ciekawym wariantem zjazdu z wierzchołka Czubika, naturalnie przy dużym zaśniczeniu, jest zjazd w stronę Trzydniowiańskiego Wierchu, a potem Kulawca i dalej aż na Polanę Trzydniówka. Z wierzchołka Czubika jedziemy najpierw dość stromym stokiem (uwaga na często wystające poniżej wierzchołka kamienie) na Przełączkę nad Szyją. Potem, po krótkim podejściu (przy sfirnowanym śniegu pokonujemy je łatwo krokiem łyżwowym), osiągamy wierzchołek Trzydniowiańskiego Wierchu.

Tutaj czeka nas najprzyjemniejsza część zjazdu. Gdybym miał ująć to w jednym zdaniu, napisałbym tak: dopnij klamry, sprawdź wiązania, mocne odepchnięcie kijkami i jedziesz bracie stokiem jak marzenie. Z Trzydniowiańskiego jedziemy bowiem długim skrętem, szerokim, prawym ramieniem i stokiem odchodzącym w stronę Kulawca (lub Kulowca, jak pisze wielki znawca Tatr, Józef Nyka), do górnej granicy widocznego stąd lasu. Tym ramieniem prowadzi czerwony szlak.

Jest to znakomity teren narciarski, na wiosnę można spotkać tu wymarzone firny i użyć narciarstwa do woli. Zjeżdżajmy jednak odpowiedzialnie tak, aby nie ulec kontuzji lub wypadkowi, bo jazda w terenie to przecież nie to samo, co zabawa na “narciarskim klepisku”. Pamiętajmy o radach starego wyjadacza”, jakim był Oppenheim. Jechać szybko – tak, ale przede wszystkim bezpiecznie, nawet gdy teren puszcza, a warunki są idealne.

Jeśli chodzi o czas przejścia graniówki, to trwa ona w zależności od wariantu i długości odpoczynków nawet 10-12 godzin. Ma ponad 1200 m przewyższenia i blisko 25 km długości. Jest to więc dość długa i wymagająca wycieczka narciarska, na którą należy przeznaczyć cały dzień. Polecam ją średnio zaawansowanym lub zaawansowanym skiturowcom. Szczególnie ważna będzie umiejętność właściwej oceny warunków i zagrożenia lawinowego oraz wybór właściwej trasy zjazdu. Istotne jest też przygotowanie kondycyjne. Trasę można oczywiście skrócić, rozpoczynając wyprawę na przykład ze schroniska na Polanie Chochołowskiej. Najlepiej iść na graniówkę wiosną, w marcu lub kwietniu, a nawet przy dużym ośnieżeniu – z początkiem maja. Przy firnie to jedna z najpiękniejszych wycieczek skiturowych w rejonie Doliny Chochołowskiej, a może i w całych Tatrach Zachodnich. Serdecznie ją polecam!

INNE PROPOZYCJE NARCIARSKICH WYCIECZEK GRANIOWYCH W TATRACH: 

⚫ grań Czerwonych Wierchów grań: Grześ-Rakoń – Wołowiec ze zjazdem do Doliny Wyżniej Chochołowskiej 

⚫ grań: Kasprowy Wierch – Kopa Kondracka

⚫ grań: Kasprowy Wierch-Beskid-Skrajna Turnia – Pośrednia Turnia – Świnicka Przełęcz

REMINISCENCJE

Pamiętam wiosnę 2009 roku. Najbardziej śnieżną, jaką dotąd widziałem. W marcu pokrywa na Kasprowym Wierchu wyniosła 350 cm. Śnieg był wszędzie, i to w ilościach kosmicznych. Potem przekształcił się w firm, więc zaczęły się piękne wycieczki i podobnej klasy zjazdy.

Pamiętam wspólną wyrypę na Trzydniowiański z Bartkiem Korzeniowskim i Andrzejem Bargielem. Towarzyszył nam ważny sojusznik: fantastyczna pogoda. Na grzbiecie dźwigaliśmy setki czerwonych i niebieskich chorągiewek do oznaczenia trasy zawodów im. Józefa Oppenheima, wówczas mających rangę Mistrzostw Polski w Skialpinizmie.

Osiągamy Trzydniowiański Wierch, potem Czubik. Co kilkadziesiąt kroków wbijamy chorągiewkę. Dochodzimy do Czubika, gdzie spotykamy znajome narciarki z Zakopanego: Asię Stępińską i Helcię Roj. Wesoła atmosfera spotkania na narciarskiej grani udziela się wszystkim. Dziewczyny zjeżdżają, my w ich ślady. I to był najpiękniejszy zjazd tego sezonu!

Jedna z najpiękniejszych narciarskich gór w Tatrach, Starobociański Wierch (2176 m) od Przełączki Dudowej
Jedna z najpiękniejszych narciarskich gór w Tatrach, Starobociański Wierch (2176 m) od Przełączki Dudowej

Po ponadkilometrowym fantazyjnym szusie po firnie, nadal sunęliśmy wzdłuż szlaku, między niezbyt gęsto rosnącymi drzewami, ale dość szybko odbiliśmy w lewo, kierując się stromym stokiem przez rzadki las w stronę Kulawca. Długim skrętem na dużej prędkości. Opuszczaliśmy się świetnym, stromym terenem, osiągając szeregiem krótkich i długich skrętów dno žlebu. Stąd, już bardziej połogim terenem, szybko dojechaliśmy do Polany Trzydniówka (wysokość 1037 m). Tutaj przypięliśmy foki do nart, by dojść do drogi, którą po półgodzinnym podejściu dotarliśmy na nartach do schroniska. PTTK w Chochołowskiej.

Podsumowująca to wspomnienie generalna uwaga: mimo że każdy poszedł swoją drogą – Andrzej rozwinął się, zwyciężał w zawodach w skialpinizmie, stawał na podium Pucharu Świata ISMF, pobił rekord w biegu na szczyt Elbrusa w Kaukazie, wreszcie w październiku 2013 roku samotnie zjechał na nartach z Sziszapangmy Centralnej (8013 m), zaś Bartek wystartował w parze z Anią Figurą w wielkich zawodach Pierra Menta we Francji – nadal spotykamy się na nartach w Tatrach. Znajomości powstałe na tatrzańskiej graniówce pozostały do dzisiaj.

Dochodzimy do schroniska, a tam wita nas kierownik – Józef Krzeptowski. Legenda tych gór. Pracuje w schroniskach tatrzańskich począwszy od 1958 roku, czyli od ponad 55 lat! Jest ratownikiem TOPR, uprawiał biegi narciarskie i kombinację norweską, znakomicie jeździ na nartach. Wspólnie startowaliśmy w zawodach Trofeo Carlo Marsaglia w 1991 roku i w Memoriałach Strzeleckiego. Potem, razem z klubem SN PTT i z Jaśkiem Trzebunią, zacząłem organizować w Chochołowskiej Memoriał im. Józefa Oppenheima. Kierownik częstuje nas wspaniałym obiadem i szarlotką z polewą borówkową – specjalnością tych stron. Schronisko w Chochołowskiej jest miejscem, gdzie kończymy wyrypę. Za oknem dzień chyli się ku końcowi. Znowu łapie lekki mróz. A na niebo wspina się księżyc, wróżąc dobrą pogodę. Nogi trochę bolą, a twarz spalona słonkiem. Przeżyliśmy kolejny wspaniały, górski dzień. Ale nam nadal mało gór. Jutro pójdziemy na Wołowiec – postanowione. Jeszcze tylko gorący prysznic, zmywający z człowieka trudy dnia, ciepłe łóżko i spać, spać.


Tekst został opublikowany w 236 (1/2014) numerze magazynu GÓRY.
Możesz go również przeczytać na naszym czytniku – czytaj.goryonline.com

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2024