Dacie wiarę, że na naszej Jurze jest 5000 skał z ponad 15 000 dróg wspinaczkowych? Poza tym znajdziemy tam 1700 jaskiń i 738 kilometrów szlaków, które odkrywać można na piechotę lub rowerem. Serce rośnie… Pod warunkiem, że nie jesteśmy analitykami ubezpieczeniowymi, bo wtedy ta piękna rzeczywistość jawi się w ciemnych barwach. Po części powód do zgryzot jest słuszny – specyfika dużych liczb sprawia, że wszystko, co może się zdarzyć, z pewnością będzie miało miejsce. Dotyczy to również wypadków.
Tekst / PIOTR GRUSZKOWSKI
Zdjęcia / PRZEMYSŁAW BANAŚ
Zdjęcia otwarcia / „Kilka razy w roku mamy akcje podczas których osoba poszkodowana opuszczana jest w specjalistycznych noszach do podstawy ściany”
ZE SKAŁ
Czasami nachodzi mnie sentymentalna refleksja, że Jura Krakowsko-Częstochowska to jedna ze wspanialszych rzeczy, jaka mogła przytrafić się przeciętnemu polskiemu wspinaczowi. Owszem, dzisiejsza swoboda przemieszczania się rozbudza apetyt na bardziej odległe kąski, więc z ich perspektywy możemy z pewną dozą krytycyzmu spoglądać na nasze wapienne ogródki. Wszak w zasięgu kilkugodzinnego lotu skały są znacznie atrakcyjniejsze, przechwyty fajniejsze, drogi dłuższe lub bardziej wywieszone, a klimat aż zachęca do łojenia przez cały rok.
Podróże podróżami – wiadomo, kształcą – ale na co dzień, po pracy lub na szybki weekendowy wypad nie ma nic lepszego, niż tête-à-tête ze swojskim, choćby wyślizganym jak mydło wapieniem. Nie zapominajmy też o całokształcie, do którego być może zdołaliśmy przywyknąć – krajobraz przyozdobiony ostańcami i ruinami średniowiecznych warowni pobudza wyobraźnię nawet twórców światowej sławy filmów. Generalnie jest więc pięknie i całkiem znośnie pod względem treningowym (co byśmy zrobili bez możliwości nieustannego szlifowania jurajskich klasyków?), gdyby nie małe „ale”… Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, więc od czasu do czasu ktoś zapomni zawiązać węzeł na końcu liny, ktoś inny niewprawnie założy przelot, idąc na własnej, lub najzwyczajniej w świecie dostanie kamieniem w głowę. No cóż, grawitacja.
Wszystko to brzmi banalnie (choć z pewnością nie dla ofiar takich zdarzeń). Akcjom ratunkowym też zazwyczaj daleko do spektakularnego rozmachu znanego z alpejskich gór, bo na Jurze nie trzeba robić ryzykownych wahadeł na linie uwiązanej pod śmigłowcem, aby dostać się w przewieszoną strefę kilkusetmetrowej ściany. Wystarczy zespół wyszkolonych ratowników, odpowiedni sprzęt transportowy i sprawna organizacja, by udzielić poszkodowanemu pierwszej pomocy i znieść go spod skał. „Rocznie na Jurze wydarza się średnio od 150 do 200 wypadków – z roku na rok coraz więcej. Dominują jednak wypadki turystyczne: skręcenia, złamania, ukąszenia, różnego typu zachorowania, czyli udary lub zawały” – precyzuje zakres codziennej pracy Mateusz Leks, zastępca naczelnika Grupy Jurajskiej GOPR. Czy więc goprowcom trafiają się wyzwania wychodzące poza ramy rutyny? „Kilka razy w roku mamy akcje, na przykład na Sokolicy, gdy osoba poszkodowana opuszczana jest w specjalistycznych noszach do podstawy ściany” – dodaje Leks.
Tak było choćby cztery lata temu, gdy ratownicy dyżurujący w stacji na terenie Brandysówki dostali zgłoszenie o wypadku na Sokolicy. Wspinacz zjeżdżał ze stanowiska na zbyt krótkiej, na dodatek niezabezpieczonej węzłem linie i nie zauważył jej końca. Szczęśliwie goprówka znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie najwyższej ściany Jury, więc w kilka minut ratownikom udało się dotrzeć do poszkodowanego, zabezpieczyć go i wykonać wstępne badania. Sytuacja nie wyglądała dobrze, bo zachodziło podejrzenie wystąpienia urazów wielonarządowych, a także złamania miednicy. Kontrolując parametry życiowe wspinacza, ratownicy rozpoczęli jego ewakuację na desce ortopedycznej, a jednocześnie wezwali śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Zespól LPR wylądował na łące pod Sokolicą kilka minut później, akurat w chwili, gdy GOPR dotarł z poszkodowanym. Na tym jednak akcja się nie zakończyła, bo na stanowisku w ścianie pozostał partner wspinacza – bez liny. Należało więc wyjść na szczyt Sokolicy, a następnie dostać się do osoby oczekującej pomocy, by z nią wykonać zjazd do podstawy ściany.
To przykład dużej akcji, w której udział brało sześciu ratowników GJ GOPR i zespół helikoptera LPR. Lecz wypadki wymagające nietypowej interwencji zdarzają się nie tylko na 80-metrowej Sokolicy. „W rejonie Biblioteki w Podlesicach w wyniku odpadnięcia wspinaczowi kolano zaklinowało się w szczelinie. Nie mógł być opuszczony do podstawy ściany ani pójść w górę. Ratownicy musieli do niego zjechać, zabezpieczyć przed upadkiem, no i uwolnić nogę, delikatnie podkuwając skałę” – przypomina wyjątkowe zdarzenie Mateusz Leks.
„W ostatnich latach widać duże zmiany spowodowane rosnącą popularnością wspinania. Ludzie już nie próbują zaczynać przygody na własną rękę, lecz zapisują się do klubów lub na kursy wspinaczkowe. Coraz mniej jest wypadków spowodowanych samodzielnym stawianiem pierwszych kroków w skale” – optymistycznym akcentem kończy Naczelnik.

Z JASKIŃ
Jaskinie Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej nie należą do nadzwyczaj długich (1027 metry – Jaskinia Wierna), ani zbyt głębokich (77,5 metra – jaskinia Studnisko), jednak nie sprawia to, że można je lekceważyć. Bywają niebezpieczne ze względu na często spotykane wąskie odcinki (zaciski), kruche fragmenty i studnie, do których stosunkowo łatwy dostęp mają osoby bez doświadczenia. Dobrym przykładem jest wspomniane Studnisko – zachęcający do wejścia szeroki korytarz niespodziewanie przechodzi w uskok, który wymaga 28-metrowego swobodnego zjazdu. Zresztą nawet konieczność posiadania zapasowego źródła światła nie jest oczywista dla wszystkich zwiedzających jurajskie podziemia, więc o wypadek nietrudno. A ewentualne akcje ratunkowe w jaskiniach nie należą do łatwych. Zazwyczaj są skomplikowane technicznie, wymagają zaangażowania dużej liczby ratowników i sprzętu oraz sprawnej logistyki.
„Ciekawym przykładem może być przypadek sprzed czterech lub pięciu lat, który wydarzył się w Jaskini Wszystkich Świętych. W miejscu o nazwie Most Herberta mężczyzna nie wpiął się do poręczówki, w wyniku czego spadł z wysokości siedmiu metrów, łamiąc obie ręce na wysokości przedramion” – wspomina Mateusz Leks.
Obrażenia uniemożliwiały samodzielne wyjście z jaskini, więc na miejsce wypadku wyruszyło 11 ratowników. Niebawem, ze względu na specyfikę akcji, dołączyć musieli kolejni i ostatecznie w wyprawie udział wzięło 23 członków Grupy Jurajskiej oraz jeden z Grupy Bieszczadzkiej. Jako pierwsi do poszkodowanego dotarli ratownicy medyczni, którzy przeprowadzili wstępną ocenę stanu zdrowia. Okazało się, że konieczna jest ewakuacja z użyciem noszy jaskiniowych i technik alpinistycznych. A to z kolei wymagało poszerzenia wąskich partii jaskini, więc akcja trwała niemal 16 godzin.
Nietypowy był też wypadek w rejonie Morska. „Mieliśmy zgłoszenie od rodziny, że mężczyzna wybrał się na wycieczkę na Jurę, mając w planie zwiedzanie jaskiń. Informacja bardzo ogólna, bo teren duży. Punktem zaczepienia była wiadomość, że pan dotarł do Zawiercia… Wstępnie sprecyzowaliśmy kierunek, w którym mógł wyruszyć spod dworca PKP, i udało nam się go znaleźć w Stefanowej Dziurze. Okazało się, że próbował zejść do jaskini przy użyciu sprzętu kupionego w markecie budowlanym, opuszczając się na linie siłą własnych rąk. Widząc początkową pochylnię, stwierdził, że da radę, ale ta po kilku metrach obrywa się pionową, 13-metrową studnią. Niestety, tam ręce już nie wytrzymały i człowiek spadł na dno jaskini. Na szczęście nic mu się nie stało, bo wylądował na stercie liści. Najadł się tylko strachu, bo nie wiedział, czy ktoś przyjdzie mu z pomocą. Co by się jednak stało, gdyby rozpoczął przygodę od Wielkiej Studni Szpatowców w Podlesicach, w której pochylnia kończy się 25-metrową studnią?” – opisuje zdarzenie Mateusz Leks. „Przy wielu okazjach przypominamy, że najważniejszą rzeczą podczas planowania wycieczki jest poinformowanie kogoś, dokąd się wybieramy, a w przypadku wejść do jaskiń – ustalenie godziny alarmowej” – dodaje Naczelnik.

ZE SZLAKÓW
Wypadki wspinaczkowe czy jaskiniowe wymagają dużego zaangażowania goprowców, jednak zdarzają się stosunkowo rzadko. Jak wspomniał naczelnik, codziennością ratowników z Grupy Jurajskiej są urazy i zasłabnięcia turystów na szlakach czy w popularnych miejscach rekreacyjnych. Czasami niebezpieczne przygody przytrafiają się też w trudniejszym terenie, jak miało to miejsce w listopadzie 2020 roku, gdy ratownicy w Podlesicach odebrali zgłoszenie o wypadku turystki na Górze Zborów – kobieta poślizgnęła się na skale i wpadła do szczeliny, doznając kontuzji nogi. Po dotarciu do poszkodowanej ratownicy zabezpieczyli urazy i za pomocą technik linowych ewakuowali ją w bezpieczne miejsce.
„W przypadku turystów największym wyzwaniem jest ich zlokalizowanie lub uzyskanie konkretnych informacji na temat miejsca wypadku. Ludzie zazwyczaj zapamiętują punkt, z którego wyruszyli, a nie każdy jest na tyle zorientowany, że wie dokładnie, jakie atrakcje czy skały mijał po drodze. Więc kluczowy jest pierwszy kontakt dyspozytora z poszkodowanym, bo do samego dojazdu jesteśmy już dobrze przygotowani – mamy karetki górskie, quady, skutery śnieżne” – mówi Mateusz Leks. „W namierzeniu poszkodowanego pomaga aplikacja Ratunek, a jeśli ktoś ma zasięg sieci i jest w stanie obsługiwać telefon, może ją wgrać choćby na miejscu zdarzenia” – dodaje.
Pojawiające się na Jurze nowe trasy rowerowe i zyskująca na popularności jazda w terenie również przyczyniają się do zwiększenia częstotliwości wypadków na jednośladach. Można tu zauważyć wpływ rosnącej liczby rowerów ze wspomaganiem elektrycznym, na których prędkości jazdy nie limituje forma czy umiejętności
techniczne użytkownika. „Na Jurze wśród rowerzystów najczęściej zdarzają się upadki, kolizje lub problemy związane z awarią sprzętu” – uściśla problem Naczelnik.

ZNIKĄD (POZORNIE)
Teoretycznie Wyżyna Krakowsko-Częstochowska jest na tyle mocno zurbanizowana, że ludzie nie powinni gubić się tu na dłużej. A jednak… Sporo trudno dostępnego terenu, liczne jaskinie, nieczynne wyrobiska i pofabryczne budynki… Jest gdzie się podziać. „Szczególnie gdy robi się ciemno, dlatego najwięcej działań poszukiwawczych mamy w okresie jesiennym i zimowym, kiedy dni są krótkie” – wyjaśnia Mateusz Leks.
Akcje poszukiwawcze GJ GOPR, prowadzone zazwyczaj we współpracy z policją, wymagają precyzyjnego planowania i specjalistycznej wiedzy, nie tylko z zakresu ratownictwa, ale też na przykład psychologii. A działać trzeba szybko, bo czas ma tu decydujące znaczenie. Tak było w przypadku starszego mężczyzny z okolic Myszkowa, który zabłądził w podmokłym terenie – na szczęście został szybko odnaleziony, ponieważ mocne wychłodzenie organizmu mogło zagrażać jego życiu. Poszkodowanego ewakuowano z niebezpiecznego miejsca przy pomocy quada.
Innym przykładem są poszukiwania 53-letniej kobiety, która wyszła z domu rankiem poprzedniego dnia. Po przeprowadzeniu wywiadu z rodziną i szeroko zakrojonej akcji, ratownicy odnaleźli poszkodowaną w studni na podwórzu sąsiedniej posesji. Dalsze działania były już „typową” pracą goprowców – zjazd do studni, sprawdzenie stanu ofiary, ewentualne zabezpieczenie urazów i wydobycie jej na powierzchnię. W trwających siedem godzin działaniach wzięło udział 10 goprowców.
„W akcjach poszukiwawczych wykorzystujemy też drony. Mamy specjalny program, który służy do wykrywania zaginionych osób. Działa na tej zasadzie, że wyposażony w dobrą kamerę przelatuje nad danym obszarem z określoną prędkością, wykonując setki zdjęć terenu. Po powrocie do operatora zdjęcia są zgrywane do komputera, a system analizuje materiał, wyłapując wszystkie elementy, które kształtem mogą przypominać człowieka. Jeśli coś takiego znajdzie, podaje dokładne koordynaty GPS i zespół ratowników może szybo dotrzeć w to miejsce. Jesteśmy więc w stanie sprawnie przeszukać duży obszar, nawet leśny” – opisuje najnowsze narzędzia GOPR-u Mateusz Leks.

Z WYPADKÓW I KATASTROF
Z pewnością wyobrażamy sobie, że ratownicy Grupy Jurajskiej działają tylko w terenie, jednak jako jednostka współpracująca z Państwowym Ratownictwem Medycznym angażowani są też do wypadków i katastrof komunikacyjnych lub zwykłych zachorowań, w sytuacjach, gdy w pobliżu nie ma wystarczającej liczby wolnych karetek. Ratownicy GJ GOPR pracowali z psami między innymi przy przeszukiwaniu zawalonej hali wystawienniczej w Katowicach w 2006 roku czy podczas katastrofy kolejowej w Szczekocinach w 2012 roku. Pomagali też w ewakuacji 200 harcerzy, których ogromna nawałnica odcięła w obozie, pośród połamanych drzew.
W 2020 roku na wyposażenie Grupy Jurajskiej trafił specjalistyczny sprzęt, który pozwala na poszerzenie diagnostyki i daje możliwość zaawansowanych interwencji medycznych. A to, w połączeniu z niedawno wprowadzonymi przepisami, uprawniającymi ratowników medycznych GJ GOPR do podawania leków, pozwala w wielu wypadkach wesprzeć obowiązki załóg pogotowia ratunkowego.

Tekst został opublikowany w 292 (3/2023)numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



