Przełom października i listopada to co roku okres jesiennych wyjazdów grupy Do Góry Nogami w cieplejsze rejony Europy, by naładować akumulatory przed zbliżającą się zimą. Nie inaczej było i tym razem. Nasz wybór padł na Sycylię, w czym na pewno pomógł fakt, że udało się nam znaleźć tanie loty. I to bezpośrednio z Wrocławia do Palermo. Poza wędrówkami zamierzaliśmy na miejscu kilka dni poświęcić na wspinanie, a jak wiadomo, jego mekką na Sycylii jest rejon San Vito Lo Capo. Tam też znaleźliśmy domek, który pomieścił naszą liczną grupę.

PROLOG – SAN VITO

Zgodnie z planem wylądowaliśmy w Palermo w czwartek przed południem. Nie bez lekkich perturbacji wypożyczyliśmy trzy auta i udaliśmy się w drogę do San Vito Lo Capo. Podróż zajęła około półtorej godziny, ale zanim odebraliśmy klucze do domku i mogliśmy się w nim zakwaterować, minęło kilka następnych… Sjesta. Ostatecznie po 16.00 byliśmy gotowi na pierwszy rekonesans. Na początek plaży.  Warto było! Woda w morzu okazała się bardzo przyjemna. Chyba cieplejsza niż w najgorętszej porze roku w Bałtyku, a przecież następnego dnia zaczynał się listopad. Popołudnie spędziliśmy więc na sprawdzaniu, jak bardzo jest mokra, regenerowaniu się po podróży i ogarnianiu topografii zupełnie wymarłego już miasteczka.

REZERWAT ZINGARO

Według prognoz piątek miał nas przywitać padającym przez cały czas deszczem, kontynuacją nocnego oberwania chmury. Dlatego też nie zdecydowaliśmy się na wspin, ale poszukaliśmy miejsca na jakąś odpowiednią na początek wycieczkę. Ostatecznie trafiliśmy do Parku Krajobrazowego Zingaro, znajdującego się nad zatoką Castellammare i oddalonego od San Vito Lo Capo zaledwie o pół godziny jazdy samochodem na południowy wschód.

Wejście do rezerwatu kosztuje 5 euro, ale warto zapłacić, bo w zamian wkraczamy w krainę pełną fantastycznych miejsc. Pierwszym punktem na naszej trasie była niewielka kamienna plaża, Cala Tonnarella dell’Uzzo, położona dosłownie kilkaset metrów od miejsca, w którym zostawiliśmy auto. Znajduje się w niewielkiej zatoczce, gdzie woda jest chyba jeszcze cieplejsza niż przy San Vito.

Po wyjściu z wody i osuszeniu się powędrowaliśmy dalej ścieżką, która zaprowadziła nas na wybrzeże Cala dell’Uzzo i do ogromnej groty o tej samej nazwie. Ze względu na ochronę przyrody w tym miejscu grota nie jest obita – w przeciwnym razie byłoby tam od groma wspinania. Nie pozostało nam więc nic innego, jak kontemplacja tego miejsca i powrót do zwiedzania rezerwatu. W drodze powrotnej trafiliśmy jeszcze do czegoś na kształt skansenu – muzeum aktywności morskich (Museo delle Attività  Marinare).

Po południu wyszliśmy na kolację do restauracji Delfin, która na googlu ma ocenę 2,2. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego wyboru, bo większość pozostałych lokali była zamknięta z powodu sjesty. Ponadto zaczął padać deszcz, a Delfin dysponował parasolami. Tu każdy zamówił inne danie, a w efekcie wszyscy dostaliśmy chyba to samo… Jeśli będziecie w San Vito, omijajcie tę restaurację jak najszerszym łukiem.

ROZWSPIN W CALA MANCINA

Sobota obudziła nas pięknym słońcem i wysoką temperaturą. Nie spieszyliśmy się jednak z pobudką ani ze śniadaniem. W weekend chcieliśmy się w końcu powspinać, a na początek wybraliśmy coś blisko domu. Ostatecznie trafiliśmy do rejonu Cala Mancina, położonego półtora kilometra od naszej chatki.

Na miejscu wstawiliśmy się w drogę Fearless Boogie, wycenioną na 6a lub 6a+, w zależności od wariantu, którą można podzielić na dwa wyciągi lub przejść jednym, jeśli ma się wystarczająco długą linę. W tym wypadku pokonać musimy bowiem 30 metrów, ale po mniej więcej 18 znajduje się stanowisko, z którego można zjechać. Jeśli pójdziemy dalej, to tak naprawdę dopiero tam czekają nas właściwe trudności drogi. Ponieważ był to dla mnie pierwszy wspin od dłuższego czasu, a buty nie były jeszcze wystarczająco rozbite, palce u stóp paliły żywym ogniem i zakończyłem drogę na pośrednim stanowisku. Następnie wstawiliśmy się w położoną nieopodal No Postcard Home, wycenioną zaledwie na 5b, ale prowadzącą po znienawidzonych przeze mnie połogach. Droga może nie była trudna, ale wymagała czujności i mocnej psychy, bo miejscami rajbungi były tak wyślizgane, że świeciły się w południowym słońcu niczym porcelana. Ponieważ palce u stóp nadal wyły o litość, gdy tylko zakładałem buty wspinaczkowe, uznałem, że ten zestaw na początek musi wystarczyć.

Wraz z niewspinającą się częścią ekipy udaliśmy się na obiad do przypadkiem znalezionej knajpki Cantenucci. Miejsce okazało się bardzo fajne i oceniliśmy je jako najlepszą z odwiedzonych w San Vito restauracji.

Ekipa podczas wspinu w rejonie Cala Mancina – fot. Marek Skowroński

POWTÓRKA W CALA MANCINA

Sfrustrowany nieudanym rozwspinem dnia poprzedniego, w niedzielę zdecydowałem się spróbować szczęścia raz jeszcze. Znów wybraliśmy się w rejon Cala Mancina, choć tym razem odrobinę dalej. Na rozgrzewkę wybraliśmy drogę o wdzięcznej nazwie If Cows Had Wings, wycenioną na skromniutkie 4b. Następnie wstawiłem się w położoną nieco na lewo Walk The Dinosaur za 5a, którą wcześniej rozgrzewkowo przeszedł jeden z zespołów. Potem próbowaliśmy sąsiedniej drogi, April Skies 5c+, ale najpierw bardzo długo walczył na niej inny team, a potem najmocniejszy chyba z ekipy Piotrek zawyrokował, że wycena jest zdecydowanie zaniżona i zasługuje przynajmniej na 6a+ lub nawet 6b – co wyjaśniałoby problemy.

Następnie udaliśmy się do sąsiedniego sektoru w rejonie Cala Mancina, czyli Zoo. Tutaj przeszliśmy dwie drogi: Beautiful Hamster wycenioną na 5a i Lions, Tigers and Bears za 5b. Nieprzyzwyczajeni do wyślizganych stopni na pewno dodaliby do wyceny tej drugiej linii mały plusik. W poszukiwaniu ciekawych dróg skierowaliśmy się bardziej w prawo, gdzie znaleźliśmy nieco trudniejsze już propozycje. Dwie z nich, Natalie i Alicia, miały wycenę 6a+ i właśnie na nich skoncentrowaliśmy swoją uwagę, dzięki czemu udało mi się wyrównać życiówkę. Pozostali również zanotowali bardzo udane przejścia, wstawiając się jeszcze w Sergia (6b), a niektórzy nawet zakończyli dzień z 6c+. Dla mnie jednak urobienie Alicii stanowiło wystarczający powód, by zakończyć wspinanie i zająć się celebrowaniem sukcesu. Wieczorem wybraliśmy się do El Sombrero na pizzę, która okazała się niezła, ale nie wybitna. Jak dotąd jeszcze nie udało nam się zjeść na Sycylii naprawdę dobrej pizzy.

MONTE MONACO – KROWIA GÓRA

Po dwóch dniach wspinania postanowiłem zrobić sobie przerwę i zmienić rodzaj aktywności. Tym razem wraz z grupą pięciu osób wybraliśmy się na wędrówkę na położony tuż nad morzem szczyt Monte Monaco (547 m), którego pionowe ściany (zresztą obite) najlepiej prezentują się z plaży w San Vito. Aby jednak trasa nie była zbyt prosta, chcieliśmy wejść na Monte Monaco grzbietem prowadzącym z oddalonego o kilka kilometrów szczytu, którego nazwy nie udało nam się znaleźć, a wysokość, według poziomic na mapach, określiliśmy na około 800–810 metrów.

Podjechaliśmy autami do miejsca, z którego prawdopodobnie startowała trasa, a przynajmniej tak twierdziła nasza interaktywna czeska mapa, której używaliśmy do nawigacji. Ścieżkę znaleźliśmy na zakręcie drogi, a nieopodal w zatoczce udało się pozostawić auta. Pięła się zakosami, pokonując ponad 500 metrów przewyższenia i doprowadzając nas w końcu na przełęcz położoną na wysokości mniej więcej 630 metrów. Droga po drugiej stronie przełęczy opada w dolinę, jednak teren dalej odgrodzony był siatką, a przejście blokowała brama. Dla nas nie był to problem, nie chcieliśmy bowiem schodzić do doliny, lecz granią (a w zasadzie grzbietem) powędrować na pobliski wierzchołek.

Zdecydowaliśmy się zostawić plecaki na przełęczy, aby na szczyt wejść na lekko. Na grani dość mocno wiało, a z przedpołudniowego słońca w zasadzie nic już nie zostało. Dosłownie 10–15 minut później dotarliśmy na szczyt, na którym wysokościomierz wskazał 798 metrów. Dalej można było iść trudniejszym terenem po kamieniach i skałach, ale nie to było naszym celem. Planowaliśmy zejść znów na przełęcz i ruszyć grzbietem w przeciwnym kierunku, na Monte Monaco. Wędrówka ta odebrała mi jednak chęci do kontynuowania spaceru w niemiłosiernie silnym wietrze. Podobne nastawienie miało jeszcze kilka osób z ekipy, więc na przełęczy postanowiliśmy się rozdzielić.

Krzyż na szczycie Monte Monaco – fot. Marek Skowroński

Po powrocie do aut zdecydowałem się wejść na Monte Monaco szlakiem turystycznym, na który odbicie widzieliśmy po drodze. Tam opuściłem ekipę i samotnie zacząłem podchodzić pod górę. Wędrowałem wyraźną ścieżką (a w zasadzie drogą), szybko nabierając wysokości. Już niespełna pół godziny później osiągnąłem wypłaszczenie, gdzie znów dał o sobie znać dokuczliwy wiatr. Kontynuowałem wędrówkę i dotarłem w końcu do miejsca, w którym droga mojego podejścia łączyła się ze szlakiem prowadzącym na Monte Monaco od strony San Vito. W kopule podszczytowej natknąłem się na stadko krów, które prowadziły cztery wystraszone cielaki. Czujnie, unikając rogów (i placków) ruszyłem w górę, cały czas zmagając się z silnym wiatrem. Po jakichś 15 minutach dotarłem na szczyt, a rzut oka na zegarek potwierdził, że całe wejście zajęło mi 50 minut. Na szczycie nie spędziłem zbyt wiele czasu, ponieważ wiało tu chyba ze zdwojoną siłą. Zrobiłem tylko szybką sesję zdjęciową z okolicznymi górami i grzbietem, na którym gdzieś tam znajdować się miały dwie osoby z ekipy. Ze szczytu dostrzegłem też charakterystyczny masyw Monte Cofano, położony po drugiej stronie zatoki, który uznałem za ciekawy cel trekkingowy na kolejny dzień.

Rozpocząłem zejście, ale tym razem nie zamierzałem wracać tą samą drogą, lecz wybrać szlak, który sprowadzi mnie wprost do San Vito. Kwadrans zajęło mi dotarcie do rozwidlenia i tym razem odbiłem w prawo, wybierając ścieżkę, którą jeszcze nie szedłem. Ta nie była już tak oczywista, jak droga podejścia. Momentami trochę kluczyłem wśród krowiego łajna, rozrzuconego tu i ówdzie. Po zejściu czekał mnie jeszcze prawie półgodzinny spacer do naszej kwatery. Wymęczony marszem po asfalcie dotarłem do reszty ekipy i wspólnie poszliśmy na plażę, póki słońce było w miarę wysoko. Spotkaliśmy też wspomnianą dwójkę, która atakowała Monte Monaco granią. Musieli zejść z niej przed ostatnią turnią, ponieważ trudności były zbyt duże, aby żywcować. Tymczasem kąpiel w morzu po paru godzinach trekkingu okazała się fantastyczną formą regeneracji.

MONTE COFANO

Ponieważ nie dość mi było trekkingu, zdecydowałem się następny dzień również po-święcić na wędrowanie. Tym razem moim celem był drugi z wybitnych szczytów położonych w okolicy, Monte Cofano (628 m). Dzień wcześniej odwiedziła go większa część naszej ekipy. Być może z tego powodu nie znalazłem kompanów do wycieczki, pojechałem więc z grupą, która w drodze do Trapani podwiozła mnie do miejscowości Cornino, skąd mogłem wyruszyć w górę. Początkowo szlak prowadził zakosami na szerokie siodło oddzielające masyw Monte Cofano od pobliskiego kamieniołomu. Z przełęczy tej, na której sakramencko dmuchało, szedłem nadal szlakiem wiodącym dookoła Monte Cofano, by w pewnym miejscu odbić w lewo w widoczną, ale nieznakowaną ścieżkę, która według przyrządów nawigacyjnych powinna była zaprowadzić mnie na szczyt. Ścieżka wiła się zakosami w kierunku ściany, która robiła duże wrażenie, a na końcowym fragmencie skręcała w prawo i wyprowadzała w stronę skalisto-kamienistego zbocza, gdzie pojawiło się czerwone oznakowanie. Kierując się nim, jak też ciemnym kolorem na wapiennej skale, sugerującym wytarte butami poprzedników pozostałości znaków, trawersowałem strome zbocze, by trafić w końcu pod niewysoką, trzy-, czterometrową ściankę, gdzie zawieszona była poręczówka. Wykorzystując ją, wyszedłem na szeroki taras, skąd wyraźnie widać było wierzchołek. Po pokonaniu skalnego załomu góra nie prezentowała się już tak okazale. Czekało mnie teraz podejście około 150 metrów po jednej z wielu wydeptanych tutaj ścieżek. Jednak w porównaniu do Monte Monaco nie było krowich placków, co w zasadzie, ze względu na trudności terenu, nie powinno dziwić.

Na szczycie Monte Cofano – fot. Marek Skowroński

Mozolnie pokonywałem ostatnie metry. Na szczęście wiatr w tym miejscu uspokoił się, więc znów mogłem zdjąć softshell. Po około 15 minutach dotarłem do szczytu, na którym jednak nie spędziłem zbyt wiele czasu. Zrobiłem zdjęcia i rozpocząłem zejście. Początkowo nie nastręczało ono problemów. Szedłem widoczną, wydeptaną ścieżką, którą czasami gubiłem, wybierając mniej oczywiste warianty. W końcu dotarłem do skalnego załomu i tu czekała mnie chwila konsternacji. Nie mogłem odnaleźć miejsca, w którym zawieszona była poręczówka, a bez niej zejście byłoby niebezpieczne. Błądziłem po skalnym tarasie przez kilka minut, aż w końcu trafiłem na odnogę ścieżki prowadzącej do poręczówki. Niżej po wytartych wapiennych blokach dotarłem do szlaku. Zamiast jednak wrócić do miejsca startu, zdecydowałem się podążać dalej tym szlakiem i obejść cały masyw dookoła. Po chwili spotkałem dwójkę turystów – to jedyne osoby, na które tego dnia natknąłem się w tym rejonie.

Wyraźną ścieżką okrążałem górę, aż w pewnym momencie trasa zaczęła gwałtownie opadać. Dotarłem prawie na poziom morza, gdzie odnalazłem drogowskaz do jaskini. Wybrałem ten kierunek i znów czekało mnie podejście, choć już nie tak intensywne, bo raptem 150-metrowe. Na wypłaszczeniu nie mogłem znaleźć wspomnianej jaskini. Okazało się, że niedaleko był wydrążony w głąb ziemi korytarz. Odkryłem ze zdumieniem, że po drugiej stronie naprawdę znajdowała się efektowna grota. Jednak podobnie jak w rezerwacie Zingaro, tak i tutaj skała nie była obita, choć można by pewnie wytyczyć z kilkadziesiąt dróg wspinaczkowych, głównie w przewieszeniu, o bardzo zróżnicowanym poziomie trudności i mocno bulderowym charakterze. Odpocząłem i ruszyłem dalej w dół, w kierunku widocznej ścieżki, czyli znanego mi już szlaku. Po drodze odkryłem jeszcze wykutą w skale kapliczkę św. Mikołaja, a nieco dalej pozostałości po baszcie obronnej. W końcu doszedłem do miejsca, gdzie drogę przegradzała zamknięta brama. Nauczony doświadczeniem sforsowałem ją po ustawionych z boku kamieniach. Kontynuując spacer, dotarłem do plaży, skąd jakiś czas później zgarnęła mnie ekipa wracająca z Trapani.

Szeroka droga wyprowadzająca na siodło, z którego miała startować grzbietowa ścieżka prowadząca na Monte Monaco – widoczny w oddali, z charakterystycznymi urwistymi ścianami – fot. Marek Skowroński

PALERMO – EPILOG

Ostatni dzień na wyspie powitał nas zdecydowanie gorszą pogodą. Po pięciu dniach słońca tym razem musieliśmy zmierzyć się z deszczem. Na taki stan rzeczy mieliśmy dwa pomysły: albo wspinać się w grotach i jaskiniach, albo pojechać na city break. Wybrałem drugi wariant, organizując ekipę chętną na zwiedzanie Palermo. Jest ono największym miastem w rejonie, więc w zasadzie nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru.

Prowadzenie samochodu w centrum Palermo to przeżycie samo w sobie, a doświadczenie to warto wpisać sobie do CV. Na początku byłem przerażony, ale dość szybko poczułem sycylijski vibe i wtopiłem się w potok aut i skuterów sunących nieprzebraną masą ulicami. Niebywałe, jak pozornie chaotyczny ruch drogowy w tym mieście okazuje się, po bliższym poznaniu, doskonale zorganizowany.

Do miasta dotarliśmy przed południem. Szczęśliwie udało nam się zaparkować w samym centrum, skąd ruszyliśmy w kierunku pierwszej pobliskiej atrakcji, jaką jest katedra. Ta niewątpliwie wzbudza podziw, tak z zewnątrz, jak i wewnątrz. Trzeba przyznać, że budowniczowie mieli rozmach: dwa rzędy kolumn przecinają olbrzymie cielsko katedry na trzy nawy, z których boczne są podzielone na mniejsze kapliczki.

Później udaliśmy się do katakumb kapucynów, o których wcześniej przeczytaliśmy w internecie, że są warte odwiedzenia. Rzeczywiście, miejsce to zrobiło na nas piorunujące wrażenie – dobrze zakonserwowane, wypchane i ubrane w stroje z dawnych epok zwłoki działały na wyobraźnię. Ponieważ w środku nie można było robić zdjęć, wspomnienia musieliśmy zostawić tylko dla siebie, ale trzeba przyznać, że na koniec naszego wyjazdu wybraliśmy naprawdę mocne uderzenie.

Zdjęcie otwierające: Widok na linię brzegową rezerwatu Zingaro, na pierwszym planie urokliwa, choć nieco kamienista mikroplaża – fot. Marek Skowroński

***

MAREK SKOWROŃSKI
GÓRY numer 1/2022 (284)

Czytnik GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/