Chodnik jest jasny i gładki. Blask razi w oczy. Dalekobieżny autobus wydaje się nieproporcjonalnie wysoki. Nie wiem, gdzie schowałam okulary, i odruchowo zamykam oczy. Pod powiekami przesuwają się kilometry pyłu. Łany kalifornijskich maczków, domki często sklecone z byle czego, otoczone wspaniałymi ogródkami. Suche wzgórza z kępami półpustynnych drzew. Sto pięćdziesiąt kilometrów, które dzieli nas od Santiago, minęło zaskakująco szybko. Czuję się zdezorientowana. Różnica czasu, doba w podróży, kupowanie jedzenia w supermarkecie i pierwsza plama na bardzo jasnych spodniach.
Tekst i zdjęcia / KATARZYNA NIZINKIEWICZ
Zdjęcie otwarcia / Widok na wulkan Descabezado Chico
TU NIC NIE MA?
Przez miesiąc oglądałam mapy i Google Earth. Śledziłam zarzucony już rządowy szlak Sendero de Chile i nieoficjalny Greater Patagonian Trail. Wyszukiwałam trasy w rezerwatach przyrody, ścieżki pasterzy i przejścia przez lasy czy skały. Godzinami wypatrywałam brodów. Jest październik – nikt nie chodzi wiosną po Andach i za moment te góry mnie sprawdzą.
– Prosto i w lewo – mówi José.
Sięgam po omacku i oddycham z ulgą. Okulary są w klapie plecaka. Zakładam kapelusz. Na stacji benzynowej wskaźnik UV sięga 11.
– Chodźmy coś zjeść – proponuję. Nawet nie dlatego, że jestem głodna, ale muszę się tu jakoś odnaleźć, zwolnić. Bar jest w podwórku, naprzeciw dworca autobusowego.
– Zdążymy? – pyta José w jadalni wielkiej jak stara szkolna stołówka i jeszcze pustej.
Korpulentna dziewczyna w białym fartuszku kiwa głową. Ściany pokrywają girlandy chilijskich flag, stoliki – kraciaste ceratki. Światło sączy się przez malutkie okienko. Kurczak jest soczysty i pyszny jak nigdzie później, ryż sypki i polany sosem z pieczenia. Będziemy za tym bardzo tęsknić.
Nasze plecaki wypełniają pół bagażnika starego lokalnego autobusu. Siedzenia są pogięte, wyświecone, jakby kiedyś wsiąkła w nie słodka ciecz, a bród wprasowany przez setki pasażerów wypolerował się na satynowy połysk. Asfalt znika po kilkuset metrach. Za autobusem wlecze się gęsty jak lisia kita pył. Wyboje trzęsą.
– Popatrz, śnieg – wskazuję góry. José zerka, a chłopak, który siedzi przed nami, odwraca się i mówi, że bardzo go mało. Słaba była zima w całych Andach. Kiedy tylko usłyszy, że José mówi po hiszpańsku, rezygnuje z angielskiego i niczego już więcej nie rozumiem. „Mamy szczęście” – myślę.
Stajemy co chwilkę, więc 30 kilometrów ciągnie się niemiłosiernie. Na koniec zostaje tylko parę osób. Kręcę się niepewnie, zerkam na mapę, ale kierowca sprawia wrażenie, że wszystko wie.
– Laguna El Encanto? – pyta, ale nie czeka na moją odpowiedź.
Autobus skręca i staje przed rzeką. Kierowca krzyczy, że już. Oprócz nas wysiada chłopak zapatrzony w smartfona. Z góry podjeżdża mężczyzna na koniu, prowadzi luzaka. Dzieciak wskakuje lekko i zerka na nas, jakby się czegoś wstydził. Panowie, nie przekraczając mostu, zjeżdżają nad rzekę i pozwalają koniom brodzić i pić. Kiedy nas ponownie mijają, ojciec odwraca się i pyta:
Nie znamy odpowiedzi.

WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO LUDZI… ZAZWYCZAJ
Idziemy drogą, którą według mapy.cz iedzie Greater Patagonian Trail (GPT). Każdy samochód wznosi tumany kurzu. Pył osiada na nas, wdychamy go, aż chrzęści w zębach. Próbuję trzymać się GPT, ale ślad na mapie prowadzi do czereśniowego sadu ogrodzonego tak, że nie da się przejść. Zwały drewna, kolczasty drut. Wybieram jakiś inny wariant, już bez szlaku. To taka sama gruntowa, pylista droga. Na szczęście nikt nie jedzie. Podchodzimy lasem, krzakami, a droga zwęża się do konnej ścieżki. Powyżej wynurzają się góry. Południowe zbocza Andów są całe białe. Siadamy przy jeszcze pustych szałasach, filtrujemy na zapas wodę. Jest wcześnie, ale dopada mnie senność, chciałabym zostać w tym pięknym, płaskim miejscu, ze wspaniałym widokiem i strumieniem. Jednak zmuszam się, żeby ruszyć dalej. José wcale nie jest zmęczony. Podchodzimy jeszcze kilka kilometrów, mijamy zarośnięty wąwóz z wartkim potokiem. Na wiechach puya alpestris otwierają się właśnie pierwsze kwiatki. Ich turkusowy kolor wydaje mi się nieprawdziwy. Plastikowy. Na noc zostajemy na wypłaszczeniu z kępami kolczastych krzewinek. Ziemia jest miękka, pełna króliczych nor i krowich placków.
Do przełęczy zostało 500 metrów. Stok jest suchy, nic nie zapowiada zwałów śniegu, które zaległy po drugiej stronie. Nawisy wyglądają jak oklapła bita śmietana. José schodzi kawałek, zerka, czy dalej puści, ale stromizna jest zbyt duża i zasłania widok w dół. Na skale wypisano imiona ludzi, którzy tu zginęli. Nie widać stawu Laguna Fria. Nie bardzo rozumiem, którędy powinniśmy pójść dalej. Szlak to obniża się, to wspina, próbuję go ominąć granią, ale nadal jest zbyt dużo śniegu i zbyt stromo. W dolinie widzę zarys drogi. Zawijasy znikają w lesie. „Drogi prowadzą do ludzi” – myślę, więc zaczynam schodzić. Stok jest bardzo stromy, suchy, bez śniegu i urwistych skał. Kiedy się ostrożnie obsuwamy, nad nami lata kondor.
„Droga” to dziwny pas zrównanej ziemi. Jest miękka, ale musi mieć już przynajmniej kilka lat, bo niżej pozarastał ją las. Brniemy w chaszczach, które sięgają ponad nasze głowy. Są bardzo gęste. Powolutku zbliżamy się do rzeki. Mam nadzieję, że za nią trafimy na prawdziwą drogę. Nad potokiem wisi spróchniały most – ogromne kłody przysypane gliną rozsunęły się i opadły do wody. Trudno przejść. Oddycham z ulgą, czekając na José i… zamieram. Na ścieżce leży wąż. Długi na około 70 centymetrów, brązowo-cynamonowy, wygięty w łuk. Na widok José czmycha w krzaki.

Tekst w całości przeczytasz w 304 (3/2026) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link
