WIESŁAW STANISŁAWSKI – JAK POWSTAŁA LEGENDA

To historia sprzed ponad 90 lat, która opisuje taternika wielkiej klasy. Na przełomie lat 20. i 30. XX wieku Wiesław Stanisławski stał się legendą wspinaczki skalnej, choć jego tatrzańska kariera trwała zaledwie osiem lat. Jak do tego doszło? O tym opowiada poniższy esej.

Tekst / WOJTEK SZATKOWSKI
Zdjęcia / arch. MUZEUM TATRZAŃSKIEGO
Zdjęcie otwarcia / Wiesław Stanisławski (drugi od lewej w pierwszym rzędzie) wśród taterników, lata 20.; fot. arch.
Muzeum Tatrzańskiego


Nie to, że zdobyliśmy nowy rekord sportowy. Nie dla rekordu chodzimy. Tyle wysiłków i cierpień poświęciliśmy dla tej jednej chwili, kiedy upojeni zwycięstwem stanęliśmy na szczycie, który tak jeszcze niedawno był tylko naszem marzeniem” – ze wspomnień Wiesława Stanisławskiego, „Taternik” z 1933 roku

U Stanisławskiego, który urodził się 15 listopada 1909 roku w Lublinie, proces stawania się rasowym taternikiem można podzielić na dwa okresy. Początkowy trwał od 1925 do 1927 roku i wiązał się ze ewolucją: od momentu pierwszego kontaktu z Tatrami, przez związanie się liną z partnerem, po rozpoczęcie etapu wyszukiwania własnych dróg. Z kolei zwieńczeniem jego górskiej ścieżki są lata 1928–1933, czyli pięć sezonów, w których stał się jednym z najlepszych wspinaczy tamtego pokolenia i w imponującym stylu pokonywał najpoważniejsze urwiska Tatr. To zaledwie osiem lat tatrzańskiej działalności.

Wiesław Stanisławski na wierzchołku
Jaworowego Rogu, 30 czerwca 1932 r.;
fot. H. W. Mogilnicki

JAK SIĘ ZACZĘŁO?

Na to pytanie precyzyjnej odpowiedzi udziela sam Stanisławski. Wszystko wskazuje na to, że jego pierwsze spotkanie z górami przypadło na koniec lipca 1925 roku. Po latach napisał: „Posiadam moje notatki górskie od dnia 27 lipca 1925 roku, czyli od dnia, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem góry i od tego dnia każdą wycieczkę ja projektowałem, ja organizowałem, ja kierowałem wyruszeniem i przeprowadzeniem… W taternictwie mojem największą wagę przywiązuję do orientacji, i z niczego innego, jak właśnie z orientacji jestem najbardziej zadowolony. Ona mi pozwala na to, że wchodząc w nieznane urwisko, zawsze znalazłem drogę od razu na wierzchołek” (Z listów Wiesława Stanisławskiego „Taternik”, listopad 1933, zeszyt 5-6). Pojawia się tu ważne wyjaśnienie dotyczące tego, jakie aspekty wspinaczki Wiesław szczególnie cenił – orientację i uważność. Dodać tu należy technikę wspinania, którą ciągle rozwijał, znajomość literatury oraz dobór właściwych partnerów.

Lata 1925–1926 były czasem, kiedy wszystkie ważniejsze etapy tatrzańskiego wtajemniczenia miały dla Stanisławskiego magię pierwszego razu. Każdy wspinacz przechodzi przez okres odkrywania gór i samego siebie – swoich możliwości, ale też ograniczeń, fizycznych i psychicznych. Wiesław postanowił jednak nad tym pracować, co przyniosło znakomite efekty. Szlifował również formę swoich tekstów o Tatrach. Przywiązywał do nich wielką wagę, a jego opisy dróg wspinaczkowych są wyjątkowo szczegółowe. Można uznać, że także w tej dziedzinie osiągnął mistrzostwo. Choć niektórzy twierdzą, że właściwe odczytanie wskazówek Stanisławskiego to trudna sztuka.

Aktywność taternicką Wiesław rozpoczął od poznania dróg w okolicy Hali Gąsienicowej. Jego debiut stanowiła dość łatwa wspinaczka północno-wschodnim żlebem Świnicy, która miała miejsce 21 sierpnia 1926 roku. Pierwszy dotyk granitowej skały i od razu myśli owładnięte górami… Nic dziwnego, Stanisławski miał wówczas zaledwie 17 lat – wiek, w którym emocje odciskają trwały ślad na dalszych wyborach.

Stanisławski w masywie Małej Kapałkowej Turni. Zdjęcie wykonane prawdopodobnie 26 lipca 1933 r., podczas pierwszego przejścia północnej ściany Małej Kapałkowej Turni; fot. H. W. Mogilnicki / arch. Muzeum Tatrzańskiego

Kolejne sezony oznaczały dla Wiesława pogłębianie umiejętności i wspinaczki po coraz trudniejszych drogach. Był to także czas popełniania błędów – miał przecież do nich prawo. Raz utknął w trudnym miejscu, z którego nie potrafił kontynuować wejścia. Stało się to na drodze prowadzącej południową ścianą Zamarłej Turni. Wspinał się ze swoim przyjacielem, Zbigniewem Korosadowiczem, i podobno doszło między nimi do dość ostrej wymiany zdań. Uratowali ich wówczas ofiarni ratownicy TOPR. To niepowodzenie nie zatrzymało impetu, z jakim Wiesław napierał na góry. W tym samym sezonie pokonał ścianę Zamarłej jeszcze dwukrotnie, jakby chciał udowodnić sobie, że jest już gotowy do zmagania się z drogami o najwyższym stopniu trudności. Pokazał też, że pierwsze niepowodzenia były wkalkulowane w taternicką edukację.

W tych latach mistrzem Stanisławskiego był Mieczysław Szczuka, ceniony artysta i wspinacz. Znany z kilku ekstremalnych przejść tatrzańskich, zginął 13 lipca 1927 roku na południowej ścianie Zamarłej Turni. Wiesław ciężko przeżył śmierć mentora i górskiego przyjaciela. Zaszył się na jakiś czas w schronisku w Roztoce. Niebawem miało się okazać, że Stanisławski przewyższył swojego cicerone doniosłością górskich dokonań.

Pierwszym większym sukcesem Wiesława w Tatrach było pokonanie 13 sierpnia 1928 roku, wraz z Justynem Wojsznisem, zachodniej ściany Kościelca. Nowa droga prowadziła linią kilku wcześniejszych, bezskutecznych prób zakopiańskich wspinaczy. Rok później, podczas próby jej powtórzenia, zginął Mieczysław Świerz. Trudno nie dostrzec w tym swego rodzaju znaku – nadchodził moment, w którym stare pokolenie taterników ustępowało miejsca nowemu.


Tekst w całości przeczytasz w 303 (2/2026) numerze Magazynu GÓRY.

GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026