Dwa lata temu w tekście o Kühtai wspomniałem, że bardzo lubię tę okolicę i chętnie znów tam wrócę. Tym razem pretekstem do tury był wyjazd do Horlachtal, doliny „za granią”, na południe od Kühtai właśnie. Jeszcze konkretniej – ciekawość, co takiego kryje dolinka powyżej zbiornika zaporowego Finstertaler Stausee. A że ekipa nie ma nic przeciwko takiemu wyborowi celu, to jedziemy!

COŚ NA ROZGRZEWKĘ

Jest początek stycznia. Po nocy spędzonej na dojeździe samochodem potrzebujemy bardziej trasy na rozruszanie się niż wyrypy. Spróbujemy więc wbić się w turę o jednym z najmniejszych przewyższeń w okolicy, czyli na przełęcz Finstertaler Scharte (2777 m). Warunki śnieżne wydają się dobre, bo przyjeżdżamy tuż po większym opadzie. Inna sprawa to sytuacja lawinowa, widoczność też nie rozpieszcza. Latem drogą, a obecnie wyratrakowanym torem saneczkowym dochodzimy do zabudowań jakiejś gospody. Dalej zaczyna się dla mnie nieznane. Kilka kolejnych zakrętów wyprowadza nas bezpośrednio pod zbiornik i dopiero od tego momentu zaczynamy zakosy. Ktoś już tędy szedł, ale ślad jest zawiany i w dużej części zakładamy własny.

Po dotarciu na koronę zapory zbiornika chłopaki analizują tablicę z mapą, a ja idę wyżej, bo tak mnie prowadzi track. Gdy mnie doganiają, dzielę się wątpliwościami, czy w tych warunkach foczenie według przewodnika to dobry pomysł. Ostatecznie wracamy na koronę i poniżej jakiegoś budynku kontynuujemy widoczną na mapie ścieżką. Obniżamy się nią prawie do poziomu lodu, po czym musimy podejść, by osiągnąć letnią ścieżkę trawersującą zbocze. I tu przestaje być fajnie. Przed ostatnim opadem śniegu była tu lekka odwilż i efekt jest taki, że narty trzymają słabo. Toruję w trawersie, co wymaga dość czujnego skradania się na krawędziach. Do tafli jeziora nie jest co prawda daleko, ale po drodze wystaje kilka kamieni i można by się obić.

Szczęśliwie obywa się bez przygód i dochodzę do bardziej stabilnego terenu. Teraz przed nami ponad kilometr trawersu, jakieś 20–30 metrów nad poziomem zbiornika. Gdy dochodzimy do stoku opadającego spod Schöllekogel (2902 m), znów robi się nieprzyjemnie, jak na początku trasy – nie dość, że śnieg nie jest zbyt stabilny pod nartą, to na dodatek słychać odgłos pękającego przy brzegu lodu. Być może pracująca elektrownia obniża nieco lustro wody. W każdym razie efekt nie podbudowuje psychiczne, choć zagrożenia z tej strony nie ma żadnego. Ogólne warunki na tym trawersie są na tyle wredne, że decydujemy się dojść tylko do widocznego nieco dalej kierunkowskazu na rozwidleniu szlaków prowadzących na Sulzkogel (3016 m) i Schartenkopf (2855 m). Tam zdecydujemy, co dalej.

W końcu przyjemny teren na trawersie stoków Schöllekogel (2902 m)

Od rozwidlenia teren zaczyna jednak rokować – śnieg przestaje się osuwać spod nart i nie jest zbyt stromo. Bartek przejmuje prowadzenie, którego nie odda już do samego końca tury. Ale nie uprzedzajmy faktów… A te są takie, że po urobieniu zakosami jakichś 50–70 metrów w pionie znów czujemy, że zaczynamy się pchać w niestabilny teren. Wtedy pojawia się czwórka lokalsów, których widzieliśmy wcześniej na trawersie. Mają niezłe tempo, skurczybyki, to trzeba im przyznać. Wybierają się chyba tam, gdzie my, ale ślad zakładają własny – bardziej w niecce niż na wypukłości terenu, którą idziemy. Dziwne, ale nie wnikamy. Teren wciąż jest na tyle nieprzyjemny, że nadal jesteśmy blisko decyzji o odwrocie. To, że jej nie podejmujemy, zawdzięczamy Bartkowi, który przeczłapuje jeszcze kilkadziesiąt metrów i stwierdza, że stok się kładzie, więc znów powinno być stabilnie.

Krótko po tym wyprzedza nas wspomniana czwórka, więc dalej idziemy już ich śladem. Teren faktycznie się kładzie i tylko żal, że tak niewiele widać podczas przejaśnień, bo zdjęcia byłyby naprawdę fajne… No trudno. Teraz już wyłącznie marznące palce psują mi satysfakcję z podejścia. W oddali widać w końcu nasz cel, czyli Finstertaler Scharte. Podejście na samą przełęcz nie jest banalne, ale ciągłość śniegu jest zachowana, więc powinno się udać wejść na nartach. Ekipa lokalsów ucieka nam na tyle, że gdy nadal mamy sporo do podejścia, oni są już pod przełęczą. Obserwujemy, jak jeden z nich przypina narty do plecaka i zaczyna trawers na butach. Dwie osoby idące za nim też próbują coś zdziałać, a ostatnia tylko im kibicuje. Ostatecznie dwójka wycofuje się, natomiast prowadzący znów zapina deski i wchodzi na przełęcz.

Słoneczne podejście z Sömenspitze (2682 m) w tle

Przy takim obrocie sprawy decydujemy, że wejdziemy na najbliższe dobrze wyśnieżone wzniesienie i tam się przepniemy. Jak postanawiamy, tak robimy. Warunki do zjazdu są dobre – w tej części doliny mamy jakieś 20 centymetrów świeżego śniegu na dobrym podkładzie. Skoro z podejścia wiemy, że do przełamania terenu nie ma kamieni, z dużą frajdą oddajemy się radosnemu brykaniu. Ekipa dość szybko się atomizuje i w grupę zbieramy się dopiero przed zjazdem bezpośrednio do trawersu.

Po dojściu do krawędzi zbiornika ponownie się przepinamy i zaczynamy ostatnie dziś skręty. Śnieg nadal jest dobry, ale z każdym metrem w dół trzeba coraz bardziej uważać na kamienie. Do chatki przy wyciągu nie docieramy, bo decydujemy się do samego końca korzystać z tego, że zbocze jest nietknięte nartą. Ostatecznie kończymy na nartostradzie, czego efektem jest dodanie do tury 50 metrów w pionie i ponad pół kilometra marszu po chodniku, by wrócić na parking. Teraz już tylko droga do Niederthai, gdzie w będziemy „kotwiczyć” przez najbliższe trzy noce.

Tekst i zdjęcia / PIOTR KALETA

Zdjęcie otwarcia / Michał szusuje w promieniach zachodzącego słońca – w tle Gleirscher Fernerkogel (3189 m) i Winnebacher Weißkogel (3182 m)


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 5/2022 (288)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/