Polacy mają swoją Grupę Młodzieżową, a Brytyjczycy – Young Alpinist Group. Tim Exley, jeden z najbardziej aktywnych członków tej organizacji, pojawi się w tym roku na festiwalu w Lądku-Zdroju. W trakcie swojej prelekcji opowie także o pierwszej poważnej wyprawie brytyjskich młodych gniewnych w góry najwyższe, którą poniżej opisuje jego kolega z zespołu. 

wspinacz na lodowym zboczu w Karakorum

Tom Seccombe prowadzi wyciąg na lodowych zboczach Korada North

Wraz z Timem Exleyem wyruszyliśmy do Islamabadu prosto z Chamonix. Na miejscu mieliśmy się spotkać z Willem Lewellenem, który leciał do Pakistanu z Wielkiej Brytanii. W Islamabadzie czekał też na nas Ali, który odpowiadał za kwestie organizacyjne, a gdy dotarliśmy do Skardu, dołączyli Ishaq i Ahmed, pełniący odpowiednio funkcje przewodnika i kucharza. Tak oto rozpoczął się nasz pierwszy wyjazd w Karakorum.

Dotarliśmy do doliny Nangma 28 sierpnia. Postanowiliśmy założyć bazę na przyjemnej łące pod Brakk Zang, na wysokości 4300 metrów, jakieś sześć godzin marszu od Kande. Była to idealna miejscówka zapewniająca fantastyczne widoki na dolinę: po jednej stronie wznosiła się północna grań Shingu Charpa, a po drugiej – ogromna ściana Amin Brakk.

Po założeniu bazy wysuniętej na morenie wschodniej lodowca Changma, a następnie przeczekaniu tam kilku deszczowych i śnieżnych dni, skupiliśmy naszą uwagę na niezdobytym szczycie Korada North (oznaczonym na niektórych mapach jako Lukpilla Brakk). Podjęliśmy próbę wspinaczki północno-zachodnią granią, ale napotkana kruszyzna skutecznie nas zniechęciła, więc wróciliśmy do bazy. Długie okno pogodowe umożliwiło przeznaczenie jednego dnia na odpoczynek.

Podczas kolejnej próby wybraliśmy śnieżny stok będący częścią zachodniej ściany, który wyprowadził nas na grzbiet grani. Liczyła sobie ona około 700 metrów i okazała się względnie nieskomplikowana – początkowo oferowała średnie nachylenie w okolicach 45 stopni, które później wzrosło do mniej więcej 75 stopni. Znaleźliśmy na niej komfortowe, płaskie miejsce biwakowe, więc rozbiliśmy tam dwuosobowy namiot i wpakowaliśmy się we trzech do środka.

wspinacze na szycie góry w Karakorum

Wesoła ekipa na Charakusa Col po wjeściu na Kapura Central

Następnego ranka z przyjemnością pokonaliśmy kilka nietrudnych, mikstowych wyciągów, które doprowadziły nas pod końcową, 15-metrową, połogą płytę stanowiącą kruks całej drogi. Zwieńczona jest spiczastym szczytem, aczkolwiek po 15-metrowym trawersie dotarliśmy na kolejny, nieco wyższy wierzchołek – komunikator Garmin inReach Tima pokazał wysokość 6146 metrów. Zdołaliśmy zjechać linią wejścia i jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do bazy. Tak oto powstała 900-metrowa droga Hot Tang, którą wyceniliśmy na TD+, M5+, 75°.

Następnego dnia Tim obchodził urodziny, więc uczciliśmy je, konsumując tort i pokonując kilka wyciągów Welcome to Crackistan – imponującej, 700-metrowej drogi skalnej na Brakk Zang bezpośrednio nad bazą.

Próbując przeczekać tydzień kiepskiej pogody, graliśmy w karty, klipę i objadaliśmy się na całego. Wreszcie w prognozach pojawiło się kolejne okno pogodowe. Mieliśmy nadzieję, że zdołamy się wspiąć na dziewiczy Kapura Central. Główny szczyt tej góry został zdobyty dwukrotnie, natomiast południowy szczyt i przedwierzchołek od strony południowej doczekały się jednego wejścia. Nasz plan zakładał, że dotrzemy na wierzchołek centralny, wspinając się pierwszego dnia czeską linią Wild Wings. Potem mieliśmy zamiar odbić w lewo na skalną basztę i w ten sposób dotrzeć na szczyt. Marzyliśmy o tej drodze od momentu, kiedy wiosną zobaczyliśmy fotografię zachodniej ściany Kapury.

namiot alpinistyczny na śnieżnym szczycie Karakorum

Niewygodny biwak na Kapura Central

Żeby się na nią dostać, musieliśmy przekroczyć przełęcz i dotrzeć do drugiego Kotła Charakusa. Tej wizji towarzyszyło wiele znaków zapytania, gdyż niezależnie od tego, że mogliśmy obejrzeć przełęcz z naszej drogi na Koradzie, nie mieliśmy pojęcia, jak będzie wyglądała wspinaczka po drugiej stronie i ile czasu zajmie. Podzieliliśmy podejście na dwa dni, nocując najpierw w bazie wysuniętej (teraz, gdy czuliśmy się już zaaklimatyzowani, dojście tam zabierało nam zaledwie trzy godziny).

Dotarcie na przełęcz położoną na wysokości około 5500 metrów nie było trudne, ale po tym jak wykonaliśmy trzy zjazdy na drugą stronę i przekroczyliśmy szczelinę brzeżną, poczuliśmy, że żarty się skończyły. Zwłaszcza że w czasie, gdy zaczęliśmy przygotowywać miejsce biwakowe na lodowcu, zaczął padać śnieg. Na całe szczęście opad szybko ustąpił miejsca gorącym promieniom słońca. Słuchając odgłosów popołudniowych lawin schodzących rozgrzanymi stokami, objadłem się mieszanki bakalii, a potem wciągnąłem największy liofilizowany posiłek, jaki ze sobą zabrałem. Wkrótce pożałowałem tego obżarstwa. Dopadły mnie mdłości i wyrzuciłem z siebie wszystko, co właśnie zjadłem. Najwyraźniej mój żołądek nie działał zbyt dobrze na takiej wysokości.

Tekst / Tom Seccombe

Tłumaczenie / Krzysztof Krzyżanowski


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 4/2022 (287)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/