Znacie to uczucie? Jest czas, który można zagospodarować dowolnie, mnóstwo kierunków, w które można pojechać, polecieć. Niby ideał, a jednak gdzieś poza zasięgiem woli pojawiają się pytania: po co? Dlaczego? Dla kogo? Bo skoro tylko dla siebie (a nie na pokaz), skoro po to, żeby poczuć, że żyję, szkoda zostawiać ciężki ślad węglowy, zajmować miejsce tam, gdzie już jest tłok, wydawać pieniądze, które trzeba zarobić (i przy tym zużyć surowce, energię, generować zanieczyszczenia). Przecież mi tak niewiele potrzeba: gór, bezludzia, trochę miejsca pod namiot…
Tekst i zdjęcia / KATARZYNA NIZINKIEWICZ
Zdjęcie otwarcia / Wędrówka Stradą Antica zapewnia widok na wspaniałe góry
Więc może niech zdecyduje los? Jak kiedyś, dawno temu, kupuję bilet, który jest akurat najtańszy. Czuję się, jakbym zakręciła kołem fortuny. Trafiam do Pizy. Prom do Golfo Aranci jest pusty, jeszcze nie zaczął się sezon. „Byle bez szos, co najwyżej krótki ich kawałek (podpowiada rozsądek – wiadomo, nie ma już świata bez asfaltu), najwyżej pięć kilometrów” – decyduję i to jest cały mój plan. Z południowego na północny kraniec Korsyki. Bez przerw, powtarzania już znanych tras i wędrowania drogami.

ZAKAZY, ZAKAZY…
15 maja. Na Capo Pertusato jestem sama. Skały wypolerowane przez wiatr na tle turkusowego morza są niemal białe. Marzę, żeby zostać tu dłużej, gdzieś rozbić namiot, ale nie znajduję odpowiednio ustronnego miejsca i wracam w stronę Bonifacio. W zatoczce tuż nad brzegiem stoi bunkier. Oglądam go podejrzliwie, wewnątrz bieleją śmieci, z bliska okazują się butelkami z wodą. Muszą tu leżeć od lat, pokryły się pyłem, niektóre pękły. Przez okienko widzę drabinkę – zejście do morza, pewnie maleńki port. Ignoruję delikatny zapach pleśni i uznaję, że jakoś się zmieszczę. „Najciemniej pod latarnią” – kołacze mi się po głowie na wspomnienie wielkiej latarni morskiej tuż nade mną i tych wszystkich przekreślonych namiocików na drogowskazach. Prognoza pogody jest zła, ale pomimo tego, gdy rano znów mijam miasto, teraz wypełnione tłumem turystów, niebo okazuje się bezchmurne.
Znikam w chłodnych tunelach nadbrzeżnych ścieżek. Prowadzą na cichutkie plaże. Kąpię się kolejno na każdej, choć woda zimna, a brzeg odcięty barykadą z liści, które w słońcu zaczynają fermentować i pachnieć. Woda przezroczysta, pełna rybek i różowych meduz. Ścieżka skalista, z widokami na daleki mur szczytów i wspaniałe morze. Wieczór jest chłodny, wiatr silny, na zakazach widnieje już nie tylko namiot, ale też śpiworek. „Nie wolno spać na plecach?” – myślę złośliwie. „To nic, mogę przecież zasnąć na boku”. Trochę mnie to oczywiście stresuje. Muszę się schować. Intuicyjnie skręcam w górę, dalej od morza, i trafiam na opuszczoną wieś. Jeden z budynków jest otwarty, użytkowany jako schron. Z ulgą zamykam za sobą drzwi.

ŚWIŃSKIE PODCHODY
Przez kilka godzin wędruję wzdłuż morza, aż drogę przetną mi mokradła. Ślęczę nad mapą i nie wymyślam nic innego niż szosa. Wzdłuż lotniska, prawie siedem kilometrów. Od razu pada moja jedyna zasada: bez asfaltu. Jestem tym zdegustowana. Narasta upał, co i rusz mijają mnie samochody, ktoś staje, proponuje podwózkę – dziękuję. Przyśpieszam, niech chociaż to paskudztwo szybko się skończy. Na wprost wyrastają wspaniałe góry. Znajduję szlak. Strada Antica doprowadza do Muratello. Kobieta zapytana o biwak wskazuje las. Nocą przeszkadza mi trochę zapach świń. Rankiem namiot i roślinność pokrywa rosa. Idę w kierunku szlaku Mare à Mare Sud i wraz z nim podchodzę cienistym lasem. Daleko nad morzem drą się kłęby szarych chmur, znów zapowiedziano deszcz, ale na razie tylko bardzo się ochładza, zrywa wiatr. Choć ze szlaku można odbić na pierwszy wyraźny skalisty szczyt (Punta di a Vacca Morta), nie skręcam, bo jest mi zbyt zimno, a nie mam już nic więcej – założyłam wszystko, co wzięłam.
Z przełęczy oglądam się ostatni raz na wybrzeże, w lesie znów robi się ciepło. Ścieżka opada gąszczem. Ogromne buki, podszyt z drzewka truskawkowego gęsty jak tkanina, poobrastany mchem, splątany w kłęby. Zaciekawiona odbijam w pętelkę lokalnych szlaków. Snuję się po lesie za żółtymi znakami, od jednego starego młyna do kolejnego. Wszystkie budowle są już w ruinie, ale strumienie nadal bystro bulgocą, rozlewają się w czyste jeziorka, opadają kaskadami małych wodospadów. Teren jest bardzo górzysty i z trudem znajduję skrawek płaskiego. Zasypiam zmęczona jeszcze przed zmierzchem, ale budzi mnie chrumkanie świń. Łażą, nie reagują na okrzyki. Płoszy je dopiero latarka. Za Cabrini znów zbaczam, żeby zwiedzićCastellu di Cucuruzzu.Nie ma turystów, nad sylwetką Monte Incudine narasta kołderka z chmur. Niebo ciemnieje, chowam się w neolitycznej spiżarce, myśląc, że lunie, ale spada tylko kilka kropel, więc ruszam dalej. Szlak wykorzystuje stare ścieżki, układane z kamieni od tysiącleci. Biegną lasami i choć na pozór monotonne, są fascynujące.

TO NIE CZAS NA SPONTANICZNOŚĆ
Quenza jest cichutka. Na piaszczystym placu pod kościołem panowie grają w bule. Za nimi złoci się wał chmur zawieszony na grzbiecie, na którym byłam wczoraj. Muszę już iść, muszę schować się w jakimś zakamarku. Zniknąć na noc lub zapewnić sobie z wyprzedzeniem wszystkie rezerwacje. Bo tak zaprojektowano ten szlak. Nie można go przejść spontanicznie, bez planu. Choć nie miałam zamiaru spać w pensjonatach, czuję się wyrzutkiem systemu. Jakby Natura nie należała już do wszystkich, jakby stała się produktem na sprzedaż, a ofertę przygotowano dla kogoś innego niż ja. „Czy to nie dyskryminacja?” – zastanawiam się, wciskając do plecaka sardynki w puszce i paczkę fig. Sklepiki mają ograniczoną ofertę, a choć zwykle wisi na nich ten sam szyld (Proxi), w każdym znajduję coś innego. Mare à Mare Sud biegnie drogą i już pierwszy szlakowy kołek ozdabia zakaz biwakowania. Kątem oka widzę drugą strzałkę, skromną, spłowiałą – Plateau du Coscione. Nie zastanawiam się, że to nie po drodze. Kuszą mnie góry i dziksze, niezalesione miejsca, kusi swoboda. Pędzę, nabieram wody w leśnym strumieniu, wychodzę na otwartą przestrzeń, ponad las. Znaki nikną. Utknęłam na czyjejś łące. Na wprost zachód słońca ozłaca wierzchołki gór. Za mną płat równej trawki i nic mi już więcej nie trzeba.
Rano pół nieba zasłania wał cumulonimbusów. Ścieżka skręca w wilgotną dolinę. Czym wyżej, tym bliżej jestem chmur, potem się w nie zanurzam. Mży, robi się lodowato. Na zboczach Monte Incudine widzę śnieg, na halach dopiero budzi się wiosna. Rozwijają się pierwsze liście, kwitną krzaczaste osiki, które na Korsyce rosną płatami, jak nasza kosodrzewina czy alpejskie rododendrony. Muszę się przez nie przedzierać, marznę i moknę, więc kiedy widzę szałas, zbiegam z nadzieją. Jest zamknięty, ale ma dużą, suchą werandę. Gotuję herbatę, zastanawiam się, czy nie zaczekać do rana. Bo pada. Bo góry… Ale jest lodowato, widoki znikły, więc przed piątą ubieram się we wszystko, co mam, i schodzę. Biwakuję w lesie, w gąszczu, który zarósł stare pola – tarasy idealne pod namiot. Ścieżką, po pniach drzew, po tropiku namiotu płyną strumyczki, woda zlewa się do koryta rzeki, która wzbiera i huczy groźnie. Po lesie włóczy się samotna świnka, przemoczona jak ja.

A JEDNAK LUDZKA ŻYCZLIWOŚĆ
Ranek jest słoneczny. Na Aiguilles de Bavella drze się kołderka z chmur. Mare à Mare Sud, na który ciągle wracam, jest zupełnie pusty. Narasta upał, więc kiedy widzę wspaniałą kamienną plażę, rozbieram się i wskakuję do rzeki. Woda jest lodowata, ale skały gorące, więc wszystko, co było wilgotne, wysycha. Namiot, śpiwór, nawet pośpiesznie zrobione pranie. Pogoda psuje się dopiero po południu. W Sainte-Lucie-de-Tallano lekko kropi. Znów biegnę jak najdalej od wsi, w gąszcz, gdzie można by się schować z namiotem. Nie spodziewałam się tylu zakazów, sądziłam, że obowiązują tylko na GR20, a poprzyczepiano je do wszystkich szlakowych znaków. Tak jakby wszędzie wszystkich kusiły dogodne miejsca. A wcale niełatwo złamać ten zakaz – jest stromo, kamieniście. Szlak opada w dolinę Rizzanese, nad rzeką skręca, ja idę w przeciwną stronę. Jak najszybciej, jak najdalej od ścieżki. Prawie udaje mi się zdążyć przed deszczem. Bębni w tropik do 8:00 rano.
Niebo jest zachmurzone i wydaje mi się, że nadal jest ciemno. Przewracam się gotowa jeszcze spać i… wkładam łokieć w wodę. Kałuża w moim namiocie! W panice przerzucam wszystkie rzeczy. Woreczek z ładowarką i bateriami jest lekko wilgotny, chyba wyłącznie z zewnątrz. Oddycham z ulgą i choć nadal mży, pakuję się, by ruszyć dalej. Nad rzeką snują się piękne mgły, trawy ociekają, ścieżka wbija się w gęste chaszcze, jestem mokra. Najpierw do pasa, potem, kiedy muszę się przeciskać pod gałęziami, już cała. Jest mglisto, parno, wokół pasą się stada zdziwionych zwierząt, na dróżce rozpływają się rozmiękłe owcze bobki i krowie placki.
Zatrzymuje mnie bramka z ręcznie napisaną informacją: „Tu można biwakować”. Zamek zgrzyta. Próbuję przejść niepostrzeżenie, ale tam, gdzie spodziewałam się ścieżki, śpi pies. Obok buńczucznie zrywa się kogut, od deszczu pióra ma posklejane w strąki. Słyszę krzyk, z domku wychodzi mężczyzna w kaloszach i coś mi pokazuje, jak sądzę gniewnie, ale że nie rozumiem, zbliża się. „Przemokłaś. Chodź, wysuszysz się”. Wokół okna wije się pnąca róża, z sufitu zwisają pęta kiełbasy, na podeschniętych paprociach dojrzewają okrągłe serki. Stoją butelki wina. Myślę, że może on tu sprzedaje swoje produkty, że może się spodziewa, że też coś kupię, ale idę z miasta, wczoraj zrobiłam zapasy. Roześmiany patrzy, jak się przyglądam, jak odkładam aparat, rozwieszam pelerynę. „Umyj ręce” – pokazuje. Więc myję. Potem wskazuje na kadź: „No nie bój się” – sam zanurza ręce prawie do łokci i miesza już zwarzony ser. Wciska w bryję plastikowe cylindryczne koszyczki. Powtarzam jego ruchy niepewnie, w koszyczkach zbiera się serwatka, wylewamy ją czerpakami, aż masa zgęstnieje i François poprzekłada ją do foremek, żeby do końca odciekła. Wychodzi ze mną. Wystarczy przejść kilkaset metrów, by zrozumieć, jak zabłądziłam. Przemalował znaki. Może czuł się samotny? Albo lubi ludzi? Kilka minut później znów go widzę. Przy korycie tłoczą się trzy wielkie świnie. Wszystkie radośnie chłepcą serwatkę, jest jeszcze ciepła, para unosi się nad korytem i pustym już garem, który przytargał tu samochodem.
Mare à Mare Sud zbiega na wybrzeże i zaszosą płynnie przechodzę na Mare è Monti. Chmura osiada, wierzchołki gór giną w gęstej mgle. Jest duszno, parno. Patrzę na zegarek, na kilometry do przejścia, na grań i boję się, że nie zdążę na noc do schroniska… Czymkolwiek jest. „Refugio Verde” – to wszystko, co wyczytałam na mapie. Nie chcę czegoś takiego przegapić! „Może pozbyć się wody” – dumam, ale ostatecznie nie odważam się wylać nawet pół litra. Na mapie nie ma źródła czy rzeki. Nie ma nic, poza enigmatycznym domkiem. Ścinam pętlę szlaku szutrówką, gnam na oślep i trafiam na opuszczoną wieś. Domy są już w ruinie, drzwi schronu wypadają razem z futryną, kiedy ich dotknę, wewnątrz klepisko, sterta chrustu i materaców. Czuję pleśń i bez żalu, bo jednak mam suche miejsce, rozbijam namiot pod okapem przy stole.

W CHASZCZACH I POD SAMOTNĄ SOSNĄ
21 maja. W Olmeto okazuje się, że padła ładowarka do aparatu. Do Ajaccio nie jest daleko, więc myślę, że to, co mam w bateriach, wystarczy. Zbiegam zielonym tunelem wśród drzew. Ścieżkę zbudowano w średniowieczu. Na Monti Barbatu był kiedyś zamek, mury poukładano równo, starannie, z regularnych
kamieni i zaopatrzono w schodki. Bramki noszą ślady kamiennych „zawiasów”, zachowały się fragmenty bruku i w deszczu tam jest najbardziej ślisko. Co jakiś czas pojawia się daleki widok na zatokę. Znienacka ląduję na szosie, chmury odlatują, jest upał. Brzęczą tabuny much, wokół mokradła, nie da się
uciec z asfaltu, trzeba przekroczyć Taravo. Most jest wąski, jednopasmowy, rzeka powodziowa, wezbrana. Przy szosie malutki rezerwat przyrody Étang de Tanchiccia – bagna zasilane wylewami Taravo, pełne schronów do obserwacji ptaków. Przed zmierzchem przebiegam przez zatłoczone Porto Pollo. Zza muru kempingu dolatuje mnie znudzona rozmowa. Po polsku. Zerkam, same domki, nie ma ani skrawka trawy pod namiot. Za trzy kilometry jest kolejna miejscowość, Serra-di-Ferro. „Może tam będzie zwykły kemping” – myślę i kątem oka widzę czarną chmurę nad morzem. Słyszę grzmot. Skręcam w kierunku nieodległej kamiennej wieży. Zanim tam dotrę, chmura odleci. Wieża jest średniowieczna, odremontowana, wyposażona w metalową drabinę. Wdrapuję się na dach, przez chwilę rozważam, czy nie zostać na noc na piętrze, ale to blisko cywilizacji, boję się ludzi, więc idę dalej. Na dzikiej plaży rośnie samotna sosna. Wciskam namiot pod jej opuszczone gałęzie. Nie widać mnie i to mi wystarcza. Nagromadzone latami igły są suche i miękkie. Pachnie żywicą.
Przez pół dnia maszeruję wybrzeżem, dalej szlak wznosi się na swój najpiękniejszy odcinek – wysoką grań z dalekim widokiem na zatoki. Gęsty, wilgotny las. Nocuję w chaszczach nad strumyczkiem i docieram do gospody na Col Saint-Georges w porze idealnej na kawę. Belgowie, ojciec i syn, zwożą mnie do centrum Ajaccio.

KOT I JEGO NAMIOT
25 maja. Nie udaje mi się zdobyć ładowarki, nie udaje się podjechać na przełęcz, muszę iść i wieczorem nie zdążam już do gospody, znów ląduję tam dopiero w porze drugiego śniadania. Szlak odchodzi od szosy od razu pięknie.. Kwitną żółto żarnowce, kwitną czystki, ścieżka wznosi się i szybko trafiam na skalistą grań. Jest cudownie, choć szczyty ledwo przekraczają tysiąc metrów. Wspinam się właśnie na pierwszy, kiedy znikąd przywleka się burzowa chmura. Zakładam pelerynę i stoję licząc, że szybko przeleci, ale skąd. Pioruny biją, jakby chmura utknęła na moim szczycie, nie zdążę nawet pomyśleć „Jeden…”. Deszcz zmienia się w grad, kulki duże jak ziarna fasoli tłuką mnie po ramionach, po głowie. Rezygnuję i wracam na ostatnią przełączkę. Minęłam tam dziwne miejsce. Było niedaleko, ale w nawałnicy droga się dłuży, ścieżką spływają teraz kaskady błota, niewiele widzę spod mokrego kaptura. Wreszcie dopadam rzeźby, która znaczy przejście przez krzaki, i chowam się pod prowizorycznym blaszanym daszkiem. W lesie kilka metrów dalej stoi namiot. Myślę, że pusty, ale najpierw porusza się leciutko, jakby ktoś wyjrzał, a potem zaczyna trząść się cały… Zamieram. Nagle spod tropiku wychodzi łaciaty kot! Nie mam odwagi sprawdzić, czy jest sam.
Z kolejnej przełęczy roztacza się daleki widok na skaliste, ośnieżone szczyty. Błyska słońce, rozgrzana ziemia paruje. Schodzę strumykiem, który był wcześniej szlakiem, i szybko robi mi się ciepło, schnę. Quasquara wydaje się pusta, we Frasseto trafiam na bar. Zaglądam, kupuję orzeszki w dziwacznej samoobsługowej maszynie. Bar prowadzi para z córką. Początkowo tylko się uśmiechają, ale szybko zbierają się na odwagę, żeby pogadać. Na migi, używając pojedynczych angielskich słów, pytają, jak przetrwałam burzę, dokąd idę spać. Nie wiem, co powiedzieć. „Chciałam dojść do Guiltera” – dukam. „Już za późno” – kwitują. – „Też mamy gîte!”. Wypowiadają słowo po słowie powoli i z dumą. Od razu, zanim odpowiem, prowadzą mnie przez zalane dzisiejszą burzą pierwsze piętro do wielkiego, jakby klasztornego pokoju z łóżkiem i ogromnym marmurowym kominkiem. Na końcu korytarza jest kuchnia z czajnikiem i łazienka z gorącym prysznicem. Na suficie zaciek, lekko pachnie mokrym tynkiem. Przez okiennice słyszę, jak pluszcze deszcz.

CENA WOLNOŚCI
Rano nad wsiami unoszą się wstęgi mgieł. Pomarańczowe znaki prowadzą lasem, ciemnym, wilgotnym i omszałym. Podoba mi się i kiedy szlak opada do Gulitera, zostaję wysoko na ścieżce z żółtymi znakami. Co jakiś czas mijam chlewiki, w których niby zamknięte są świnie, ale tak naprawdę zwierzęta chodzą, gdzie chcą. Grzeją się w plamach słońca, często na ścieżce. Wraz z prosiakami włóczą się w poszukiwaniu jedzenia czy wrażeń. W Tasso spotykam trzech panów też wędrujących Mare à Mare Sud. Przysiadam w cieniu, na brzegu potężnej fontanny, sięgam do przycisku, który uruchamia kran, a oni krzyczą, jakby to była zawleczka granatu – „Nie pij tego!”. Rzeczywiście, woda jest biała jak mleko. „To wapno!” – wyjaśniają, choć nie pytam. Jednak nabieram, bo nigdzie nie widzę osadu. Biel blednie bardzo powoli, najwcześniej znika na dnie butelki. „To czysta woda” – mówię. „Nie pij!” – upiera się jeden z mężczyzn. Kiedy podchodzi bliżej, czuję zapach proszku do prania. „Czemu?” – dziwię się. „To bąbelki”. Nie wierzy mi i wszyscy szybko odchodzą.
W Cozzano porzucam pomarańczowe znaki. Przechodzą na wschodnią część wyspy, a ja wolę zostać jeszcze na zachodzie. Za mostem na Taravo skręcam w las i znajduję dobre miejsce na biwak. Ścieżka jest cienista i dzika, nad strumykami kwitną łany czosnku niedźwiedziego. Odliczam sobie pojedyncze klatki na zdjęcia (żal mi baterii), coraz częściej fotografuję telefonem. Omijam wieś, staram się zostać w lesie, ale wyrzuca mnie na ubity gruntowy trakt. Trawersując lesiste zbocza, prowadzi on na Col de Verde. Nagle, bez ostrzeżenia ląduję na GR20. Oszołomiona patrzę na porzucone przy ścieżce śmieci. Na tabun śladów odciśniętych w błocie tak szeroko, że szlak wygląda jak jezdna droga. Przez trzy kilometry, które pokonuję wzdłuż biało-czerwonych znaków, spotykam 30 osób. Wszyscy patrzą zdziwieni, bo idę w górę, nie w dół. Czuję się wytrącona z równowagi. Znam GR20. Wiem, że biegnie po najwyższych górach Korsyki, pamiętam, jakie są piękne, rozumiem, że wybierając te niższe, pozbawiłam się rozległych widoków, słynnych (choć przereklamowanych) trudności, ale wolność ma swoją cenę, na którą się godzę. Cieszą mnie moje omszałe leśne ścieżki, kwietne łączki, czyściutkie rzeczki i zapach ziół. Cieszy samotność, cieszy spokój, a jedyne, o czym teraz marzę, to uciec. Uciec od tłoku.
Artykuł został opublikowany w 293 (4/2023) numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



