Opowieść ta jest bardzo osobistym spojrzeniem na ostatnie dziesięć lat wspinania na Jurze, zwłaszcza zaś na kulisy powstania dróg w stopniu VI.5. Z tego też powodu żadną miarą nie może być uważana za historię tych lat. Co nie znaczy, że mija się z prawdą.

Stopień VI.4 pojawił się w Skałkach Podkrakowskich w połowie lat 70. jako efekt przejścia z górną asekuracją (przewędkowania) takich dróg, jak Meningitis, Abazy czy Sinusoida. W praktyce, w odniesieniu do najtrudniejszych wspinaczek operowano wartościami VI.3+ i VI.4–, rezerwując „czysty” stopień dla dróg wyjątkowych. W ten sposób skala Kurtyki, oryginalny polski system oceny trudności klasycznych, poddawała się manierze zamknięcia od góry. Tendencja ta stanowi bolączkę i dziś.

Piotr Korczak prowadzi Easy Ridera, 1985 r
fot. Jacek Ostaszewski

Ideał „prawdziwego VI.4” w poważnym stopniu ukierunkowały wysiłki 18–19-latków Nowej Fali, w osobach Andrzeja Marcisza, Mariusza Gołkowskiego, Piotra Czarnego Gromka i mojej. Kontestacja osiągnięć Kaskaderów (Kurtyki, Malczyka, Opozdy) przestała wystarczać wobec powtórzenia wszystkich istotniejszych dróg. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy własnych wspinaczek, które przewyższałyby trudnościami dotychczas istniejące. Przełom nastąpił w starym kamieniołomie na Zakrzówku. Problem, jaki stanowiła gładka płyta na lewo od Rysy Freneya, dojrzał jesienią 1981 roku. Mimowolnie stałem się autorem przejścia, od którego zaczęto umownie mierzyć czas Nowej Fali. Mój główny konkurent, Andrzej Marcisz, zwykł wykorzystywać wolne weekendy na wypady w Tatry. Kiedy powrócił z jednego z nich, rzekłem mu niedbale:
Nity klasyczne!
– Ile?
– VI.4, a może więcej.

Krótki dialog zrobił odpowiednie wrażenie. Dwa dni później Andrzej doniósł o powtórzeniu Nitów. Po uzgodnieniu patentów, z jakich korzystaliśmy, pozostało tylko ogłosić powstanie „najtrudniejszej w skałkach” drogi. W Skałkach Podkrakowskich oczywiście. Ale na nich kończył się świat.

Szalony na Nienasyceniu… Trudno o lepszą ilustrację twórczego amoku lat 80. Dolina Będkowska, 1984 r
fot. Jacek Ostaszewski

Przejście Nitów otworzyło przed nami perspektywę stopnia VI.4+. Reprezentowały go w teorii dwie drogi: Panika Tucznika w Dolinie Kobylańskiej i Święta Inkwizycja pod murami tynieckiego klasztoru. Powtórzenie obydwu pozwoliło mi odwołać zawyżone trudności i umocnić się w przekonaniu, że płyta Nitów stanowi jedyny poligon, na którym VI.4+ puści dostatecznie szybko. W owym czasie (wiosna 1982 roku) wraz z Mariuszem Gołkowskim zajmowaliśmy się głównie doskonaleniem estetyki robienia Nitów. Czasy przejść schodziły poniżej półtorej minuty, żaden z nas nie uważał jednak drogi za dostatecznie opatentowaną do próby prowadzenia. Taka możliwość wydawała się nam nieskończenie odległa, a problem asekuracji nie do przezwyciężenia. Przy okazji tej bieganiny odkryliśmy szansę wyprostowania drogi tak, aby dało się ją robić bez odpoczynku na wybitnym stopniu tuż obok Freneya i bez trawersowania górnej części ściany. Fragment tej drogi skomponowałem w całości w marcu i z autorami powtórzeń (Andrzej i Mariusz) uzgodniliśmy, że jest to VI.4, może VI.5.

W tym czasie krakowska czołówka zaczęła odwiedzać Północną Jurę. Jeszcze jesienią 1981 roku Andrzej Marcisz poprowadził Cyklon B w Rzędkowicach. Przejście obserwował tłum gapiów, którzy uformowali wokół Garażu żywy amfiteatr. To właśnie aplauz i podziw były głównymi motywami, dla których warto było podjąć niewygody podróży aż do Zawiercia.

Andrzej przeniósł swoje wysiłki w Tatry, ja koncentrowałem się głównie w temacie wędki. Fetysz trudności wydawał mi się najistotniejszy. Rysę Skierskiego zrobiłem za trzecią próbą, Polak MusiKrakowskie Derby za pierwszą… Doświadczenia te utwierdziły mnie w przekonaniu, że Nity z Prostowaniem są rzeczywiście czymś wyjątkowym. Powodzenie towarzyszyło też Mariuszowi i Czarnemu. Przez długi czas nie napotkałem na Północnej Jurze żadnej drogi, która by powstrzymała mnie, jeśli używałem wędki. Dopiero zetknięcie się z kolegami reprezentującymi tak zwaną szkołę śląsko-łódzką przyniosło koniec dobrego samopoczucia krakusów.

Szalony podczas przejścia hHińskiego Maharadży, które usankcjonowało styl RK na Jurze, Dolina Bolechowicka, 1985 r.
fot. Jacek Ostaszewski

W lipcu lub sierpniu Mariusz Gołkowski zaproponował mi lustrację Superdirettissimy Sokolicy, najbardziej eksponowanego wówczas problemu w Skałkach. Zapakowaliśmy do plecaków dwa podciągi i w zjazdach przedarliśmy się przez chaszcze, tak charakterystyczne dla górnej partii ściany. Po godzinie wędka… z pojedynczego podciągu była gotowa do użytku.

– Bloook! – wrzeszczał Mariusz, a ja nic nie mogłem poradzić na właściwości słynnego bezalinu, przypominającego gumę modelarską. Pomimo to próby zostały uznane za wielce pomyślne (zwłaszcza przez Mariusza). Prace nad problemem przerwała konieczność skompletowania klasycznych dróg na wschodniej Mnicha do wykazu „na kandydata”.

Jesienią znalazłem się na ulubionym Zakrzówku, Mariusz zaś zgarniał na przystanku PKS w Bronowicach niczego nieświadomych klientów. Gdyby wiedzieli, jak spracują swoje ręce przesuwaniem baumgartnera [węzła Baumgartnera, czyli półwyblinki – przyp. red.] na żelaznym karabinku… Podczas gdy Mariusz walczył z Sokolicą, udało mi się przejść z dawna upatrzony problem. Start do drogi stanowiła tak zwana Przystawka Fugi. Ponad nią bardzo siłowy szpan do rysy, dynamiczny przechwyt do odciągu. Tyle było nowego, reszta to Nity z Prostowaniem. Po dwóch dniach zameldowałem Mariuszowi, że Lewe Nity są gotowe. Oczywiście VI.5.

Zdążyłem w samą porę. Superdirettissima padła kilka dni później, a Mariusz z marszu rzucił się na Lewe Nity, pragnąc mieć obie VI.5 w swoim kapowniku. Musiał poczekać do wiosny następnego roku. Wykazał niezłomność, wykonując blisko 120 prób.

Bogdan Kali Kaleta prowadzi Nity na Zakrzówku, 1985 r.
fot. Jacek Ostaszewski

Był już początek października, kiedy Czarny zwrócił moją uwagę na Ścianę Luster pod Dupą Słonia. Według relacji Piotrka puszczało do pewnego momentu „tak ze VI.3+”, ale miejsca obok starego nita „zrobić się chyba nie da”. Oderwałem się od lektury Nienasycenia Stasia Witkacego (które to dzieło miało okazać się Biblią mojego życia) i pełen mocy twórczych znalazłem się pod ścianą.

Po długich deliberacjach w zjeździe udało mi się wypatrzeć potencjalną możliwość przejścia. Stanowiła ją maleńka dziurka na koniec palca, tak mała, że początkowo nie zwróciłem na nią uwagi. W chwilę później testowałem dynamiczny przechwyt do obłej poziomej rysy. Problem stanowiło utrzymanie strzału do beznadziejnie gładkiej powierzchni. Po jakimś czasie osiągnąłem pewną powtarzalność ruchów, która pozwoliła snuć nadzieje na przejście drogi od dołu. Ostateczną rozgrywkę trzeba było odłożyć o dzień.

Nazajutrz byłem z powrotem wraz z Czarnym, Mariuszem i jeszcze jednym kolegą do pary. Tym razem „złoty strzał” udał się w pierwszej próbie, a mój okrzyk radości dotarł aż do Mariusza, zrzucając go z Kakofonii. Przybiegł on niecierpliwie, okrążając przewieszony narożnik skały, i ujrzał mnie stojącego nogami w poziomej rysie. Pozycja powiedziała mu wszystko. Smakowałem słodycz chwili… Czy druga taka miała się zdarzyć?

Nienasycenie zdetronizowało SuperdiretissimęLewe Nity. Mit okazał się tęgi. Aż do momentu prowadzenia droga obroniła się przed powtórzeniami. Cztery lata czekała na następne przejście. Czy można było chcieć czegoś więcej? Niestety zabrakło wiary i wyobraźni, aby doprowadzić historię Nienasycenia do końca już w 1982 roku. Co więcej, przejście „strzału” z liną z dołu uznałem wówczas za możliwe, ale… za kilkanaście lat. A szkoda. Ówczesne zachodnie ekstrema, takie jak Magnet IXChrysalis 7c reprezentowały podobny standard. Nic dziwnego, tam też wspinali się amatorzy… Lewe Nity zdegradowane zostały do VI.4+, a stopień VI.5 przypisano jednej jedynej drodze. W ten sposób zaczął on zatracać swój wymiar, stając się znakiem Absolutu.

Tekst / PIOTR SZALONY KORCZAK
Zdjęcia / JACEK OSTASZEWSKI

Zdjęcie otwarcia: Wspinacze z pokolenia Nowej Fali i Kaskaderów. Stoją: Bogdan Kali Kaleta i Piotr Szalony Korczak. Poniżej: Tomek Pęcherz Lewandowski, Mariusz Prezes Gołkowski, Tomek Mały Bularz Klimczyk, Andrzej Marcisz, Bernadetta Beta Stano, Zbigniew Małolat Czyżewski, Ryszard Rico Malczyk, Barbara Matka Tarnawska, Krzysztof Pankiewicz z synem, Ewa Panejko-Pankiewicz i Mirosław Orzechówka Nowotnik 1984 r.


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 2/2022 (285)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/