600 metrów przewyższenia na podejściu, 1900 wspinania i jeszcze 270 do szczytu. Przewidywany czas w ścianie to 10 do 15 godzin. Trudności maksymalnie: VI+ w skali UIAA. A na koniec zejście – 2000 metrów deniwelacji, w tym via ferrata. I to wszystko w jeden dzień, bez biwaku, na lekko i szybko. Brzmi jak wyzwanie dla amatorów wielogodzinnych górskich akcji i niezła przygoda. Postanowiliśmy to sprawdzić.
Tekst / MARTYNA KRZYWICKA
Zdjęcia / MARTYNA KRZYWICKA I MARCIN CYBULSKI
Zdjęcie otwarcia / Sporo już pod nogami, a jeszcze daleko do wierzchołka – Marcin Cybulski w 2/3 drogi
COŚ DŁUGIEGO W JEDEN DZIEŃ
Na działanie w Dolomitach mieliśmy tydzień. Plan był taki, żeby rozwspinać się na trzech średniej długości drogach i wybrać na coś długiego. Początkowo celem był Vinatzer – Messner na Marmoladzie, z biwakiem na półce, jednak niepewne prognozy i problematyczne zejście lodowcem przekonały nas do zmiany planu.
Zamiast Marmolady Marcin Cybulski zaproponował alternatywę, która spodobała mi się nawet bardziej: a może by tak zrobić najdłuższą drogę w Dolomitach? Prawie 2000 metrów wspinania – to by było coś, na dodatek bez biwaku, w jeden dzień! Chwilę później siedzieliśmy już, czytając o drodze i przeglądając schematy. 46 wyciągów… Dużo… Ale za to tylko jeden szóstkowy. Decyzja zapadła szybko: jeśli pogoda pozwoli, idziemy!
Od początku głównym założeniem było skończenie drogi jak najszybciej, dlatego zdecydowaliśmy się iść prawie całość na lotnej asekuracji, wspinając się symultanicznie. Najwięcej obaw budziły orientacja i ryzyko pogubienia się w tej ogromnej ścianie oraz kruszyzna. Brak tam też opcji wycofu, przynajmniej tak założyliśmy.
Dzień przed wspinaniem spędziliśmy na przygotowaniach i odpoczynku. Na dwa samochody ruszyliśmy pod Monte Agnèr. Jedno auto zaparkowaliśmy we Frassenè, drugim pojechaliśmy do Valle di San Lucano, gdzie zaczyna się podejście pod ścianę. Taka opcja jest bardzo wygodna, bo zejść z góry można tylko ferratą, która kończy się po przeciwnej stronie niż początek Spigolo Nord, a dostanie się z jednej strony na drugą to 30 minut jazdy.

SPRZĘT I PROWIANT
Ponieważ postanowiliśmy iść na lotnej, zdecydowaliśmy się na jedną 60-metrową linę połówkową. Ze sprzętu wzięliśmy set friendów, kilka kości offsetowych i zwykłych w odchudzonym zestawie oraz 14 ekspresów, w tym 10 górskich. Do tego taśmy, rep, buty wspinaczkowe oraz kaski. W plecakach mieliśmy jeszcze po puchówce, kurtce przeciwdeszczowej i lekkiej wiatrówce biegowej. A także flet, który Marcin zabrał do plecaka, żeby w trudnej chwili zagrać motywacyjną melodyjkę.
Ze względu na planowany kilkunastogodzinny wysiłek postawiliśmy na białkowo-tłuszczowe paliwo w postaci własnego autorstwa pasty z pestek dyni, słonecznika i kalafiora, do tego jajka na twardo oraz pomidor. Jako przekąski wzięliśmy opakowanie mieszanki orzechów z żurawiną, gorzką czekoladę i awaryjnie cztery batoniki. Każde z nas spakowało do swojego plecaka po 3,5 litra wody. Połowa z tego była izotonikiem (sól i limetka).

EKSPONOWANA DŻUNGLA
Zjedliśmy kolację z widokiem na drogę, obserwując przez lornetkę zespół szykujący się do biwaku w jednej trzeciej długości linii. Zastanawialiśmy się, czy uda nam się ich dogonić. Nastawiliśmy budziki na 3:00 i poszliśmy spać.
Podchodziliśmy z czołówkami w ciemnościach, a droga od auta pod ścianę zajęła nam 1,5 godziny. Ścieżka była wyraźna, dobrze wydeptana i nawet w nocy trudno byłoby się zgubić. Najpierw szliśmy lasem, potem chwilę piargiem, a na końcu wspomagaliśmy się poręczówkami. Najbardziej przerażający na tej trasie był dla mnie ogromny pająk krzyżak, który rozciągnął sieć na środku ścieżki. Marcin musiał mi poświecić z przodu, żebym mogła ominąć pajęczynę.
Kiedy ubieraliśmy uprzęże, dogoniło nas dwóch wspinaczy – włoski przewodnik z klientem. Wystartowaliśmy szybciej. Marcin poprowadził wyjątkowo nieprzyjemne, bo wilgotne i zarośnięte wyciągi. Asekuracja była słaba, przydałyby się igły do traw. Za to stanowiska okazały się dobre i chociaż ich nie używaliśmy (idąc na lotnej), pomagały nam się zorientować, że jesteśmy na właściwej drodze. Gdy pierwszemu zabrakło sprzętu, zmienialiśmy się na prowadzeniu.
Bardziej wymagającym momentem okazała się pionowa ścianka – po dobrych chwytach, ale za to ze słabą asekuracją. Pokonałam ją, jednak nie wiedziałam, gdzie iść dalej. Wyprzedził mnie wtedy włoski przewodnik, który znalazł przejście przez kosówkę. O ile trudności wspinaczkowe były niewielkie, o tyle przedzieranie się przez krzaki stawało się momentami dość uciążliwe. Czasem jedyną opcją było przeczołganie się pod gałęziami.

W KOŃCU WSPINANIE
Bardzo się ucieszyliśmy, kiedy w końcu dotarliśmy do charakterystycznego modrzewia. Powyżej zaczynało się już prawdziwe skalne wspinanie, bez krzaków. Tam pozwoliliśmy sobie na chwilę odpoczynku na pięknej alpejskiej łączce z widokiem na okolicę. Byliśmy już wysoko, ale przed sobą mieliśmy nadal ponad połowę drogi, w tym imponujący headwall, który poprzedniego dnia podziwialiśmy z dna doliny.
Wiedzieliśmy, że teraz musimy wejść w kominy. Ten wielki nad głowami zapraszał do środka i na pewno byśmy tam poszli, gdyby nie przewodnik, który uświadomił nam, że nie tędy droga. Nasza linia trawersowała w prawo, do innych, niewidocznych stąd kominów. Wielkim podobno prowadzą trudniejsze Warianty Triestini.
Tekst w całości przeczytasz w 301 (4/2025) numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



