Południe. Dno doliny rozgrzane jak piec, wiatr szlifuje asfalt kłębami kurzu. Wpadam do sklepu, jest tam klimatyzacja, zimny kefir, schłodzone owoce. Potes jest głośne. Turyści łażą z knajpy do knajpy. Rodziny wypychają z supermarketów pełne koszyki. Kupuję czapkę (bo swoją zgubiłam przedwczoraj) i grube, wełniane skarpety (wyrzucam te, w których przyszłam od Morza Śródziemnego). Buty są luźne, stopa lata mi wewnątrz, a Picos to wysokie góry – w grubych skarpetach czuję się pewniej.

Kanion Cares

PIELGRZYM

Wzdłuż głównej drogi przesuwa się trąba kurzu. Za zboczem wiatr zamiera, upał zlewa mnie strumieniami potu, zabiera oddech. Szlak jest oznakowany na niebiesko – bo pielgrzymkowy. Szurają jasne kamyczki. Powietrze drży. Przy samochodzie na awaryjnych leży kobieta, jej długie białe włosy spływają na asfalt. Obok klęczy dziewczyna. Macha gazetą, w ręku ma butelkę z wodą.

– Mogę w czymś pomóc, wezwać pogotowie? – pytam, ale dziewczyna mówi, że nie trzeba. Babcia tylko musi odpocząć. Samochód jest czarny. Zapach sosnowych igieł aż kręci w nosie. Za zakrętem leży klasztor Santo Toribio de Liebana. Zaszywam się w cieniu przy toalecie. Moczę włosy, ubranie, piję, chociaż woda ma nieprzyjemny smak, to sam chlor. Odchodząc, spryskuję się jeszcze i gdy zatrzymuje mnie elegancka blondynka. Truchta zabawnie w wąskiej spódnicy i butach na obcasie.

– Pielgrzymie, pielgrzymie! – krzyczy. Rozglądam się, ale na placu jestem tylko ja. Tłumaczę, że nie jestem pielgrzymem, idę górami, bo lubię i mogę, a tu trafiłam przypadkiem. Ale ona ciągnie mnie w stronę zakrystii.

– Powinnam mieć jeszcze ostatni, gdzieś tu jest!

Rzeźbione biurko ustawiono na tle witraża. Sala jest przestronna, oddycham kamiennym chłodem.

– Paszport pielgrzyma. – Wręcza mi kolorowy kartonik. – Z nim w każdej albergue możesz sobie uprać rzeczy czy wziąć prysznic za kilka euro. Hotele są upiornie drogie, przyda ci się.

Chociaż nie planowałam zwiedzać kaplicy, wchodzę, bo teraz wypada. Ołtarz jest złoty, pięknie oświetlony, ogromny. Wyciągam aparat i waham się. Ochroniarz patrzy na mnie i też się waha.

– Przyszedł pielgrzym – szepce do ucha dziewczynie w krótkiej spódniczce, z nabożeństwem, jakby to była wizyta królowej, ona odsuwa się ze zrozumieniem. Robię zdjęcie.

Vega Huerta

W GÓRY

Camino Vadiniense (jeden ze szlaków, o których nikt nie wie) prowadzi po południowych stokach Picos d’Europa i to mi pasuje, bo północne już kiedyś widziałam. Ścieżka biegnie wzdłuż potoku, dębowymi laskami, po łąkach, przecina spokojne wsie. Pod wieczór udaje mi się wykąpać w zakolu rzeki. Góry widziane pod światło wydają się nierzeczywiste, bajkowe. Szeleści trawa, sucha jak pieprz, pachną rozgrzane zioła.

Płaskie miejsce, o którym wspomniał mężczyzna w poprzedniej wsi, to parking. Wyasfaltowany. Mój namiot wymaga wbicia sześciu szpilek. W świetle latarki znajduję plac zabaw. Staram się nie rzucać w oczy, ale ktoś widzi. Słyszę męskie głosy i śmiech. Tropik szeleści, krople spadają na suchą powierzchnię z chrobotem. Dźwięk, z jakim trafiają w mokrą, jest już inny, nieodwracalny, beznadziejny.

Pada do popołudnia. Mijam cały górski grzbiet, nie widząc nic. Ptak buja się na wiotkiej, mokrej paproci. Błoto spływa koleinami drogi, woda skapuje z kaptura na nos, wpada do ust. Jest słona. Pomimo deszczu, pomimo wysokości jest mi ciepło. Duszno, mętnie, ponad lasem jasno i trochę bardziej sucho. Nagle chmura rozrywa się. Dolina, która się przede mną otwiera, jest jak odkurzacz. Wiatr pochłania wilgoć. I już nic mnie nie ciągnie na zachód, na proste drogi. Odruchowo, automatycznie skręcam w góry, chociaż nie planowałam. Wychodzę na silne słońce, pod błękit nieba. Wyżej trafiam na tłok. Ludzie wjeżdżają kolejką z Fuente Dé i przychodzą na piwo do schroniska. Próbuję coś zjeść, ale nic nie ma. Napoje, słodycze. Rozbijam namiot dyskretnie w pustym obozowisku speleologów. Noc jest chłodna, gwiaździsta, po horyzont ciągnie się morze chmur.

Biwak ponad kolejką z Fuente Dé

ZŁOWIESZCZY WARKOT

Rano wysoko na grani widzę schron i malutkie ludzkie sylwetki. Nie wiem, czy oni też widzą. To park narodowy, zwijam namiot w pośpiechu, mam nadzieję, że nikt mnie nie złapie. Nie znajduję żadnej drogi na przełęcz, więc wracam na szlak i włączam się w tłum. Ścieżka jest kamienista, szeroka. Na grzbiecie mnóstwo ludzi. Na zejściu jestem sama. Jest kruche i bardzo strome. W całości ubezpieczone liną, starą, ponadrywaną. To ze 300 metrów przewyższenia. Gdzieś w połowie wyglądam w górę i widzę, że mnie obserwują. Z dołu podchodzą dwie osoby, już zaczynam się martwić, jak się miniemy, ale rezygnują. Dojdę do połowy kotła, kiedy odważy się zejść kolejna grupa. Jeszcze godzinę później będę ich widziała na ścianie, niemal w tym samym miejscu.

Picu Urriellu z tyłu wygląda skromnie. Schronisko jest zatłoczone.

– Gdzie toaleta? – pytam gościa w okienku.

– Hmm… teraz to już jest wszędzie. Była tam. – Macha ręką w stronę ściany schroniska. – Ale kazali ją zamknąć, bo covid.

Okolica jest pełna papierów i kup. Gdyby nie to, że zamówiłam obiad, uciekłabym. Odchodzę najedzona, rozleniwiona, tam, gdzie widzę najmniej ludzi, czyli na trawers. Ścieżka jest trudna i prawie pusta. Z przełączki oglądam schronisko ostatni raz. Mgła podnosi się i liże budynki. Z doliny, którą przyszłam, nadlatuje śmigłowiec. Myślę, że może ma coś wspólnego ze schodzącą (tak strasznie powoli) grupą, ale do wieczora minie mnie jeszcze kilka razy. Podleci blisko, ktoś pewnie chciał mnie obejrzeć, i opadnie poniżej urwiska. Warkot zabrzmi złowieszczo, głucho, jakby wiercił skałę.

– Szukają dwójki, która zaginęła wczoraj – powie kobieta w Refugio Jou de los Cabrones. – Chyba nie masz zamiaru schodzić stąd sama?

Dogania mnie, kiedy już ruszyłam w dół. Wydaje się bardzo przejęta, a przecież jestem wyjątkowo rozsądna, zrezygnowałam właśnie z trudniejszej drogi. Planowałam zejść bezpośrednio do Caín, na mapie ta ścieżka jest kropkowana i czarna, nieznakowana. Spytałam dla pewności, schroniskowa powiedziała, że bardzo trudna, więc odpuściłam. Nie wiem, jak wytłumaczyć, że tu sobie na pewno poradzę. To tylko szlak. Przygląda mi się jeszcze, kiedy obchodzę skraj wielkiego kotła. Skrzypi śnieg, z jaskini wieje chłodem. Na skałach jest mnóstwo żółtych znaków.

Tuż za Posada de Valdeón

ZABAWA Z CIENIEM

Żal mi ścieżki do Caín, teraz muszę zejść aż do Bulnes i wlec się godzinami kanionem Cares. Myślę o tym na kruchych, krasowych skałach, na żebrach ostrych jak szkielety ryb. Weszłam we mgłę i nie wiem, czy niżej jest trawa, czy urwisko. Kilka razy trafiam na linę, mijam kępki jaskrawych żółtych kwiatów, kilka tojadów, purpurowego żmijowca. Przechodzę na drugą stronę mgły i pojawia się widmo Brockenu. Chmura buja się, tęcza towarzyszy mi przez długi czas. Bawię się swoim cieniem w aureoli – z profilu, z plecakiem, na tle skał… Doliny nakrywa druga warstwa chmur. Wszystko wydaje mi się absolutnie piękne. Słońce, urwiska, oświetlone na złoto wysokie trawy, gra cieni.

We mgle jest zimno. Widoczność tylko na kilka metrów, trzymam się ścieżki, a kiedy znika – linii w nawigacji. Świat robi się coraz bardziej niebieski, jest szaro, gdy trafiam na płaskie miejsce. Kiedyś musiała tu stać cabana. Teraz tylko mnóstwo krowich kup i resztki pokrzyw. Jeszcze nie śpię, kiedy zrywa się wiatr i na moment odgania kłąb mgły. Pode mną falują kolejne chmury. Są jak warstwowy tort wysoki na ponad 1000 metrów.

Zdjęcie otwarcia: Refugio Jou de los Cabrones

Tekst i zdjęcia / Katarzyna Nizinkiewicz


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 3/2022 (286)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/