To podobno najpiękniejsza piątkowa droga w Tatrach, a przynajmniej tak głoszą internetowe opinie. Wspaniałe wspinanie w litym granicie, nietypowe formacje skalne i fenomenalne widoki na najwyższe tatrzańskie szczyty. Wszystko to oferuje Droga Motyki na Małym Lodowym.
Tekst i zdjęcia / BARTOSZ WRZEŚNIEWSKI
Zdjęcie otwarcia / Im wyżej, tym piękniej! Start do trzeciego wyciągu
Trzeba przyznać, że tatrzańska pogoda potrafi być zmienna. W weekend, w ramach dość późnego rozpoczęcia letniego sezonu wspinaczkowego, wybraliśmy się z Wojtkiem Bojdo na Halę Gąsienicową, by zaliczyć klasyka – Filar Staszla na Granatach. Droga nie za trudna, jednak warto ją mieć w kajecie, szczególnie gdy chce się ją powtarzać zimą, kiedy nabiera poważniejszego charakteru.
Początkowo niezbyt byliśmy radzi ze swojego wyboru. Idąc z Kuźnic, dotarliśmy na miejsce o 9:00, no i oczywiście… trafiliśmy na korki. Jeden zespół w górze, drugi się szpei, trzeci już gdzieś wyżej, niewidoczny. No cóż, odpoczęliśmy ponad godzinę, ale i tak po pierwszej długości liny – dla naszych poprzedników były to trzy wyciągi – musieliśmy ponownie czekać na guzdrających się wspinaczy. W dodatku, mimo że wakacje w pełni, średnio letnie to było wspinanie: pochmurno, zimno i wietrznie. Palce grabieją, czucie skały mierne, przyjemność taka sobie. Chociaż zima dawno się skończyła, przez cały czas mieliśmy kurtki puchowe! Jakże miła odmiana czekała nas w Słowacji. Od rana lampa, krótki rękaw, okulary przeciwsłoneczne, a im wyżej, tym cieplej. Do tego w okolicy nie widać żadnych wspinaczy!

PIERWSZE PODEJŚCIE
Oprócz taternickich przygód po drodze czekała na nas nie byle jaka atrakcja turystyczna. Wyruszyliśmy Doliną Małej Zimnej Wody, aby dostać się pod naszą drogę… jedyną w Tatrach via ferratą, która została oddana do użytku niespełna rok wcześniej. Żelazny szlak prowadzi na Czerwoną Ławkę (2309 m), jego długość wynosi 400 metrów, a wycena to A/B. Tak więc nie należy się tam spodziewać mrożących krew w żyłach przygód. Ale o tym za chwilę…
Startujemy z parkingu w Starym Smokowcu o 7:00. Szybkie i dość łagodne przynajmniej w porównaniu do Hali Gąsienicowej – podejście na Hrebienok, potem dobrze nam znany niemal płaski trawers do rozejścia szlaków na Dolinę Staroleśną i Małej Zimnej Wody. Wybieramy tę drugą opcję, ponieważ zarezerwowaliśmy nocleg w kultowej chacie Téryego.
Dolina Małej Zimnej Wody i znajdująca się wyżej Dolina Pięciu Stawów Spiskich zawsze robią wrażenie. Z jednej strony majestatyczna Łomnica, która dominuje w krajobrazie już od samego Hrebienoka, z drugiej chociażby Pośrednia Grań, a gdzieś pomiędzy Lodowy, Baranie Rogi i Durny. Chata Téryego to chyba najbardziej dogodne miejsce, jeśli zamierzamy robić Koronę Tatr. Zwłaszcza że samo schronisko jest najwyżej położonym całorocznym schroniskiem w Tatrach, więc nocując tu, oszczędza się dużo podejścia. My, póki co, zagłębiamy się w las, a tatrzańskie giganty na chwilę znikają nam z pola widzenia. Za chatą Zamkowskiego robi się bardziej stromo. Las szybko się kończy i idziemy w pełnym słońcu, za którym tak tęskniliśmy na Staszlu, jednak teraz powoli zaczynamy mieć go dość.
Docieramy na miejsce, dla odmiany umordowani upałem. Robimy dłuższy odpoczynek, zostawiamy jedzenie i ruszamy w stronę Czerwonej Ławki. Niestety, morale coraz bardziej spada. Idziemy sprawnie, ale poprzednią akcję górską – pierwszą po zimie, ze startem i powrotem do Zakopanego – daje się odczuć w nogach, mimo dnia restowego. Cóż zrobić, ciągniemy do góry. Pogoda się psuje, zakładamy bluzy i pokonujemy kolejne metry ubezpieczone łańcuchami. W końcu docieramy na wzniesienie, skąd widać już Czerwoną Ławkę. Inaczej to sobie wyobrażaliśmy! Ze schroniska to niezły kawał drogi, a trzeba jeszcze ciutkę zejść, sporo podejść, zanim zacznie się ferrata, na której już ustawiają się rzesze turystów. Przestaje nam się to podobać. Zrzucamy plecaki, kładziemy się na kamieniach, aby odpocząć i zebrać myśli.

Wszystko jest jakby na nie: pogoda, odległość, czas, zmęczenie. Na słońce już nie mamy szans – znów zrobiło się zimno i wietrznie. Przyjemność ze wspinania w taką pogodę średnia i, co gorsza, słabe warunki do zdjęć, a przecież na tym mi przede wszystkim zależy. W tym momencie zaczynamy żałować, że nie poszliśmy na Baranie Rogi, które przecież były pod nosem (mimo że dojście pod drogę po piargach nie zachęcało). Zdajemy sobie też sprawę, że jeśli dziś się powspinamy, dodając do tego dość mocne podejście, jutro może być ciężko. W końcu ustalamy, że lepiej odpocząć i zrobić nazajutrz dwie drogi przy dobrej pogodzie, niż dziś wymęczyć ostatkiem sił jedną, w dodatku podobno najpiękniejszą w Tatrach. Rozważam jeszcze Baranie, ale Wojtek chyba słusznie stwierdza, że stąd mamy taką samą drogę, jak na Motykę, więc nie ma sensu wracać, aby ponownie podchodzić pod ścianę. Cóż zrobić, pozostało nam pogodzić się z losem. Zamiast planowanej na jutro drogi Traja Kamaráti na Baranich, do Motyki dołożymy Czereśniowy Filar i wyjdzie na to samo.
Długo leżymy przy szlaku, niemal zapadając w letarg. Czuję, jak moje ciało się regeneruje i dopiero teraz rozumiem, że dzisiejsza akcja oznaczałaby walkę z samym sobą, a nie radosny i relaksacyjny wspin. To chyba była dobra decyzja.
W schronisku sporo ludzi, ale w porównaniu do Murowańca, Moka czy D5S, jakby nie było nikogo. Klimat tu zupełnie inny, co czuć niemal od razu. Jest prawie jak w wysokogórskiej bazie gdzieś w Alpach. Niewielki budynek oraz brak prysznica i drogi dojazdowej odróżniają chatę Téryego od polskich odpowiedników. W dodatku niemal połowa gości to obcokrajowcy, w tym oczywiście Polacy. Niestety, na sen trzeba poczekać do 22:00, kiedy to obsługa sprząta salę i rozkłada na podłodze materace. Oczywiście rezerwację mamy na glebie, bo schronisko dysponuje tylko kilkoma łóżkami, a my zazwyczaj wszystko planujemy na ostatnią chwilę. To jednak nieco inna gleba niż u nas. Dostajesz materac, koc, a za noc płacisz połowę stawki. U nas nie dostaniesz niczego, a cena podobna jak za pokój.
Słowacy skrzętnie przestrzegają zarządzonej ciszy nocnej. Wszyscy kładą się po 22:00, nikt się nie kręci, nie hałasuje. Przed snem jeden z gości proponuje śliwowicę. Kto chętny, przejmuje kieliszek, ale wbrew pozorom sytuacja nie przeradza się w nocną popijawę. Po jednym i do snu. Ot, słowacka tradycja!

DO DWÓCH RAZY SZTUKA
Wstajemy przed wszystkimi i wychodzimy, zanim podadzą śniadanie. Znaną drogą do miejsca, gdzie wczoraj niemal usnęliśmy. Wyżej przekonujemy się, jak wygląda pierwsza tatrzańska via ferrata. Jak wspomniałem, należy do kategorii najłatwiejszych, cudów się tam nie spodziewajmy. Już sam fakt, że zbudowano ją obok dawnego szlaku turystycznego, może dać do myślenia. Nie jest ani specjalnie długa (400 metrów), ani trudna, ani też eksponowana. Wyprowadza na przełęcz, chociaż podobno były pomysły, by pociągnąć ją dalej, aż na Mały Lodowy Szczyt (nie mylić ze słowackim Małym Lodowym, chodzi o szczyt Široká veža) i według mnie to byłoby sensowne rozwiązanie.
Dla nas jest jedynie urozmaiceniem dojścia pod drogę, jednak dla kogoś, kto się nie wspina i nigdy na ferracie nie był, może być ciekawą przygodą. Warto nauczyć się korzystania z lonży przed poważniejszymi alpejskimi wyzwaniami i zobaczyć „z czym to się je”. My rzecz jasna lonży nie mieliśmy. Przeszliśmy szlak szybko, nawet nie zakładając kasków. Kilka ciągów drabinek na kładącej się lekko ścianie nie powinno sprawić problemów doświadczonym turystom. Myślę, że jeśli ktoś sprawnie pokonuje Orlą Perć, tutaj również sobie poradzi, być może nawet bez lonży, chociaż oczywiście do tego nie namawiam. Prawda jest jednak taka, że nasza poczciwa Orla wydaje się bardziej wymagająca, szczególnie gdy próbujemy przejść ją w całości. Były zresztą propozycje przerobienia tego szlaku na via ferratę, ale ostatecznie zrezygnowano, zdaje się, że z powodów kulturowo-historycznych. Chyba słusznie. Orla to Orla, nie ma takiej drugiej. W istocie to też via ferrata, tyle że zamiast stalowych lin, do których możemy wpiąć karabinek, mamy łańcuchy.
Docieramy na przełęcz i na drugą stronę, do Doliny Jaworowej schodzimy systemem sztucznych ułatwień. Opis dojścia pod ścianę jest nader skromny. Zastanawiamy się, czy nie trzeba będzie szukać trawersu od szlaku. Okazuje się jednak, że wystarczy zejść na sam dół, a ściana po chwili się wyłoni. Orientacja w niej nie stanowi problemu, bo start jest dość charakterystyczny. Na miejscu meldujemy się chwilę po 9:00. Oprócz nas nie ma nikogo. Jest pięknie!

ZAPOMNIANA PRZEZ KRUKI I LUDZI
Po dłuższym odpoczynku, w trakcie którego dokładnie zlustrowaliśmy ścianę, szpeimy się bez pośpiechu i chowamy niepotrzebne rzeczy w szczelinę pod wielkim głazem. Kruki, o dziwo, tu nie zaglądają, więc nie musimy przykrywać jedzenia kamieniami, chociaż i tak robimy to na wszelki wypadek. Po polskiej stronie na popularniejszych drogach te cwaniaki tylko czyhają na mniej przezornych wspinaczy, wiedząc, że pozostawiony na dole wór oznacza darmową wyżerkę. Znają dobrze ulubione miejsca taterników, umieją otworzyć plecak i wyjąć z niego zawartość. Nieraz słyszałem opowieści o zagubionych kluczykach do auta czy rozrzuconych pod ścianą dokumentach i rzeczach osobistych. Tutaj cisza – ni kruków, ni ludzi. Aż dziwne, bo podobno to najpiękniejsza tatrzańska droga o tych trudnościach. A może po prostu słowackie przekąski są mniej kuszące?
Po chwili dochodzą nas głosy. To dwie sympatyczne Słowaczki idące od strony Zbójnickiej Chaty, które też wybierają się na Motykę. W ostatniej chwili zmieniamy plan i bierzemy ze sobą buty podejściowe. Po pierwsze dlatego, że linia zjazdów prowadzi drogą, a my już nie jesteśmy tu sami, po drugie zejście jest szybsze – przynajmniej tak twierdzą dziewczyny.
Południowa ściana Małego Lodowego przypomina mi nieco naszą poczciwą Zamarłą Turnię. Nie jest specjalnie wysoka – przynajmniej jak na Słowację, bo swoją polską odpowiedniczkę przerasta o 80 metrów – za to w całości lita, z dobrą asekuracją, ciekawymi formacjami i gotowymi stanowiskami. Nawet wystawa się zgadza! Wypisz wymaluj Zamarła.
Obite stany mogą się podobać lub nie. My trochę marudzimy, że idziemy w przerośnięte skałki, tyle że z długim podejściem. Chyba coś jest na rzeczy, bo pięć wyciągów to niewiele więcej niż Zamarła czy Mnich. Do tego te stanowiska – wszystko nie brzmi specjalnie górsko. Prawda jest jednak taka, że obie wspomniane wyżej miejscówki są niemal ikonicznymi ścianami po naszej stronie Tatr. Takich ładnych rys jak na Mnichu i pięknych litych płyt oraz zacięć jak na Zamarłej nie uświadczymy chyba nigdzie indziej na terenie TPN. Zresztą Droga Motyki na Zamarłej jest też bardzo ładna i nawet trochę podobna: wpierw zacięcia, potem widokowe, lecz nietrudne płyty, trawers, komin. Liczymy więc, że warto iść taki kawał dla tych 200 metrów wspinania.

MOŻNA SIĘ POWSPINAĆ
Pierwszy wyciąg prowadzi Wojtek. Na dzień dobry trzeba pokonać niewielkie pole śnieżne, a ja obawiam się, czy w takiej sytuacji starczy nam liny. Przekraczam je i na skale znajduję dogodne miejsce do asekuracji. W samą porę, bo liny zostało nie więcej niż metr.
Pierwszy wyciąg startuje łatwym zacięciem (IV), po czym odbijamy z niego w lewo na płytę. To bardzo charakterystyczne miejsce, znamy je dobrze ze zdjęć i opisów. Znajdziemy tu nietypowe jak na Tatry wymycia, w formie półkolistych zagłębień. Idzie się po tym niemal jak po schodach, czyli łatwo. Chyba nawet nie ma tam IV, a przynajmniej takie są moje odczucia. Niestety, miejsce to jest kompletnie nieasekurowalne, więc dla kogoś, kto często zakłada przeloty w łatwym terenie, może podziałać na psychę.
Dochodzę do stanowiska i przejmuję prowadzenie. Kolejny wyciąg to znowu łatwe zacięcie, a następnie płyta. Tu jednak trudności wzrastają, bo kończą się wymycia. Linia jest o tyle ciekawa, że trzyma piątkowy poziom do końca. Czasem przecież bywa tak, że trudności są ciągowe, a nie – jak to często się zdarza – dwa ruchy i dupotłucznia na lotnej. Tutaj trzy wyciągi pod rząd wyceniono na V, a oprócz kluczowych miejsc w większości mamy do czynienia z czwórkowym terenem, więc można się powspinać. Na tym chyba polega urok tej linii, że cały czas trzyma umiarkowane trudności. Jak to mówią: nie ma zamuły!
Tym razem płyta jest dobrze asekurowalna. I całe szczęście, bo nie chciałbym solować piątkowych fragmentów. Wyciąg jest dłuższy, niż się początkowo wydawało, a pod koniec nie jestem pewny przebiegu drogi. Mylą mnie haki – jeden wbity tuż nad głową, drugi nieco bardziej w lewo. Pałować do góry czy trawersować? Z tego, co pamiętam, linia powinna tu odbijać, martwi mnie jednak, że nie widzę stanowiska. Czyżbym je minął? Dochodzę do pierwszego haka i daję sobie chwilę na zastanowienie. Wojtek krzyczy, że chyba w lewo. Faktycznie, zaraz pod kolejnym hakiem znajduje się stan, którego z płyty nie byliśmy w stanie dostrzec. Kilka ruchów i jestem bezpieczny.
Dopiero tutaj, gdy wepnę się do stanu, odwracam się za siebie. Wow! Jest bosko! Człowiek skupia się na wspinaniu, na wyszukiwaniu chwytów i miejsc do założenia asekuracji, więc kompletnie nie widzi, co dzieje się dookoła. A tu okazuje się, że za plecami Gerlach! Wyłonił się nagle, nie wiedzieć kiedy, chyba czeka, aż w końcu go zauważę. A trochę dalej Wysoka i Rysy. Jak tu powietrznie! Głaz, pod którym schowaliśmy rzeczy, ledwo już widoczny z oddali.
Po chwili dociera Wojtek, który jakoś nie bardzo garnie się do prowadzenia. Nie może się przyzwyczaić do nowych butów – chyba nie jego dzień. Przed nami piątkowy trawers. Mnie to pasuje. Zabieram szpej i ruszam do góry. Postanawiam zadrzeć do końca. Łączę dwa kolejne wyciągi w jeden, zostanie jeszcze jeden piątkowy i dalej łatwym terenem na szczyt.
Ruszam mało zachęcającą płytą do góry. Wydaje się czujna, chociaż gdy już się do niej dotrze, okazuje się nietrudna. Przede mną trawers w zacięciu, nad którym trzeba dać długi krok, aby z płyty przejść na skalną półkę. Wkładam dużego frienda. Okazuje się, że niepotrzebnie, bo dwa metry wyżej jest hak. Wpinam się w niego. Robi się już dość bezpiecznie, bo lot na samym friendzie skończyłby się sporym bujnięciem.
To dobre miejsce na resta, można fajnie rozeprzeć się nogami i spokojnie pokombinować. Ustawiam się najlepiej, jak mogę, i wrzucam prawą nogę na półkę. No, prawie szpagat! Niestety, martwi mnie brak pewnych chwytów. Stoję w tym rozkroku, szukam, szukam i nic. Sądziłem, że po prostu wciągnę się prawą ręką, a tu trzeba trochę bardziej pokombinować. Wycofuję się, aby zmienić pozycję i lepiej się ustawić, a przy okazji dać odpocząć napiętym mięśniom. Próbuję ponownie i tym razem idzie gładko. Już rozumiem, że to raczej kwestia równowagi i odpowiedniej pracy nóg. Przenoszę ciężar na prawo, wybijam się z lewej… Jestem! Wcale nie było to trudne, wystarczyło zaufać niepewnym chwytom na tarcie i mieć dobry balans. Na koniec wypinam jeszcze linę z haka – zamierzam połączyć dwa wyciągi w jeden, więc lepiej, by za bardzo nie kluczyła pomiędzy przelotami.
Dalej szybko łatwym komino-zacięciem do góry i docieram do kolejnego stanowiska. Tu jednak nie jestem pewny przebiegu drogi. Nade mną efektowna płetwa – iść z prawej, z lewej czy przez nią? Trzeba chyba zajrzeć do topo. W tym momencie partner daje znać, że do jego stanowiska zbliżają się dziewczyny. Nie chcąc robić zatorów, postanawiam go ściągnąć. Zyskamy czas na deliberację nad dalszym przebiegiem drogi, a dziewczyny nie będą musiały czekać.

FAJNIE DO KOŃCA
Jednak przez płetwę! No fajny ten start, taki trochę bulderowy. Zupełne przeciwieństwo poprzedniego wyciągu. Zgodnie ze znanym twierdzeniem, że prawdziwa siła techniki się nie boi. Kawałek do góry i już ją łapię. Klama jak siema! Podciągam się, a na koniec klinuję w niej nogę, w ten sposób odpoczywając. Teraz jeszcze jedno podciągnięcie i staję na górze. Super to było! Jakbym zdobył mikroskopijną turniczkę.
Dalej w zacięciu trudności w miarę trzymają, ale nie sprawiają żadnych problemów, ot fajne wspinanko. Jest kolejne stanowisko i ostatni wyciąg za V. Te końcowe trudności można obejść z lewej, ale nie po to tu szedłem. Wbijam się w przewieszkę w kominie, przechodzę ją sprawnie, utykając po drodze jakąś kość. Trochę tam było rozpieraczki, trochę odpowiedniej pracy nóg, a wyżej fajne klamy i po problemie. To trzecie bardziej wymagające miejsce na Motyce, zasłużone V. Dalej teren już puszcza. Pionowo do góry dobrze urzeźbionym zacięciem, z trudnościami w okolicach IV, wprost na ostatnie stanowisko, skąd można zrobić trzy zjazdy (lina 2 × 60 m) do podstawy ściany.
Czuję się jednak zbyt zmęczony na kolejną drogę. Teraz jest jeszcze w porządku, ale zanim zejdziemy… Pora też nie za wczesna, więc Czereśniowy Filar trzeba będzie odpuścić. Zamiast tego jeszcze jeden wyciąg na wprost, który można było obejść z liną w plecaku. Według opisu Przemka Patelki ze strony drytooling.com.pl to „szpetne zacięcie” za IV+ oraz „szukanie trudności na siłę”. Nie jestem pewny, czy było tam IV+, czy może jednak mniej, za to pamiętam, że z asekuracją trochę bida. Kolejny wyciąg kończy się dwójkowo-trójkowym terenem, który wyprowadza na przedwierzchołek Małego Lodowego, gdzie odnajduję pętle stanowiskowe przeciągnięte przez ucho skalne i ściągam partnera. Bardzo fajnie wyszło, wspinaczkowo do końca. W sumie siedem wyciągów, cztery godziny nieśpiesznego wspinania z przerwami na zdjęcia.
Długo tu leżymy – na słońcu, na bosaka. W końcu, gdy dość mamy patrzenia w dal, zwijamy liny, pakujemy żelastwo i łatwym terenem pokonujemy ostatnie metry na właściwy szczyt. Wszystkiego może z pięć minut. I znów odpoczywamy, podziwiając widoki. Dziewczyny docierają 45 minut po nas. Widzimy je z góry, siedzą tam, gdzie my po skończeniu drogi. Patrzymy też na polską stronę, bo tej słowackiej już żeśmy się naoglądali. Gdzieś majaczą Mięgusze, Szpiglas, Miedziane. Widać Świnicę. Widać Babią Górę. A jeszcze dalej nawet Czantorię.
Schodzimy granią – na której chciano pociągnąć ferratę, ale są tylko gołe skały – wprost na Czerwoną Ławkę, po czym odtwarzamy poranną marszrutę wzdłuż ścian Małego Lodowego. Niżej Dolina Staroleśna zaskakuje nas bujnością flory. Pamiętamy ją z zimy, kiedy wszystko było przykryte śnieżną poduchą, spod której wystawały jedynie czubki krzewów. Teraz idziemy korytarzem obrośniętym szczelnie ścianami kosodrzewiny i nawet czapki spoza nich nie wystają. Lodospadu Grosza w ścianie Sławkowskiego już dawno nie ma, ale to akurat nas nie dziwi. A niżej przyjemny, pachnący mchem i wodą las. Dający wytchnienie od nagrzanej słońcem skały, z którą obcowaliśmy przez cały dzień. Szkoda jedynie, że Hrebienok zamknięty, bo liczyliśmy na zimne piwo…
Tekst został opublikowany w 289 (6/2022) numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersję w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



