Leżąca na terytorium USA Denali to najwyższa góra Ameryki Północnej – w związku z tym zaliczana jest również do Korony Ziemi. Używaną do niedawna nazwą było Mount McKinley i wiele osób nadal tak ją kojarzy. Wcześniej miejscowi Indianie określali górę właśnie jako Denali, co oznacza ‘wysoka’, a nazwa McKinley została nadana w 1896 roku, na cześć jednego z prezydentów Stanów Zjednoczonych. W 1975 roku władze Alaski przegłosowały powrót do rdzennego określenia, jednak proces ten trwał aż do 2015 roku. Denali to również nazwa ogromnego parku narodowego u stóp góry.

Mierzący 6190 metrów szczyt znajduje się w paśmie górskim Alaska (od stanu, w którym leży). Masyw jest stale pokryty śniegiem i dużymi lodowcami, a największy z nich – Muldrow – ma długość około 50 kilometrów. Przez ten właśnie lodowiec wiedzie bardzo rzadko uczęszczana droga pierwszych zdobywców Denali, jednak w tym artykule zajmę się drogą klasyczną, tak zwaną West Buttress.

Niezwykle ciekawym i ważnym dla nas faktem jest to, że Denali posiada jedną z największych deniwelacji na świecie. Dla mniej wtajemniczonych – chodzi o różnicę wysokości między najniżej i najwyżej położonym punktem na określonym terenie. W przypadku Denali deniwelacja wynosi ponad 5500 metrów! Dla porównania, Mount Everest ma około 3700 metrów. Inną specyficzną dla tego masywu cechą jest ciśnienie atmosferyczne – zależne od odległości od równika – które na szczycie Denali odpowiada wysokości około 6900 metrów, co dla naszych organizmów czyni tę górę porównywalną niemal z siedmiotysięcznikami.

Lądowisko na lodowcu Kahiltna; fot. Tomasz Sokołowski

Wszystkie te elementy sprawiają, że jest to z całą pewnością jedna z najtrudniejszych do zdobycia gór w Koronie Ziemi, ale też pod wieloma względami dużo bardziej wymagająca od wielu niezaliczanych do Korony. Nie mam tu na myśli trudności technicznych, tylko powagę całej wyprawy. Łatwo się domyślić, że ze względu na położenie – stosunkowo blisko koła podbiegunowego – często panują tam bardzo niskie temperatury i mało sprzyjające warunki. Okresy poważnych i długich załamań pogody, z ogromnymi opadami śniegu i potężnymi wiatrami, nie są rzadkością, więc zazwyczaj trzeba być szczęściarzem, aby wstrzelić się w porę, gdy jest ich mniej. Bywają wręcz lata, kiedy przez cały sezon pogoda nie pozwala wejść na szczyt zdecydowanej większości atakujących go zespołów. Aby jednak nie straszyć, wspomnę też, że miałem okazję stać na Denali w niezbyt grubej primaloftowej kurtce, zatem i na takie okna pogodowe można trafić. Niemniej, z perspektywy czterech wypraw przyznam, że zdarzyło się to tylko raz, a opowieści innych zespołów potwierdzają tylko, że dużo częściej zdarzają się tam na długie okresy niepogody.

Jeśli chodzi o trudności techniczne, to ich zróżnicowanie na Denali jest oczywiście ogromne i zależy od drogi wejścia. Ja skupię się na linii najbardziej popularnej, ale trzeba wiedzieć, że nie ma łatwych dróg na tę górę. Oczywiście, nie mówię tu o ocenie według kryteriów doświadczonych alpinistów lub przewodników – chodzi o najczęściej spotykanych na Denali wspinaczy, którzy wybierają jeden z klasycznych wariantów. W dużej mierze są to osoby uczestniczące w projektach zdobywania Korony Ziemi.

Poręczówki na grani w kierunku obozu C17 (camp 5); fot. Tomasz Sokołowski

Chcąc wejść na Denali, będziemy więc musieli pokonać wielokilometrowe lodowce z ogromnymi szczelinami, zaporęczowane stoki śnieżne o nachyleniu dochodzącym do 50 stopni, długie odcinki często lawiniastych grani, trawersy ogromnych, mocno nachylonych i również narażonych na lawiny stoków, a w końcu bardzo rozległych i trudnych w nawigacji terenów w partiach podszczytowych, gdzie mgła lub zamieć śnieżna nie należą do rzadkości. Na to wszystko nakłada się fakt, że jesteśmy setki kilometrów od dużych szpitali, w środku ogromnego masywu górskiego, skąd nie możemy być szybko ewakuowani inaczej niż helikopterem, który przyleci tylko w odpowiednią pogodę. Nie piszę tego, aby was straszyć i zniechęcać do tej pięknej góry. Raczej, by rzetelnie przedstawić wyzwania, z którymi będziecie musieli się zmierzyć, kiedy zdecydujecie się na wyprawę. Robię to też dlatego, że podczas moich dotychczasowych wyjazdów na Denali za każdym razem spotykałem tam ludzi kompletnie nieprzygotowanych, którzy tylko cudem unikali bardzo poważnych konsekwencji. (…)

Tekst i zdjęcia: Tomasz Kobielski  / Lider Agencji Adventure 24

Dalszą część materiału znajdziecie w najnowszym numerze GÓR (277).