Ćwierć wieku temu z wypiekami na policzkach pochłaniałem każdą książkę, której tematem przewodnim były góry i wspinanie. Dziś nie pamiętam większości treści, a nawet tytułów, choć w tamtym czasie były dla mnie ważne niemal tak samo jak góry. W głowie pozostała obietnica Andrzeja Wilczkowskiego, którą złożył samemu sobie, że nigdy „nie zatrudni” kolegów z TOPR-u… 

To znaczy nie wpakuje się w taką historię, z której jedynym wyjściem jest wezwanie pomocy. Na swój użytek nazwałem to świadomym taternictwem, które wiąże się z właściwym szacowaniem ryzyka. Dziś nawet nie pamiętam, czy obietnica Wilka była w Miejscu przy stole, czy też w innej z jego licznych książek. Idea mi się spodobała i postanowiłem się jej trzymać. Udawało mi się to do czasu. Po blisko 30 latach wspinania poprosiłem o pomoc po swoim wypadku. Było to ciekawe doświadczenie, bo działaniom ratowników przyglądałem się z pozycji poszkodowanego, instruktora mającego pod opieką kursantów, osoby analizującej wypadki oraz od lat zgłębiającej temat nazywany zarządzaniem ryzykiem. Główna rzecz, która rzuciła mi się w oczy, to nieustanna konsultacja decyzji. Gdy jeden z ratowników zamierzał podjąć jakieś działania to mówił co chce zrobić, tak żeby być dobrze zrozumianym i… żeby kolega słysząc pomysł mógł zareagować, gdyby coś było nie tak. Po namyśle, uznałem taki sposób komunikacji za najlepszy jaki można wymyślić. Nie ma tu miejsca na nie podlegające dyskusji polecenia głównodowodzącego akcją. Każdy z ratowników jest w takiej sytuacji równie odpowiedzialny za działania – gdyż każdy może zakwestionować ewidentny błąd, czy głupotę – choć hierarchia jest oczywiście zachowana.

 

Po powrocie do domu nasłuchiwałem doniesień z akcji ratunkowej w Jaskini Wielkiej Śnieżnej. Nie zamierzam przyłączać się do kilkudziesięciu milionów ekspertów od eksploracji i ratownictwa pod ziemią. Dla mnie ciekawy jest wątek, który powoli nabrzmiewał, aż wybuchł w postaci skandalu. TOPR akcję ratunkową po odciętych wezbraną wodą grotołazów oparł na siłach własnych, ratownikach górniczych, jednostce ratownictwa Państwowej Straży Pożarnej z Krakowa oraz ratownikach z Horskiej Slużby. Od początku w gotowości do akcji była Grupa Ratownictwa Jaskiniowego stworzona przez Komisję Taternictwa Jaskiniowego PZA. Jest to wysoko wyspecjalizowany zespół, który swoje umiejętności zdobywa między innymi na szkoleniach we Francji w ramach ECRA (European Cave Rescue Association).

Pomimo deklarowanej gotowości, TOPR nie skorzystał z pomocy, argumentując swój sprzeciw przepisami prawa, a ściślej mówiąc Ustawą o ratownictwie i bezpieczeństwie w górach. Przybliżając temat chodzi o odpowiedzialność prawną za osoby uczestniczące w akcji ratunkowej, ewentualne odszkodowania i, w razie najgorszego, rentę dla ratownika lub jego rodziny. Te kwestie w przypadku służb sformalizowanych uregulowane są prawnie, „cywile” takim przepisom nie podlegają. Niestety, obawa o różne interpretacje rzeczywistości prawnej spowodowała to, że wysokiej klasy specjaliści przez ponad tydzień oczekiwali w blokach startowych. Argumenty odsuniętych na boczny tor grotołazów były jasne – po dwóch, trzech dniach woda opadła i grotołazi chcieli sprawdzić możliwość dotarcia do poszukiwanych partiami, które TOPR uznał za zbyt niebezpieczne. W tego typu działaniach taternicy jaskiniowi mają zdecydowanie większe umiejętności i być może dotarcie byłoby o wiele szybsze. TOPR ustami Naczelnika nie zgadzał się na ten pomysł, kierując się zasadą „najpierw bezpieczeństwo ratowników”. Uznano, że poruszanie się w partiach, którymi zamierzali przejść ratownicy GRJ wykracza poza dopuszczalne, akceptowane ryzyko. I działanie tam stanowiłoby zagrożenie nie tylko dla niosących pomoc grotołazów, ale także działających równolegle ratowników TOPR.

Nie zamierzam rozstrzygać tego sporu, gdyż zwyczajnie na tym się nie znam. Wiem natomiast, że przez kilka dni prowadzone były rozmowy pomiędzy przedstawicielami PZA i kierownictwem TOPR-u. Aż w końcu u części grotołazów narosło niezadowolenie. Temat wyciekł do mediów, poszły nawet listy do premiera i… donos do prokuratury!!! Sprawa zaczęła zmierzać w zdecydowanie złym kierunku. Dodatkowo w trakcie akcji w Wielkiej Śnieżnej wydarzyła się bezprecedensowa katastrofa na Giewoncie, która spowodowała zaangażowanie ogromnych środków, już nie tylko TOPR-u do ratowania turystów poszkodowanych w czasie burzy. Wydaje się, że gdzieś w tym wszystkim zagubiła się wola komunikacji pomiędzy ratownikami, a grotołazami i zaczęli oni rozmawiać ze sobą za pośrednictwem mediów. Zabrakło tego, co mnie tak zafascynowało, gdy rannego oporządzano mnie do podjęcia śmigłowcem z Igły Milówki.

Warto pamiętać, że jesteśmy sobie potrzebni nawzajem. Ze środowiska wspinaczy i grotołazów rekrutowani są ratownicy TOPR-u. A później oni sami podnosząc swoje umiejętności wspinają się, schodzą do jaskiń – w których praca zespołowa jest istotą działalności pod ziemią. Dla nas ratownicy to nie tylko koledzy, ale też komfort psychiczny wynikający z faktu, że w razie potrzeby zrobią oni wszystko, żeby wydostać nas z opresji. Dlatego tak ważna jest debata i ustalenie zasad współdziałania, a przede wszystkim wykorzystania wysokiej klasy specjalistów z Grupy Ratownictwa Jaskiniowego. Liczę, że gdy emocje opadną, pomimo wszystko dojdzie do tych bardzo potrzebnych rozmów.

 

Tekst i zdjęcia: Bogusław Kowalski