Roviště opisywane jest jako žulový ráj, co już samo w sobie wydawało mi się wystarczającym powodem, by się tam udać – wspinaczkową żulerkę cenię bowiem najbardziej. Okazuje się jednak, że žula po czesku oznacza granit, co nie przeszkadza mi nadmiernie, bo należy on do moich ulubionych rodzajów skały.
Tekst i zdjęcia / ANDRZEJ MIREK
Zdjęcie otwarcia / Dojście do sektora Letohrádek
Wybór odpowiedniego rejonu na majówkę to sprawa kluczowa, by nie rzec – narodowa. Głównie z tego powodu, że trudno przewidzieć obowiązujące trendy i to, jak rozłoży się zagęszczenie wspinaczy w skałach. Paradoksalnie na korzyść położonego za Pragą rejonu działa odległość. Polski wspinacz lubi pojechać albo całkiem blisko, albo gdzieś znacząco dalej – nie wiedzieć czemu pięciogodzinna podróż w skały nie mieści się w ramach obowiązujących standardów. Wielokrotnie próbowałem namówić kogoś na wyjazd nad Wełtawę, a w odpowiedzi słyszałem, że w podobnym czasie można dojechać pod Wiedeń. Nie rozumiałem i nadal nie pojmuję, dlaczego podwiedeńskie wspinanie miałoby być bardziej nobilitującym niż podpraskie. Po tym wyjeździe niezrozumienie to zwiększyło się znacząco, gdyż urok czeskiej lub słowackiej prowincji działa na mnie bardziej kojąco niż austriackie umiłowanie porządku i dystansu. Natomiast argumentem przekonującym moich towarzyszy, Mariusza i Piotra, było to, że w rejonie znaleźć można drogi w trudnościach dla każdego.

Chłopaki sprawnie ogarnęły logistykę i błyskiem dotarliśmy na miejsce, a tam okazało się, że dojście w skały nie sprawia żadnego problemu. Zaparkowaliśmy w ewidentnym miejscu, na sporym placyku. Ku wielkiemu zdziwieniu skonstatowaliśmy, że oprócz naszego był tam tylko jeden samochód wspinaczy. To tak, jakby w pogodny dzień na parkingu pod Łabajową lub w Rzędkowicach stały dwa auta. Można było podjechać bliżej skał, ale doczytaliśmy, że nie jest to mile widziane. Po lewej stronie drogi dojściowej widoczny jest kemping, dobrze utrzymany, ale mimo majowego weekendu nieczynny. Minęliśmy dwie zrujnowane chaty i krótkim, stromym zejściem dostaliśmy się pod skały.
Pierwsze wrażenie było niesamowite. Granitowy, urozmaicony różnymi formacjami mur nieomal wyrasta z Wełtawy. Nie panikujcie – miejsca pod skałami jest sporo, jednak zabieranie tam dzieci nie wydaje się do końca dobrym pomysłem, ponieważ zdarza się, że raz na jakiś czas coś spontanicznie spada ze skał… I nie mam tu na myśli wspinaczy. Większość lokalsów łoi więc w kaskach i chyba należy przyjąć to za normę. Poza tym miejsce ma wyjątkowo sprzyjający relaksowi charakter, spokój zakłócają jedynie motorowe łodzie i skutery śmigające po Łabie. Na szczęście nie pływa ich za wiele.
Na początek wybraliśmy leżący na prawo od zejścia sektor El Krakonoš. Pierwsza droga, w którą się wbiłem, okazała się pomyłką – po trzech wpinkach asekuracja kończy się w terenie łatwym, ale niezbyt litym, postanowiłem więc zjechać. To była jedyna wtopa podczas wyjazdu. Dwie kolejne płytowe drogi, Malý Dny VI+ i Obezity Reality VII− są już perełkami. Tuż obok znajdziecie łatwiejsze, ale równie fajne linie wiodące zacięciami – Babylon V+ i Dlouhý Noci V+. Wisienką na torcie tego sektora jest wytrzymałościowa Česká Cesta VII.

Czas wspomnieć o asekuracji, którą napotkaliśmy w Roviště. Obicie było w znacznej większości nowe. Zdarzały się jednopunktowe stanowiska zjazdowe i wysokie pierwsze wpinki, ale większość dróg jest przygotowana bez zarzutu. Jestem fanem czeskiego poczucia humoru, a jego przejawy można było zauważyć pod skałami – ktoś zadał sobie trud zniesienia tam foteli, tyle że obecnie, ze względu na brak
siedzisk, przypominają one raczej sedesy.
Charakter wspinania w Roviště najbliższy jest Sokolikom, chociaż dróg po oblakach jest nad Wełtawą znacznie mniej. Rodzaj granitu zmienia się w sektorach. Nas najbardziej zauroczył ten o niespotykanym chyba w Rudawach kolorze – białym. Widziałem go już w Tatrach, w części Mnicha znajdującej się pod półkami. Jednak tam występują bardzo trudne drogi, a w Roviště w białym granicie można się powspinać po przyjaźniejszych szóstkach i siódemkach. Poza tym rejon wydał mi się bardzo urozmaicony – znajdziecie tam sporo zacięć, kantów i płyt oraz nieco przewieszek. Rys jest niewiele, a rajbungów wcale. W wyborze linii może pomóc gwiazdkowy system oceny estetyki, chociaż nie zawsze zgadzałem się z subiektywną klasyfikacją. Drogi są najczęściej podpisane, co znacząco ułatwia orientację, no może poza kombinacjami.
Tekst w całości przeczytasz w 299 (2/2025) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link



