Dwa lata temu w tekście o Kühtai wspomniałem, że bardzo lubię tę okolicę i chętnie znów tam wrócę. Tym razem pretekstem do tury był wyjazd do Horlachtal, doliny „za granią”, na południe od Kühtai właśnie. Jeszcze konkretniej – ciekawość, co takiego kryje dolinka powyżej zbiornika zaporowego Finstertaler Stausee. A że ekipa nie ma nic przeciwko takiemu wyborowi celu, to jedziemy!
Tekst i zdjęcia / PIOTR KALETA
Zdjęcie otwarcia / Michał szusuje w promieniach zachodzącego słońca – w tle Gleirscher Fernerkogel (3189 m) i Winnebacher Weißkogel (3182 m)
COŚ NA ROZGRZEWKĘ
Jest początek stycznia. Po nocy spędzonej na dojeździe samochodem potrzebujemy bardziej trasy na rozruszanie się niż wyrypy. Spróbujemy więc wbić się w turę o jednym z najmniejszych przewyższeń w okolicy, czyli na przełęcz Finstertaler Scharte (2777 m). Warunki śnieżne wydają się dobre, bo przyjeżdżamy tuż po większym opadzie. Inna sprawa to sytuacja lawinowa, widoczność też nie rozpieszcza. Latem drogą, a obecnie wyratrakowanym torem saneczkowym dochodzimy do zabudowań jakiejś gospody. Dalej zaczyna się dla mnie nieznane. Kilka kolejnych zakrętów wyprowadza nas bezpośrednio pod zbiornik i dopiero od tego momentu zaczynamy zakosy. Ktoś już tędy szedł, ale ślad jest zawiany i w dużej części zakładamy własny.
Po dotarciu na koronę zapory zbiornika chłopaki analizują tablicę z mapą, a ja idę wyżej, bo tak mnie prowadzi track. Gdy mnie doganiają, dzielę się wątpliwościami, czy w tych warunkach foczenie według przewodnika to dobry pomysł. Ostatecznie wracamy na koronę i poniżej jakiegoś budynku kontynuujemy widoczną na mapie ścieżką. Obniżamy się nią prawie do poziomu lodu, po czym musimy podejść, by osiągnąć letnią ścieżkę trawersującą zbocze. I tu przestaje być fajnie. Przed ostatnim opadem śniegu była tu lekka odwilż i efekt jest taki, że narty trzymają słabo. Toruję w trawersie, co wymaga dość czujnego skradania się na krawędziach. Do tafli jeziora nie jest co prawda daleko, ale po drodze wystaje kilka kamieni i można by się obić.
Szczęśliwie obywa się bez przygód i dochodzę do bardziej stabilnego terenu. Teraz przed nami ponad kilometr trawersu, jakieś 20–30 metrów nad poziomem zbiornika. Gdy dochodzimy do stoku opadającego spod Schöllekogel (2902 m), znów robi się nieprzyjemnie, jak na początku trasy – nie dość, że śnieg nie jest zbyt stabilny pod nartą, to na dodatek słychać odgłos pękającego przy brzegu lodu. Być może pracująca elektrownia obniża nieco lustro wody. W każdym razie efekt nie podbudowuje psychiczne, choć zagrożenia z tej strony nie ma żadnego. Ogólne warunki na tym trawersie są na tyle wredne, że decydujemy się dojść tylko do widocznego nieco dalej kierunkowskazu na rozwidleniu szlaków prowadzących na Sulzkogel (3016 m) i Schartenkopf (2855 m). Tam zdecydujemy, co dalej.

Od rozwidlenia teren zaczyna jednak rokować – śnieg przestaje się osuwać spod nart i nie jest zbyt stromo. Bartek przejmuje prowadzenie, którego nie odda już do samego końca tury. Ale nie uprzedzajmy faktów… A te są takie, że po urobieniu zakosami jakichś 50–70 metrów w pionie znów czujemy, że zaczynamy się pchać w niestabilny teren. Wtedy pojawia się czwórka lokalsów, których widzieliśmy wcześniej na trawersie. Mają niezłe tempo, skurczybyki, to trzeba im przyznać. Wybierają się chyba tam, gdzie my, ale ślad zakładają własny – bardziej w niecce niż na wypukłości terenu, którą idziemy. Dziwne, ale nie wnikamy. Teren wciąż jest na tyle nieprzyjemny, że nadal jesteśmy blisko decyzji o odwrocie. To, że jej nie podejmujemy, zawdzięczamy Bartkowi, który przeczłapuje jeszcze kilkadziesiąt metrów i stwierdza, że stok się kładzie, więc znów powinno być stabilnie.
Krótko po tym wyprzedza nas wspomniana czwórka, więc dalej idziemy już ich śladem. Teren faktycznie się kładzie i tylko żal, że tak niewiele widać podczas przejaśnień, bo zdjęcia byłyby naprawdę fajne… No trudno. Teraz już wyłącznie marznące palce psują mi satysfakcję z podejścia. W oddali widać w końcu nasz cel, czyli Finstertaler Scharte. Podejście na samą przełęcz nie jest banalne, ale ciągłość śniegu jest zachowana, więc powinno się udać wejść na nartach. Ekipa lokalsów ucieka nam na tyle, że gdy nadal mamy sporo do podejścia, oni są już pod przełęczą. Obserwujemy, jak jeden z nich przypina narty do plecaka i zaczyna trawers na butach. Dwie osoby idące za nim też próbują coś zdziałać, a ostatnia tylko im kibicuje. Ostatecznie dwójka wycofuje się, natomiast prowadzący znów zapina deski i wchodzi na przełęcz.
Przy takim obrocie sprawy decydujemy, że wejdziemy na najbliższe dobrze wyśnieżone wzniesienie i tam się przepniemy. Jak postanawiamy, tak robimy. Warunki do zjazdu są dobre – w tej części doliny mamy jakieś 20 centymetrów świeżego śniegu na dobrym podkładzie. Skoro z podejścia wiemy, że do przełamania terenu nie ma kamieni, z dużą frajdą oddajemy się radosnemu brykaniu. Ekipa dość szybko się atomizuje i w grupę zbieramy się dopiero przed zjazdem bezpośrednio do trawersu.
Po dojściu do krawędzi zbiornika ponownie się przepinamy i zaczynamy ostatnie dziś skręty. Śnieg nadal jest dobry, ale z każdym metrem w dół trzeba coraz bardziej uważać na kamienie. Do chatki przy wyciągu nie docieramy, bo decydujemy się do samego końca korzystać z tego, że zbocze jest nietknięte nartą. Ostatecznie kończymy na nartostradzie, czego efektem jest dodanie do tury 50 metrów w pionie i ponad pół kilometra marszu po chodniku, by wrócić na parking. Teraz już tylko droga do Niederthai, gdzie w będziemy „kotwiczyć” przez najbliższe trzy noce.

CZAS NA TURĘ
Właściwą przygodę z Horlachtal zaczynamy od Peistakogelu (2740 m). O 8:45 jesteśmy na parkingu zwarci i gotowi, by zacząć podejście. Jest zimno: od –13,5°C koło kwatery, do –15°C na parkingu. A ja przed wyjściem nawet nie sprawdzam, ile jest stopni, więc najcieplejsze gatki pod softa zostają na kwaterze. Pierwsza część dreptania jest wyjątkowo nudna, bo prowadzi zalesioną doliną – około sześciu kilometrów i 450 metrów w pionie – drogą zamienioną zimą na tor saneczkowy. Dolina otwiera się dość późno, bo dopiero po jakiejś godzinie zaczyna być coś widać, ale za to jak się już otworzy, jest na czym oko zawiesić. Najpierw wyłania się masyw Gamskogel (2912 m), a dalej i nieco na prawo, nad Schweinfurter Hütte wznosi się Zwieselbacher Rosskogel (3081 m).
Do schroniska nie dochodzimy, bo nasza dzisiejsza trasa wcześniej odbija w lewo. Od kierunkowskazu podchodzi się dość łysym teraz, niezbyt mocno nachylonym zboczem. Śniegu wprawdzie jest trochę, ale jest też sporo korzeni i kamieni. Na podejściu nie ma problemu, by narta miała kontakt ze skałą, ale chyba każdy z nas zastanawia się, jak będzie ze zjazdem w tych warunkach. Na razie jednak naszą uwagę przykuwa widok na Hoher Plattkogel (2791 m). Niebawem wychodzimy na słońce, co wykorzystujemy na krótki popas, a ja dodatkowo na kilka zdjęć z Sömenspitze (2682 m) w tle. Bajkowo jest.
Kilkaset metrów dalej i ciut wyżej widoki na Gaiskogel (2720 m) – godnie prezentujący się od tej strony, a przecież niezbyt wysoki – prowokują do kolejnej małej sesji foto. Pogoda niezmiennie dopisuje, ale tylko gdy chowamy się w cieniu, dopada nas mróz. Teren lekko faluje, jednak z tendencją wznoszącą, by w końcu przejść w bardziej konkretnie nachylone zbocze. Po kilku zakosach wychodzimy na kolejne piętro doliny. Teraz w końcu widać nasz cel, czyli wspomniany Peistakogel. Po dalszych kilkuset metrach podejścia okazuje się, że zaszliśmy za wysoko i trzeba się nieco obniżyć.

Lekko skośny trawers u podstawy ściany naszego szczytu w zastanych warunkach sprawia, że na wszelki wypadek zwiększamy odstępy. Ostatni opad również tutaj przykrył oblodzone zbocze i śnieg, podobnie jak wczoraj w sąsiedniej dolinie, trzyma na nim dość słabo. Zaliczamy więc dość częste obsunięcia nart na tym śliskim podłożu – niefajne uczucie. Przez kolejnych 70–80 metrów podejścia, prowadzonego konsekwentnie przez Bartka, narasta we mnie poczucie, że chyba pchamy się w potencjalne problemy. Żleby nie są może zbyt głębokie, ale za to widać wyraźnie depozyty nawianego śniegu między wypukłościami.
W końcu w miejscu, w którym można się w miarę sensownie przepiąć, wołam Marka i Bartka, że kończę. Są chyba lekko zawiedzeni, ale nie protestują. Zamykający grupę Michał oczywiście też nie. Podczas przepinki przyglądam się z zaciekawianiem śladom prowadzącym na Hohe Wasserfalle (3003 m). W międzyczasie dwie osoby zjechały, przystając na chwilę, by poobserwować nasze poczynania, a po chwili kolejne dwie weszły wąskim kuluarem na szczyt i zaczęły zjazd. Tamta tura, choć o 200 metrów wyższa, z naszej perspektywy wygląda bardziej apetycznie – po pierwsze dlatego, że zjazdy są dłuższe, a po drugie, że podejście jest mniej strome i, jak się wydaje, prowadzi bezpieczniejszym terenem. Tak czy inaczej, zmykamy stąd.
Pierwszy jedzie Michał i bez przystanków sunie na wierzchołek małej moreny. Za nim śmigają Marek i Bartek, a na koniec ja – dość czujnie, ale na szczęście bez przygód, bo nic nie wyjechało. Po kilku wężykach podjeżdża do nas wcześniej widziana dwójka. Standardowa wymiana pytań: skąd? jak było? co mogą polecić? Okazuje się, że to lokalsi, bo dosłownie z tej doliny. Natomiast polecają turę na Hochreichscharte (2912 m). Dzień jest jeszcze młody, więc chłopaki wpadają na pomysł, by podejść kawałek w stronę Hohe Wasserfalle i zjechać z pierwszego przełamania terenu. Ja, mając przed sobą jeszcze dwa dni na nartach, raczej myślę o rozłożeniu sił i zostaję, by na nich poczekać.
Gdy znów jesteśmy w komplecie, chwalą zjazd i śnieg, jaki tam zastali. No fajnie. Serio. Chętnie tu kiedyś wrócę na jeden dzień – tak jak wracam do Kühtai, gdy tylko jestem w tamtej okolicy. By ominąć pofałdowany teren, którym kluczyliśmy rano na fokach, suniemy lewą stroną potoku, śladami, których wtedy nie było, a które zostawili lokalsi po zjeździe z Hohe Wasserfalle. W samej końcówce decydujemy, że przez mostek przeskoczymy na sąsiednie zbocze, by lasem i szlakiem zjechać do drogi. Okazuje się, że nie jest tam źle ze śniegiem, natomiast jest stromo i wąsko. Trzeba naprawdę się ogarniać. Później zjazd do parkingu to już banał, ale po takim dniu całkiem przyjemny.

W ZADYMCE
Nazajutrz na parkingu jesteśmy 15 minut wcześniej. Dziś celujemy w Finstertaler Scharte (to ta przełęcz, na którą nie weszliśmy pierwszego dnia) lub podejdziemy nieco wyżej, na Kraspesspitze (2954 m) – w zależności od warunków i kondycji. Do Schweinfurter Hütte idzie mi się nadzwyczaj dobrze i bez odpoczynku. Jedyne, co się zmieniło od wczoraj na minus, to pogoda: wieje i sypie.
W schronisku chowamy się na kilka minut do ganku, by napić się herbaty i coś przegryźć w miejscu osłoniętym od wiatru. Mamy oczywiście GPX-a z przebiegiem tury, ale traktujemy go raczej orientacyjnie, dostosowując linię podejścia do warunków. A te są dość podłe, mieszanka wiatru i sypiącego śniegu nie nastraja optymistycznie, ale ruszamy dalej. Przecieram pierwsze kiLkaset metrów od schroniska, sugerując się w dużej mierze zawianym śladem pozostawionym przez poprzedników.
Po urobieniu w pionie około 100 metrów prowadzenie przejmuje Bartek. Szacunek dla jego kondycji, bo ciągnie jak dzień wcześniej i jakby zupełnie się nie zmęczył. Co nie zmienia faktu, że dziś zakłada harszle. Stok jest wredny, warstwa śniegu na lodzie. Niby nic nowego, ale zbocze jest chyba nieco bardziej strome niż to, z którego wczoraj zawróciliśmy. W pewnym momencie robi się tak niekomfortowo, że idący na drugiego i zwykle niemający problemów z motywacją Marek ma ochotę zawrócić. Sam mam podobne przemyślenia. Sytuację ratuje będący dwa zakosy wyżej Bartek, który właśnie sygnalizuje, że teren zaczyna się kłaść.
Rzeczywiście, jest mniej stromo, ale przed nami jeszcze górna część szerokiego żlebu i przemknięcie skrajem małego lawiniska. W tym momencie zaskakują nas dwaj lokalsi, którzy podjechali do krawędzi żlebu. Chwila rozmowy o warunkach i każda grupa rusza w swoją stronę. Czyli ślady, którymi od czasu do czasu podążaliśmy, są z dzisiejszego poranka. No, to naprawdę nieźle w międzyczasie wiało i padało. Gdy wychodzimy na przełamanie, przed nami otwiera się przyjemnie pofalowany krajobraz, tonący w chmurach i zamieci.
Dolinkę rozdziela skalny wierzchołek Kuglater Schrofen (2660 m). Z mapy wynika, że zanim do niego dotrzemy, powinniśmy zdecydować, czy idziemy na przełęcz, czy na szczyt. Widoczność poprawia się z każdym kwadransem i choć nie przestaje wiać, to Bartek z Markiem ewidentnie mają ochotę na zdjęcie przy krzyżu J… Czyli Kraspesspitze. Wtedy obok nas przejeżdża kolejna para lokalsów. Znów chwila rozmowy – ponoć podejście pod szczyt jest w porządku. Przed nami ostatni krótki próg wprowadzający do dolinki pod wierzchołkiem. Bierzemy go na trzy zakosy i już dobrze widzimy ostatnie metry tury..

Z dwóch możliwych wariantów podejścia wybieramy kilka zakosów po prawej, po czym długi trawers w lewo i tam po kolejnych trzech zakosach idziemy do miejsca, gdzie śnieg podchodzi najwyżej do skał podszczytowych. Marek odsadza nas na prowadzeniu i to on, po zostawieniu nart, pierwszy rusza na wierzchołek. Do depozytu dochodzę z Bartkiem, dalej też idziemy razem po gołoborzu wyprowadzającym na szczyt. Widać nawet fragmenty szlaku, ale na wywianym śniegu, w dodatku w butach narciarskich nie mamy z niego pożytku. Banalnie nie jest też dlatego, że trafia się kilka dużych płyt do przejścia po jakichś krawądkach. W lecie byłoby to proste do pokonania na tarcie, ale teraz mamy lekką gimnastykę, przy której pomagają kijki.
Na szczycie już nic nie osłania nas od wiatru, więc ograniczamy się do kilku naprawdę szybkich pamiątkowych zdjęć i wracamy do nart. Trochę mi szkoda, bo po kolejnych przejaśnieniach widoki w końcu są naprawdę zacne, ale grabiejące dłonie skutecznie mobilizują do zejścia.
Płyty okazują się w zejściu bardziej męczące niż na podejściu, ale ponownie kijki i dziabka ratują sytuację. Michał ostatecznie został przy nartach i to on pierwszy zaczyna zjazdy, po nim Marek, później Bartek, a ja zamykam grupę. Szusujemy wzdłuż śladów podejścia i tylko pod koniec robię lekki skręt w lewo, aby czystym polem śnieżnym ominąć wystające kamienie. Od najwyższego progu każdy z nas jedzie, jak mu pasuje – nietkniętego śniegu są hektary i martwimy się raczej o to, by nie zapchać się w teren, z którego trzeba będzie podchodzić. Wiatr cichnie, a widoczność rośnie z minuty na minutę. I robi się coraz bardziej bajkowo.
Tak sobie myślę, że Horlachtal ładnie nas żegna. Przyjemna niespodzianka po naprawdę słabo rokującym początku dnia. Marek z Bartkiem wyrywają do przodu, mają zdecydowanie lepszą formę, poza tym ja nieco marudzę, bo popołudniowe światło zachęca, by z Michałem urządzić kilka małych sesji fotograficznych. Gdy już dojeżdżamy do kuluaru, którym podchodziliśmy rano, przecinamy go i śmigamy po przeciwnej stronie, na nietkniętym nartą zboczu. Z podejścia teren ten nie wyglądał zachęcająco, ale wystarczyło, że przestał padać śnieg i wyszło słońce, by zmieniło się nastawienie.
Trafia się kilka ładnych kadrów, jednak najfajniejszy, z cieniem rzucanym przez przeciwległe zbocze, umyka mi i rejestruję jego potencjał, gdy już jestem za nisko. No trudno, nauczka na przyszłość, by zachować czujność do samego końca. Ale i tak cieszę się, bo wczoraj nie miałem żadnych zdjęć ze zjazdów. Pożegnalną wizytę w schronisku odpuszczamy, bo zrobiło się już późno. Ostatnią namiastkę brykania i ćwiczenia wężyków zapewnia łąka w zakolu drogi poniżej – dokładam ślad, ale ma to swoją cenę. Muszę się wypiąć i z buta przejść przez strumyk. Później już tylko prosta droga do parkingu.
Artykuł został opublikowany w 288 (5/2022) numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



