Zawsze zaliczałem się do ludzi, których umownie nazywa się „Tatrami urzeczeni”. […] Wiąże się z tym w jakiś sposób sprawa Filara Kazalnicy. Droga ta nie była dla mnie wyzwaniem w tym sensie, że coś jest trudne i trzeba to przejść. Dla mnie był to problem, który tkwił głęboko w świadomości… Był gdzieś wokół mnie, krążył wokół niego ten mityczny czarny motyl – bo […] wielu z tych, którzy walczyli o Filar, nie ma już wśród nas. To jakieś tam podzwonne kapliczki straceńców… I oceniam, że Filar funkcjonuje dziś w opinii na tej metaforycznej płaszczyźnie, związanej z naszymi uczuciami, miłością do gór, pewną symboliką tatrzańską, z tym, że to jest rzeczywiście jakaś nieprawdopodobnie trudna droga, która była i jest przełomem. Funkcjonuje to w pewnej trudno uchwytnej warstwie symbolicznej.

Piotr Korczak, Bez imperatywu, „Optymista” 1995

Piotr Dawid Dawidowicz na zachodniej ścianie Kościelca, 5 sierpnia 1993 r.
fot. Krzysztof Zieliński

Uklasycznienie wielkich dróg to często proces. Tak jak przy każdym szlifowaniu stylu przejść wspinaczkowych: pierwsi zdobywcy zazwyczaj chcą osiągnąć cel za wszelką cenę i wszystkimi dostępnymi metodami uznawanymi za „legalne”. Wielkim osiągnięciem jest tu zazwyczaj już samo przekonanie, że da się sforsować problem niepokonany wcześniej przez nikogo. Tak było z pierwszym przejściem Filara Kazalnicy. Najpierw pokonano go na raty z poręczowaniem, jeszcze w tym samym sezonie – w ciągu. Rok później droga doczekała się przejścia zimowego i kobiecego, a po kolejnych dwóch latach – jednodniowego.

Prawdziwy proces uklasyczniania Filara zaczął się dwie dekady później, w 1982 roku, kiedy Andrzej Marcisz, mający już wtedy na koncie odhaczenia Heinricha – Chrobaka na Zerwie i Drogi Daga na Kotle Kazalnicy w zespole z Władkiem Vermessym, wpadł na pomysł wytyczenia klasycznej kombinacji łączącej dolną część Filara z górną częścią Drogi Pająków.

Problem zaatakował wraz z innym czołowym przedstawicielem Nowej Fali – Piotrem Gromkiem. „Pomysł na taką drogę wypatrzyłem podczas przejścia Filara. Kiedy czekałem bezradnie pod okapem, aby wyprzedzić zespół wspinający się tradycyjnymi metodami na ciężko, spostrzegłem, że przecież pod okapem można by przejść bez problemu na Pająki. Niewyobrażalne wydawało mi się wtedy nawet próbowanie klasycznego przejścia Wielkiego Okapu. Ale można by przynajmniej spróbować swych sił na Małym Okapie” – wspominał Marcisz.

Andrzej Marcisz na Wielkim Okapie w 2002 roku
fot. Jakub Radziejowski

Zespół wszedł w ścianę 6 sierpnia 1982 roku. Piękny wyciąg VI+, doprowadzający do Małego Okapu, przeszedł Gromek – i był to prawdopodobnie pierwszy odhaczony odcinek drogi. Do Małego Okapu przystawił się Marcisz. Ku swojemu zdziwieniu przeszedł go od strzału: „Sądziliśmy, że wyciąg będzie znacznie trudniejszy, a tymczasem przypasował mi od pierwszej przymiarki. Chciałem bardzo zrobić coś trudniejszego niż Heinrich – Chrobak, a ten odcinek nie wydawał mi się trudniejszy niż VI.2. Byłem rozczarowany”.

Potem wspinacze, jako pierwsi w historii, przetrawersowali pod Wielkim Okapem i odkryli, że to odcinek o trudnościach… zaledwie piątkowych. „Zaczęliśmy się wtedy śmiać. Przez ileś lat trwała batalia o ten okap, tymczasem my tu myk i bez wysiłku mamy go z głowy” – komentował Marcisz. Wspinaczkę kontynuowali Pająkami, odhaczając do końca wyciąg doprowadzający do Półki z Simondami oraz kolejny nad tą formacją. Tak powstało Epitafium – jedna z najciekawszych klasycznych linii na Zerwie – które wprawdzie nie okazało się przełomem pod względem pokonywanych trudności, ale oferowało niespotykany dotychczas na tej ścianie ciąg trudności.

Następny rozdział w historii klasycznego zdobywania Filara zapisali trzy lata później ci sami wspinacze. Co ciekawe, „Taternik” odnotował wtedy w podsumowaniu sezonu „odhaczenie” Filara Kazalnicy. Mowa o wspinaczce Marcisza i Gromka, podczas której wspięli się oni klasycznie całą oryginalną linią Filara Kazalnicy, omijając jedynie kluczowy wyciąg. Na całej drodze dołożyli więc wyłącznie wariant trawersujący po krawędzi Wielkiego Okapu. Można zatem śmiało mówić tu o uklasycznieniu (słowo „odhaczenie” jakoś nie pasuje, skoro nie pokonano bez użycia sztucznych ułatwień najtrudniejszego wyciągu) drogi z wariantem obejściowym.

Tak widział to Andrzej Marcisz: „Utarło się, że Filar to Wielki Okap, ponieważ był on kluczem do rozwiązania problemu. Cieszę się, że przeszedłem Okap terenem V+, i uważam, że jest to fantastyczne rozwiązanie dla jego klasycznego pokonania. Jestem pod wieloma względami spadkobiercą poglądów Ryśka Malczyka. Mówił on, że najlepiej, jeśli droga posiada równe trudności na całej swej długości, bo wtedy ludzie ją chętnie robią. Filar moim wariantem jest tego najlepszym odzwierciedleniem. […] Gdy zaczynałem się wspinać, mówiło się, że odhaczyłeś jakąś drogę, jeśli przeszedłeś ją klasycznie. Jednak po dokładnym rozpoznaniu okazywało się, że ta linia rzadko pokrywała się dokładnie z hakówką. Uważam, że przejście klasyczne polega na tym, iż jest jakaś połać ściany, którą idzie droga, a ty idąc w linii tej drogi, przechodzisz ją klasycznie. Właśnie dlatego twierdzę, że zrobiłem Filar klasycznie”.

Tekst / Piotr Drożdż


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 3/2022 (286)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/