Kazbegi jest mokre, zimne i szare. Chętnie przemknęłabym przez nie niewidzialna, niczego nie dotykając. Nachalni taksówkarze, zatłoczone, wypchane zachodnimi turystami knajpy (aż nie da się wejść) i inne puste, może przez to, że nie ma ich w przewodnikach. Zaglądamy do jednej (bo pada) i prawie przytrzymują nas tam siłą. Informacja turystyczna, w której rezyduje Polka, irytuje mnie. Pańcia nie słucha, o co ją pytam, tylko powtarza jak katarynka, jakby czytała reklamową broszurę, że organizują wycieczki do wąwozu Truso, że nas tam zostawią na cztery godziny i będziemy sobie mogli bezpiecznie pochodzić (jakbyśmy nie chodzili sobie bezpiecznie od miesiąca). Że bez przepustki nigdzie nie wolno i że tak, mogę u niej kupić mapę obejmującą interesujący mnie rejon. Ale okazuje się, że to ta sama, którą już mam – ucięta przecież na granicy Kazbegi, gdzie kończą się zorganizowane atrakcje.
Tekst i zdjęcia / KATARZYNA NIZINKIEWICZ
Zdjęcie otwarcia / Podejście w stronę osetyńskiej granicy
ZNIKAJĄCY ALKOHOL
– Chcesz podejść do tego słynnego kościółka? – pyta José, chyba tylko dla porządku.
Nie chcę, nie lubię rozpropagowanych przez turystyczny biznes miejsc, nie umiem w nich nic dostrzec. Prawdziwy obraz przesłaniają mi znane z broszur wyretuszowane ujęcia, przeszkadza tłum, stragany, nieporządek. Zresztą José czuje się źle po zupie zjedzonej w pustej restauracji (a może po porannym chaczapuri?). Cywilizacja nas przytłacza, za dużo jemy. Zamiast w górę, ruszamy więc w dół. Szosa jest brudna i mokra. Policja potwierdza, że potrzebne są przepustki. Facet, który nas tu przywiózł, krąży za nami i zachęca do wydania 50 lari na dojazd (kilka kilometrów z powrotem) do Kobi, skąd mogliśmy sobie pójść do Truso.
– Tam są opuszczone domy – kusi.
– Wejdziecie, prześpicie się, zamkniecie drzwi.
Uciekamy zmęczeni jego natręctwem. Nie znajdujemy odejścia z szosy i choć mieliśmy zamiar iść pieszo (bo blisko), łapiemy stopa.
W Kobi leje. Ruszamy błotnistą drogą, José narzeka na żołądek. Na końcu kanionu, w miejscu, gdzie dolina się poszerza, jest bar, jeszcze czynny. José pije miętę (barman ma naręcza świeżo urwanej), deszcz stuka w dach. Jesteśmy sami. Sezon skończył się już dawno temu, jest tak spokojnie. Nie chce nam się ruszać i zostajemy na noc w domku kempingowym zbitym z surowej płyty wiórowej. Wieczorem deszcz słabnie, więc wychodzimy obejrzeć bąbelkujące jeziorko i mineralne wykwity, nazywane w turystycznych broszurach trawertynem. Przychodzi noc. Pan z kempingu oznajmia, że nas zostawia, że jeśli coś się nam spodoba w lodówce – możemy brać. Pitna woda w baniakach po mineralnej, gaz pod stołem, mięta na barze, na półkach wino i piwo… Dziwnie być samemu w całej dolinie. Rozsiadamy się w pustym, ciemnym barze, wiatce pod chmurką, gotujemy na zapas kilka jajek. Parzymy miętę, podgrzewam wodę do mycia i chowam się z nią w zakamarku. Ledwo zdążam. W ciemności, początkowo bardzo daleko, widzę światła. Zbliżają się, słychać też głośną muzykę.
– Wyjdę do mostu zobaczyć, kto to – mówi José, kiedy pośpiesznie narzucam na siebie ciuchy. To dwaj młodzi mężczyźni. Pijani. Mówią tylko po gruzińsku. Bezbłędnie trafiają do lodówki i zaczynają sobie pakować piwo. Próbuję interweniować. Co powiemy rano panu z kempingu? Mężczyźni coś bełkotliwie tłumaczą, nie są agresywni, ale się boję. W końcu, żeby mnie uspokoić, ważniejszy wybiera jakiś numer.
– Bardzo pijany? – pyta kobiecy głos po angielsku. – Puśćcie ich, niech biorą.
Dolinę znów przecinają światła auta, teraz czerwone.
– Uff… – José wyciąga zza paska ogromny kuchenny nóż. W zasadzie nie zza paska, tylko z legginsów – był już w piżamie.
– Zwariowałeś! Przecież byś ich pozabijał – oburzam się.
– Po co miałbym zabijać? Powiązałbym sznurowadłami i zadzwonił na 112. Mówiłem ci, że w wojsku byłem w komandosach. Codziennie przez trzy godziny ćwiczyliśmy obezwładnianie. Tego się nie zapomina. Wziąłem nóż, bo myślałem, że mogą być uzbrojeni…
Nocą okrutnie wieje, gałęzie tłuką się o dach naszej budki. Nie dają spać.
– To moj malczik – mówi rano pan od kempingu. Mniej skruszony, niż można by się było spodziewać. Raczej bezradny. – Czto diełat…?
– Mógłby nas chociaż przeprosić – oburza się José. – Zarwaliśmy przez niego pół nocy.
Też mam wrażenie, że przewracałam się tylko z boku na bok, ale musieliśmy przysnąć, bo nocą znikł cały alkohol.

ŻEŃSKI MONASTYR I WOJSKO
Mży. Wychodzimy bez żadnej nadziei. Nie mamy przepustki. Posterunek w Truso podobno jej nie wydaje, tylko sprawdza. Idąc w deszczu, rozważamy różne sposoby. Skręcić w dolinę, jak gdyby nigdy nic? Mają lornetki. Minąć i odbić w stronę Kazbeku? Nie wiemy, czy tam też nie wolno. Wąwóz Truso jest wciśnięty pomiędzy granice – rosyjską i tę nielegalnie ustanowioną przez Południową Osetię, czyli też Rosję. Bardzo prawdopodobne, że wrócimy. Tymczasem wleczemy się polną drogą, którą co jakiś czas przejeżdżają samochody. Mijamy męski klasztor, w połowie doliny mieszkają pasterze. Domy nie są porzucone, przynajmniej nie te, które mają szczelne dachy. Są tylko opuszczone na zimę. Przechodzimy rzekę, jak wszędzie w Gruzji obstawioną toaletami – tak, że nieczystości zmywa nurt.
Deszcz się nasila, więc chronimy się w żeńskim monastyrze. Zakonnice mają otwartą wiatę, gdzie sprzedają jakieś swoje wyroby. Pytam, czy zamiast nich moglibyśmy kupić gorącą kawę i potem z trudem wciskam zapłatę. Dziewczyna w cywilnym stroju bardzo zmieszana bierze pieniądze i wraca z garścią cukierków. Wcześniej rozmawiałyśmy po niemiecku (nie znała angielskiego) i kiedy pytam, czy może być rosyjski, rozpromienia się, więc chwilkę gadamy. Na zimę zostaną tu trzy kobiety. Gromadzą teraz zapasy. Przez cztery miesiące droga będzie nieprzejezdna, muszą sobie radzić same.

Tekst w całości przeczytasz w 303 (2/2026) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link
