ŻYCIE ZWIĄZANE Z LINĄ

O wykluwaniu się wspinaczkowych biznesów w czasach romantyczno-dzikiego kapitalizmu, bogatym archiwum filmowym, dojrzewaniu książek, głębokich pasjach himalaistów winopijców i kochaniu życia na przekór górskiej śmierci z RYSZARDEM WARECKIM rozmawia ANDRZEJ MIREK.

Rozmawiał / ANDRZEJ MIREK
Zdjęcia / arch. RYSZARDA WARECKIEGO
Zdjęcie otwarcia / Miejsce po byłym sponsorze wypraw Złotej Ery Polskiego Himalaizmu czekało na tę właśnie myśl…


CO UWAŻASZ ZA SWÓJ NAJWIĘKSZY WSPINACZKOWY SUKCES?

Odpowiedź jest banalna – to, że przeżyłem. Ile razy byłem na krawędzi? Wiele. A jednak udało się doczekać wnucząt, napisać wspomnienia, porozmawiać z Tobą… Normalką we wspinaniu jest ryzyko podejmowane po to, żeby później cieszyć się sukcesem. Tylko jak się nim cieszyć, gdy się zginie? Nie bez kozery swoją książkę [Nie ma jak pod górę – przyp. red.] zamykam słowami: „Największym zwycięstwem każdego z nas jest powrót do domu. Skądkolwiek. Czy to z gór, czy z pustyni, z morza, z delegacji, czy z wojny. Kocham powroty”. Idąc tym tropem – Alek Lwow zatytułował swoją książkę Zwyciężyć znaczy przeżyć. Twierdzenie bardzo podobne.

DYSTANS PRZYDAJE SIĘ ZARÓWNO W CODZIENNYM ŻYCIU, JAK I W CZASIE WSPINANIA. JAK GO WYPRACOWAŁEŚ?

Dystans miałem zawsze. To cecha mojego charakteru i – jak to zwykle bywa z cechami – wzmacniała się wraz z wiekiem. Weźmy ekstremalny przykład. Prowadziłem firmę Summit SA, dystrybutora wielu marek wspinaczkowych: Campa, La Sportivy, DMMa, Nikwaxa, ale też narciarskiego Atomica czy marek rowerowych, jak GT i Mongoose. Do tego dochodziła produkcja, nastawiona między innymi na zamówienia dla wojska. Z czasem te wspinaczkowe marki zaczęły mi tylko zabierać czas. Teraz, gdy po latach pojawia się znowu na festiwalach górskich i widzę stoiska ze sprzętem, odczuwam wręcz euforię, że nie muszę się już wokół tego biznesu szamotać.

Ale do rzeczy. Kilkanaście lat temu wygraliśmy przetarg na dostawę odzieży dla wojska, na kwotę ponad 25 milionów złotych. Niestety, Włosi sprzedali mi materiał o parametrach niezgodnych z zamówieniem. Niby o nieistotną wartość, ale wojsko odmówiło odbioru produkcji i firma, którą zbudowałem od zera, zbankrutowała. Straciłem bardzo dużo pieniędzy. Trochę bolało, ale patrzyłem na to tak, jakbym stał obok. Nie potrafię podniecać się pieniędzmi. Zawsze sobie powtarzam, że jak ich nie miałem, też było fajnie.

Podobnie jest w innych kwestiach. Czasami zastanawiam się, czy to wciąż dystans, czy może jednak zbyt mało jest we mnie empatii.

Ryszard na słoniu

JAKIE ISTOTNE ZMIANY WSPINANIE WPROWADZA W „NORMALNE” ŻYCIE?

Powiem tak – to, co robiłem, nazwałbym zaawansowaną turystyką wysokogórską. Nie czuję się prawdziwym (czytaj: wybitnym) wspinaczem. Nigdy się nim nie czułem. Nie ma we mnie pasji, jaką widzę u innych, tych najlepszych. Ich życie toczy się wokół liny… Właśnie przez przypadek ukułem trafną definicję prawdziwego wspinacza: to człowiek, którego życie toczy się wokół liny. Jest związane z liną. Fajnie.

Ja natomiast miałem różne pomysły na siebie. Nie wykazywałem takiego spręża jak oni. Może dlatego, że miałem inne obowiązki, inne pasje odciągały mnie od wspinania. A poza tym pewnie też to, że czuję się leniem… Nie potrafiłem ułożyć sobie życia tak, aby na wszystko starczyło czasu. Ani systematycznie trenować, ani się uczyć…

Z drugiej strony, szczególnie na początku wspinania, pochłaniałem literaturę górską, fascynowałem się kinematografią. Gdy pierwszy raz pojechałem na festiwal filmów górskich do Trydentu, przez tydzień siedziałem na sali kinowej od 9:00 do 24:00. I oglądałem wszystko: od wspinaczki po etnografię. Za dziesiątym razem chodziłem już tylko na wybrane tytuły. Więc może to była chwilowa fascynacja, słomiany zapał…

Ale, ale… Zadałeś mi inne pytanie. Tak, wspinanie wprowadza bardzo istotne zmiany. Przede wszystkim odporność na stres. Do tego cierpliwość i wyrozumiałość wobec innych. Mało? To jeszcze podstawy biznesu, sztukę negocjacji. A także sztukę pakowania. Bardzo istotną, szczególnie na początku mojej działalności zawodowej, gdy towar do firmy przywoziłem osobowym autem.

Pierwszym moim „autem ciężarowym” było Volvo 264. Wymontowałem fotel pasażera, tapicerkę z tylnej kanapy i przywoziłem szpej z Campa, liny z Edelweissa, a na dokładkę ponad 100 par Koflachów. Auto było zapełnione po dach. Czasami karabinki upychałem do butów, bo miejsca brakowało.

Tak – wspinanie, a szczególnie wyprawy, miały istotne znaczenie zarówno w biznesie, jak i w życiu prywatnym. Popatrz, jak wiele związków rozpadło się na skutek ciągłej nieobecności w domu i stresu kobiet niepewnych jutra, pozostawionych samotnie w kraju. Byliśmy niezłymi egoistami.

Ryszard Warecki na zboczach Annapurny; fot. Jerzy Kukuczka

A JAK SIĘ MA WŁAŚNIE DO ROBIENIA INTERESÓW?

Zacznę od anegdoty. Po powrocie spod Lhotse wpadli do mnie Artur Hajzer i Janusz Majer. Artur mówi – „Łysiu (bo nie wymawiał „r”), musisz z nami łozłuszać biznes. Bo z tobą zawsze się udaje”. No cóż, na takie zaproszenie nie ma argumentów, więc rzuciłem się w wir świata biznesu. Po kilku dniach jestem u Albrechta von Dewitza [założyciela marki Vaude – przyp. red.] i wykładam mu strategię działania naszej firmy. W skrócie: my swoimi wspaniałymi nazwiskami promujemy powstające sklepy, a za zarobione pieniądze jeździmy w Himalaje, jak do tej pory. Albrecht patrzy na mnie pobłażliwie znad okularów i przytakuje: „Ja, ja, ja…”. Myślę sobie: „Śmiej się, ale tak właśnie będzie”. Byłem pewien. A po trzech latach siedziałem za biurkiem i wysłuchiwałem, jak inni wspinacze argumentują, dlaczego warto ich sponsorować. I, podobnie jak Albrecht, śmiałem się sam z siebie. Biznes zabrał mi góry.


Tekst w całości przeczytasz w 302 (1/2026) numerze Magazynu GÓRY.

GÓRY (czasopismo oraz e-book)  można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026