Hakówki w skałkach – Józef Osada
NIT – Zbigniew Piotrowicz
W Skałkach jesienią – Bogdan Jankowski
Wanda, pierwsza wspinaczka – Bogdan Jankowski
Wojciech Kurtyka – Michał Kajca
Małolat – Rudaw Janowic
Moje początki – Alek Lwow
Tabor pod Krzywą – Sławek Ejsymont
Miało być o Rysie H/2 – Marek Płonka
Niezapomniana Dekada – Jasiu Paker Krajewski
Pierwsza ekiperka – Mój skromny okruch z kalendarium klasycznej eksploracji Sokolików – Piotr Jaśkiewicz
Jak dziwnym trafem zacząłem się wspinać – Wojciech Dozent Wajda
Dlaczego bez liny? – Jarek Liwacz
Lata dziewięćdzesiąte w Sokolikach z perspektywy lokalnego wspinacza – Jan Wieczorek
Moje paranoje – Paweł Benek Behnke
Sokół – Michał Kajca
Z pamiętnika ekipera – Krzysztof Zabłotny
Hakówki w skałkach
Józef Osada

Okres przed nami
Przed 1966 rokiem było w Górach Sokolich kilkanaście dróg z fragmentami pokonywanymi techniką hakową lub nitową. Większość z nich powtórzyliśmy. Były one łatwe, bo oferowały duże i mocno osadzone haki. Wytyczyliśmy również z różnymi partnerami kilka autorskich dróg z fragmentami hakowymi. Czuliśmy jednak, że nie było to wystarczające, aby pokusić się o przejścia honornych ścian tatrzańskich, nie mówiąc już o drogach alpejskich, o których marzyliśmy. Na wielu z nich były wymagające odcinki hakowe, przede wszystkim duże okapy wymagające perfekcyjnego obycia z techniką sztucznych ułatwień. Naszym celem było zatem dobre opanowanie trudnej sztuki podciągu. Ciężko nam było sobie wyobrazić, żeby trenować haczenie dużych okapów na Wariancie R na Mnichu czy Filarze Kazalnicy.


Okres haczenia (lata 1966–1968)
Wybraliśmy kilka ścian w skałkach, które przy ówczesnym obuwiu i sprzęcie nie dawały żadnych szans na pełne przejście klasyczne. Właśnie na nich poprowadziliśmy drogi z odcinkami hakowymi (nitów nie stosowaliśmy), które wydawały się nam bardzo trudne. Stosowaliśmy m. in. cienkie haki zwane jedynkami. Wykonywaliśmy je własnoręcznie z blachy – o ile dobrze pamiętamy – chromoniklowej o grubości ok. 2–3 mm i długości ok. 3–4 cm z otworem przewleczonym linką stalową o średnicy ok. 3 mm. Jedynka była zawieszana lub wbijana w nikłą szczelinę na głębokość ok. 3–5 mm, a przed obciążeniem – sprawdzana. Nigdy na niej nie odpadliśmy. Do najtrudniejszych nowych dróg zaliczaliśmy: Kant Hakowy Sokolika Małego, Sokolą Lalkę środkiem ściany, Jastrzębią Turnię środkiem zachodniego filara, Krzywą Turnię rysą na lewo od Rysy Lotników oraz Wielki Okap na Piecu.



Okres tatrzański
Trening skałkowy się sprawdził, bo w Tatrach nie mieliśmy żadnych problemów. W 1967 roku przeszliśmy kilka trudnych wówczas dróg. Przykładowo z Janem Franczukiem, dla którego był to debiut hakowy w Tatrach, zrobiłem Wariant R na Mnichu. Lewy Filar Kazalnicy przeszliśmy obaj (E. Osada i J. Osada) w 1967 roku w 16 godzin, co wówczas było bardzo dobrym czasem. Mieliśmy tam wygodny biwak ponad trudnościami, dwa klasyczne wyciągi poniżej Siodełka. O 11 byliśmy na szczycie Kazalnicy. W następnym sezonie (1968 r.) poprowadziliśmy też nową drogę na Kazalnicy Cubryńskiej, która biegnie środkiem ściany czołowej filara. W tamtych czasach przechodziliśmy również, z różnymi partnerami, inne drogi na Kazalnicy: Heinricha-Chrobaka (1971 r.), Direttissimę (1971 r.) czy Kiełkowskiego (1972 r.).


Serdecznie pozdrawiamy!
Edward i Józef Osadowie, Wrocław, 18 sierpnia 2023 r.
P.S. Nasze nazwisko jest w literaturze przewodnikowej błędnie pisane jako Sahajdak-Osada. Jednak nigdy takiego nie używaliśmy i nie ma go w żadnych dokumentach.
Od Redakcji – lista autorskich hakówek braci Osadów:
• Sokolik Mały, Dwójka (A3) J. Osada, K. Piotrowski 1968 – wcześniej Jedynka Hakowa
• Sokolik Mały, Biały Ściek (A2) E. Osada, J. Osada 1968
• Sokola Lalka, Droga Osadów (A3) J. Osada, E. Osada 1967
• Ptak, Kurtykówka (A2) E. Osada, J. Osada 1967
• Tępa, Gula Hula (A1) E. Osada, J. Osada 1967
• Sukiennice, Nos Wodza (A2) J. Osada 1967
• Krzywa Turnia, Rysa Osady (A2) E. Osada 1967
• Jastrzębia Turnia, Filar Osadów (A2) E. Osada, J. Osada 1968
• Piec, Środek Pieca (V A1+) J. Osada, E. Osada 1968



NIT
Zbigniew Piotrowicz

Najpierw trzeba wiedzieć, gdzie znajdują się Góry Sokole. Następnie znaleźć w nich skałkę o nazwie Sukiennice i znajdującą się tuż obok kolebę, służącą dawniej do ochrony przed deszczem i spania, którą tworzy wielki głaz oparty o skałę. Jeśli stanie się przed jej wejściem i spojrzy na skalny okap, można dojrzeć nit. Niepozorny kawałek blaszki przytwierdzony do skały. To jednak nie jest zwyczajny nit, tylko pierwszy osadzony w polskich górach. Od niego zaczyna się historia modernistycznego taternictwa w Polsce.
Tak z grubsza, techniki wspinaczkowe można podzielić na dwa rodzaje: klasyczną i hakową. Klasyczna polega na wspinaniu z wykorzystaniem naturalnej rzeźby skalnej oraz własnych umiejętności. Sprzęt w postaci liny i osadzanych w skale punktów do asekuracji służy wyłącznie do zabezpieczenia na wypadek odpadnięcia. Podczas wspinania nie wolno sobie za jego pomocą ułatwiać poruszania się po skale. Technika hakowa, zwana również bardziej obrazowo techniką sztucznych ułatwień, stosowana jest w miejscach, których nie jesteśmy w stanie pokonać klasycznie. Trzeba wówczas uciec się do stworzenia sztucznego chwytu lub stopnia. W tym celu wypracowano różne sposoby korzystania z haków, czy innych urządzeń osadzanych w skale, na których wieszano pętle lub małe linowe drabinki zwane ławeczkami. Można było chwytać się liny i odpoczywać, wisząc na wbitym haku.


W ciągu kolejnych lat techniki te udoskonalano wprowadzając różne sprzętowe wynalazki. Ale… zdarzały się miejsca, w których skała była lita. Brakowało rzeźby pozwalającej na wbicie nawet małego, cienkiego haka. Nic. Po prostu skalne lustro. I to był problem. Problem natury technicznej, ale też etycznej. Długo uważano bowiem, że pokonywanie nawet najtrudniejszych górskich dróg nie powinno prowadzić do trwałego zmieniania naturalnie wytworzonej rzeźby. Nie wolno zatem kuć w skale wygodniejszych chwytów lub stopni ani wiercić w nich jakichkolwiek dziur. To byłby bowiem dowód słabości i bezradności wspinacza, ale też niszczenie natury. Powód do wstydu. Wspinano się zatem klasycznie, hakowo, ale najbardziej wyzywające zerwy skalne pozostawały nadal niepokonane. I prowokowały.
Przełom przyszedł z Alp, ale przedtem sporo musiało się wydarzyć. Polska w czasach stalinowskich była odcięta od normalnego świata Żelazną Kurtyną. Kontakty z Zachodem były znikome, a wyjazdy zagraniczne sporadyczne. Jednak po śmierci Stalina wiosną 1953 roku stworzony przez niego system zaczął się stopniowo kruszyć, a granica stawała się coraz mniej szczelna. Przenikały przez nią także wiadomości o najnowszych sukcesach alpejskich. Okazało się, że chęć zmierzenia się z najbardziej odstraszającymi urwiskami była większa niż etyczne rozterki. Wyczyny Waltera Bonattiego i Riccardo Cassina wydawały się wręcz kosmiczne. A część z nich możliwa były dzięki zastosowaniu pogardzanej dotychczas i wątpliwej etycznie techniki nitowania. Problem w tym, że w Polsce nikt za bardzo nie wiedział, jak taki nit wygląda i jak go osadzić. I tu z wielkiej polityki i dalekich Alp wracamy w Sokoliki.
Tadeusz Zipser, początkujący wspinacz i młody architekt, który właśnie ukończył studia na Politechnice Wrocławskiej, dostał od Jana Długosza, taternika z Krakowa, kilka szkiców i wskazówek jak opracować polską wersję skalnych nitów. Nity stosowano przy łączeniu elementów konstrukcji stalowych i można było je zdobyć bez większego trudu, problemem nie były więc one same. Kłopot był inny. Jak nawiercić w skale precyzyjny otwór i jakiego użyć do tego sprzętu? Zipser wymyślił i wykonał specjalny uchwyt z twardego aluminium oraz opracował technikę wiercenia przy pomocy obciętego wiertła z twardej stali i tegoż uchwytu. Nie miał jednak pewności, jak to działa. W maju 1955 roku sam wybrał się w Góry Sokole i na skalnych stopniach prowadzących na skałkę zwaną Czubą (Droga po Schodkach, II) wywiercił pierwszy, niezbyt głęboki otwór. Przymierzył nit i… pasowało! Tradycyjny nit został ponadto zmodyfikowany. Otóż na jego końcówce wykonano nacięcie, które sprawiało, że końcówka w miarę uderzania łatwiej rozpierała się w nawierconym otworze. Blaszka, która była przytwierdzana nitem do skały i w którą wpinać się miało karabinek była właściwie pod ręką, stosowano ją wówczas jako plakietkę do śrub lodowych i szpilek wbijanych zimą w zamarznięte trawki.
Kilka tygodni później, wraz z początkiem lata 1955 roku, na przystanku kolejowym w Trzcińsku wysiadł z pociągu wrocławski wspinacz Stefan Ścięgosz. W plecaku miał kilka nitów i cały sprzęt do ich osadzania. Dostał ten ekwipunek od Długosza wraz prośbą o wykonanie tajnej misji w Sokolikach. Miał sprawdzić, czy nowa technika pozwoli na pokonanie zupełnie gładkiej ściany. Długosz sam tego eksperymentu nie mógł przeprowadzić, gdyż skałki w okolicy Krakowa były wapienne, a jego plany dotyczyły Tatr, więc próbę trzeba było przeprowadzić w granicie. Może też po prostu nie chciał, aby o eksperymencie było zbyt głośno? Ścięgosz powierzone prace wykonał. Pierwszy nit w Polsce osadzony został jego rękami i jest to właśnie ten historyczny, tkwiący do dziś nad kolebą. Od niego zaczyna się ciąg wydarzeń będących przełomem w Tatrach i otwierających polską drogę w Alpy.
Zanim to się jednak stało, Jan Długosz, na początku sezonu letniego w 1955 roku zjawił się Tatrach. Miał z sobą cały woreczek nitów od Zipsera, jego patent do ich montowania i doświadczenia Ścięgosza. Podczas wypadu na Mnicha zamocował trzy nity na skalnym uskoku południowo-zachodniej grani (WHP 527). Droga nie ma większych trudności, ale dzięki nitom nie trzeba było stosować tak zwanej żywej drabiny i czekana. Generalny sprawdzian nastąpił podczas najgłośniejszego wyczynu tego sezonu w Tatrach. W lipcu Długosz w zespole z Czesławem Momatiukiem wbił się na trzy dni w lewą depresję Kazalnicy, polskiej ściany ścian. Problemem tej drogi była monolityczna płyta będąca przedmiotem zażartych dyskusji o granicach ludzkich możliwości. W płycie Długosz bezceremonialnie nawiercił czternaście otworów, osadzając w nich nity i ostatecznie łamiąc obowiązujące tabu. Trzy miesiące później, w październiku tego samego roku, w ciągu dwóch dni pokonał wraz z Andrzejem Pietschem jeszcze bardziej efektowne urwisko, czyli wschodnią ścianę Mnicha doskonale widoczną sprzed schroniska nad Morskim Okiem. Tak powstał Wariant R, droga legenda. Przełom nastąpił.
Pierwszy nit, ten od którego historia się zaczyna, tkwi sobie spokojnie pod Sukiennicami w Sokolikach. Od sześćdziesięciu pięciu lat znosi kolejne zimy, wichury, deszcze i mrozy. I mało kto o nim wie… Natomiast skałka, w której Tadeusz Zipser wykonał pierwszy otwór, zwana do tej pory po prostu Czubą lub Wielbłądem, od lat sześćdziesiątych stała się Zipserową Czubą.
W Skałkach jesienią
Bogdan Jankowski
Tekst opublikowany w „Taterniku” 4/1967

Zimny, październikowy wiatr wpada do koleby. Porywa z ogniska iskry i niesie je w pochmurną noc. Znów jestem w skałkach.
Dziś nie przyjechał nikt więcej. Siedzę sam i karmię ognisko kawałkami brzozowego pnia. Ogień lubi brzozowe drewno, a ja lubię patrzeć, jak pożera białą korę i słuchać, jak przy tym trzaska, piszczy, gada. Patrzę, słucham tego gadania i cieszę się, że sam gadać nie muszę. Ale muszę coś myśleć – myślę więc, że dobrze nam w naszych skałkach.

fot. B. Jankowski
Dlatego pewnie stale tu przyjeżdżamy. Wiosną – prosto z zaśnieżonych jeszcze Tatr, by zastać skałki ciepłe, wygrzane słońcem, otoczone młodą zielenią buków. Po lecie spędzonym w „prawdziwych” górach – mniejszych i większych, bliższych i dalszych – wracamy tu jesienią.
Jeździmy w skałki często. Znamy każdą drogę, każdy chwyt i stopień, każde płaskie miejsce do spania, nawet każdy napis na skale, wykuty nie wiadomo czyimi rękoma. Pytają: po co tam ciągle jeździcie? Któż na to pytanie odpowie? Może żeby namęczyć się i odpocząć; może żeby coś powspominać, a czasem – żeby o czymś zapomnieć. Wspinać się? Tak, oczywiście, ale czy skałki to tylko wspinanie?

A balkonik pod Krzywą?… Zawieszona nad lasem, w środku ściany płasienka. Siedzimy po pracowitym dniu, pijemy herbatę… cisza. Daleko na horyzoncie grań Karkonoszy. Przed nimi coś błyszczy – to w jakimś stawie odbija się słońce. Staw gaśnie, kolorowe niebo ciemnieje, wreszcie wielkie, czerwone słońce chowa się za granią. Stopniowo zapalają się światła: Jeleniej Góry, Szklarskiej Poręby, Karpacza. Widać stąd kawał świata – naszego, sudeckiego.

Albo: …Noc. Wiatr przemiata suche liście; całe masy liści – pod śpiworem, na śpiworze, wszędzie. Księżyc prześwieca przez nagie gałęzie buków. Czyjeś szeroko otwarte oczy wpatrują się w las. Bo dla kogoś to pierwsza noc poza domem: trochę niezwykła, może straszna… To też skałki. Dziś znów wieje, więc ognisko pali się wyjątkowo dobrze. Płomienie liżą skośny dach koleby, sięgają aż do miejsca, gdzie tkwi w nim okopcony nit. Nit stary, już historyczny, pierwszy osadzony w polskich górach. Dobry nit… Całe pokolenia kursantów próbowały na nim swoich sił. Tych, co go wbijali, nie ma już dawno, a nit wciąż siedzi, przypomina…

Iluż to ludzi przewinęło się przez naszą kolebę? Jedni nie wracają, bo wyjechali gdzieś dalej; ktoś się ożenił; kogoś przywiązała do miasta „mała stabilizacja” – inni nie wrócą, bo zostali pod Żabiem, na Kazalnicy i Mięguszowieckim, na Galerii Gankowej i Grani Rochefort.

Za tydzień Wszystkich Świętych, trzy dni wolne od pracy. Zjedzie się bractwo z Wrocławia, przyjadą pewnie i z innych miast. Będą się wspinać i będzie „fajnie”. A wieczorem ten i ów wymknie się z zatłoczonej koleby, od ogniska. Rozejdą się po skałkach, żeby w schowanych od wiatru szczelinach zapalić kolorowe woskowe kule – zaduszkowe świece. O jedną więcej niż przed rokiem…
Wanda, pierwsza wspinaczka
Bogdan Jankowski

Od Sokolików zaczynało swoją górską karierę wielu sławnych później wspinaczy, alpinistów, himalaistów, między innymi Wojtek Kurtyka, Krzysiek Wielicki, Wanda Rutkiewicz – podówczas jeszcze Błaszkiewiczówna…
Wanda trafiła w góry poniekąd przez przypadek. A było to tak:
Jechaliśmy autostradą z Hubertem Trzaską (obecnie profesorem) jego motocyklem – jawą. W pewnym momencie zobaczyliśmy na poboczu inny motocykl – ogromnego junaka, a przy nim jakąś dziewczynę rozpaczliwie gestykulującą w stronę przejeżdżających aut. Minęliśmy ją, ale Hubert odwraca się i mówi: „Ja chyba tego junaka widuję u nas na Prusa, koło wydziału. To musi być ktoś znajomy”. To była właśnie Wanda, której wtedy nie znaliśmy. Hubert zajrzał do baku junaka, zobaczył, że jest pusty, zatrzymał jakiś samochód i zatankowali. Tak zaczęła się znajomość. Wanda potem często bywała u nas w akademiku, przychodziła na lekcje telegrafii. Uczyła się nadawania i odbioru znaków Morse’a, ponieważ zainteresowało ją krótkofalarstwo. Zresztą nie ma pewności, czy tylko telegrafia była powodem tych wizyt w męskim akademiku. Przed jakąś niedzielą zapytałem, czy nie chciałaby pojechać z nami w skałki, a ona propozycję przyjęła.
Myślałem raczej o wyjeździe turystycznym, a nie o namawianiu Wandy na wspinaczkę. Pojechaliśmy w Sokoliki, posadziliśmy Wandę na pniu pod Wielkim Kominem w Sukiennicach i powiedzieliśmy: ty tu siedź, a my zaraz do ciebie zejdziemy. Zaczęliśmy się wspinać z Johnem Wachowiczem, też już dawno nieżyjącym, z drugiej strony Sukiennic, tyłem Wielkiego Komina. Będąc w najtrudniejszym miejscu, słyszę przez szczelinę jakieś sapanie. Mówię: „Słuchaj John, zdaje mi się, że Wanda się wspina.” John na to: „A co ty, głupi?!”
Wychodzimy na górę i widzimy Wandę 20 metrów nad ziemią, solo, bez liny. Ledwo się trzyma, bo komin jest szeroki. John był znany z kwiecistego języka, nie zawsze eleganckiego, więc go proszę: „Tylko nic nie mów, bo ona spadnie”. Zawiązałem pętlę na linie i zrzuciłem krzycząc: „Wanda, łap się!” – Ona tę linę z obrzydzeniem odrzuciła i wylazła sama na górę. To była jej pierwsza wspinaczka. Tak się zaczęło, no i potem już szła swoją drogą.
Po latach dostałem od Wandy autobiograficzną książkę z dedykacją: „A wszystko przez Ciebie, Bogdanie!” Trochę się niepokoiłem, czy także tragiczne zakończenie jej kariery w jakimś sensie mnie nie obciąża. Ale ona nigdy nie słuchała nikogo, łącznie ze mną. Konsekwentnie robiła swoje, niezależnie od tego, co jej radzono, co jej mówiono i to mnie trochę zwalnia z odpowiedzialności.
Wanda Rutkiewicz (z domu Błaszkiewicz) urodziła się 4 lutego 1943 roku w Płungianach (obecnie Litwa). Po wojnie wraz z rodziną zamieszkała we Wrocławiu. Już w wieku 17 lat rozpoczęła studia na Wydziale Elektroniki Politechniki Wrocławskiej, które ukończyła w 1965 roku. W tym czasie uprawiała wyczynowo lekkoatletykę i siatkówkę. Karierę wspinaczkową rozpoczęła w Górach Sokolich (w 1961 r.), gdzie w latach 60. XX w. brała udział w pierwszych przejściach takich dróg, jak Parszywa Rynna i Prawy Biederman na Sukiennicach czy Komar na Sokolej Lalce. W Sudetach, poza Sokolikami, wspinała się zimą w Śnieżnych Kotłach. W 1962 roku ukończyła szkółkę na Hali Gąsienicowej.
W Tatrach zapisała na swoje konto sporo ambitnych przejść, także w zespołach kobiecych. Szybko zaczęła wspinać się również w innych górach Europy, dokonując z czasem wybitnych przejść (m. in. pierwsze kobiece przejście Filara Trollryggenu w Norwegii, pierwsze przejście północnej ściany Matterhornu zimą w zespole kobiecym). W 1970 roku w Hindukuszu stanęła na swoim pierwszym siedmiotysięczniku. Przygodę z Himalajami rozpoczęła w 1975 roku zdobyciem dziewiczego Gasherbruma III (7946 m), który był wówczas najwyższym niezdobytym szczytem na Ziemi. Sławę światową zyskała dzięki zdobyciu 8 ośmiotysięczników (w latach 1978–1991), co przez wiele lat pozostawało najlepszym dokonaniem w himalaizmie kobiecym. W kolejności były to: Mount Everest (jako trzecia kobieta na świecie i pierwsza Europejka), Nanga Parbat, K2 (jako pierwsza kobieta na świecie), Shisha Pangma, Gasherbrum II, Gasherbrum I, Cho Oyu, Annapurna. Wanda zaginęła 13 maja 1992 roku w podszczytowych partiach Kanczendzongi w Himalajach w wieku 49 lat.
Wojciech Kurtyka
Michał Kajca

Choć postaci Wojciecha Kurtyki nie trzeba nikomu przedstawiać, nie wszyscy zapewne wiedzą, że swoją karierę wspinaczkową rozpoczynał on w Górach Sokolich. W historii rejonu zapisał się na przełomie lat 60. i 70., ustanawiając pierwsze przejścia klasyczne (prowadząc lub z górną asekuracją) szeregu dróg pokonywanych dotychczas techniką hakową. Od jego nazwiska pochodzą nazwy wielu dróg skałkowych nie tylko w Sokolikach. Słynną „Kurtykówką” jest również nowa droga na Małym Młynarzu z 1971 roku, dla której zaproponowano po raz pierwszy w Tatrach stopień VI+. Wśród jego licznych genialnych przejść w górach świata wyróżniają się: pierwsze przejście zimowe słynnej ściany Trolli w Norwegii (1974), nowa droga południowym filarem Changabang (1978), trawers masywu Broad Peak (1984), pierwsze przejście Świetlistej Ściany Gasherbruma IV (1985), nowa droga na Nameless Trango Tower (1988). Dwukrotnie wszedł jako pierwszy na świecie nowymi drogami w ciągu jednej doby na ośmiotysięczniki. Jest uważany za jednego z twórców stylu alpejskiego w himalaizmie. Wojtek Kurtyka jest również pomysłodawcą używanej obecnie w Polsce skali trudności dróg wspinaczkowych, nazywanej skalą krakowską lub skalą Kurtyki. W 2016 roku otrzymał najważniejszą światową nagrodę alpinistyczną – Złoty Czekan (Piolet d’Or Carrière) za całokształt dokonań w górach. Jej laureatami przed nim zostali: Walter Bonatti, Reinhold Messner, Doug Scott, Robert Paragot, Kurt Diemberger, John Roskelley oraz Sir Chris Bonington.

Najbardziej znaczące przejścia Wojtka Kurtyki w Sokolikach:
SUKIENNICE
• Filar Brzózki VI.2 (1973, TR)
• Krzyż VI.2 (1971, TR)
• Trzy Okapy VI+/1 (1971, TR)
• Hiperdirettissima VI+ (1972, TR)
• Superdirettissima VI (1968, TR)
• Lewy Komin VI (1970, TR)
• Uszy Słonia VI (1969, TR)
• Dwa Okapy VI- (1969, TR)
• Droga Głazka VI (1969, RP)
KRZYWA TURNIA
• Pierwsza Rysa VI.1 (1968, TR)
• Kurtykówka VI+ (1972, TR)
BABA
• Kurtykówka VI (1970, TR)
SOKOLIK DUŻY
• Droga Panfila VI+ (1969, RP)
• Kant Północny VI.1+ (1970, TR)
• Prawy Nitsch VI+/1 (1970, TR)
• Środkowy Nitsch VI (1970, TR)
SOKOLIK MAŁY
• Kurtykówka VI.1+ (1972, TR)
• Trawers Kolana VI.1 (1971, TR)
• Rysa Weroniki VI+ (1969, RP)
• Filar Kurtyki VI+ (1970, RP)
PTAK
• Droga Osady VI.1+ (1970, RP)
• Droga Zwierza VI (1970, RP)
• Direttissima VI- (1970, RP)
Małolat
Rudaw Janowic

Zbigniew Czyżewski, zwany Małolatem albo Małolacikiem, pochodzi z Jeleniej Góry i swoją karierę wspinaczkową rozpoczął w Górach Sokolich w 1973 roku, w wieku 12 lat. W skałki przyjeżdżał samodzielnie – bez rodziców czy opiekunów, wspinając się początkowo z przypadkowymi partnerami. Ten rozczochrany wyrostek w welurach wyjątkowo szybko uczył się wspinania, przejawiając ku temu wyraźny talent. Wkrótce stał się stałym bywalcem, znawcą rejonu i poniekąd sensacją towarzyską, gdyż wówczas wspinające się dzieciaki należały do rzadkości. Opieką w skałkach w tym okresie otaczali go tacy ludzie jak Marek Kęsicki i Bogdan Jankowski. Mniej więcej w tym samym czasie Małolat zaczął jeździć w Karkonosze. Zadebiutował tam zimą, przechodząc ze Zbigniewem Kacugą 20 grudnia 1973 roku. Filar Pierwszomajowy w Śnieżnych Kotłach.

Wkrótce Małolacik zaczął się wspinać również w Tatrach. W swoim pierwszym sezonie w 1975 roku jako 14-latek przeszedł Filar Długosza na Kazalnicy Mięguszowieckiej i Sprężynę na Małym Młynarzu. W tym sezonie spotkały go też jednak spore przykrości. Najpierw, w trakcie rutynowej kontroli WOP-u na obozowisku na Włosienicy, gdzie mieszkał jako niezameldowany i nieletni, został zatrzymany i przewieziony do Izby Dziecka w Zakopanem, skąd odebrany został przez starszych znajomych z taboriska. Jesienią zaś Zarząd Klubu Wysokogórskiego we Wrocławiu podjął uchwałę (choć Małolat nie należał wówczas do żadnego klubu, gdyż z powodu wieku nie mógł należeć; takie były przepisy) o „bezwzględnym zakazie wspinania się z Małolatem” z powodu – jak to zostało ujęte w uchwale – „poważnych naruszeń obowiązujących w taternictwie przepisów i zasad bezpieczeństwa”.
Dopiero kiedy w 1976 roku jesienią skończył 16 lat, został przyjęty do Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego w Jeleniej Górze. Ponieważ nie był pełnoletni, zgodę na przynależność klubową podpisała jego mama. Pomocą w tym okresie służył mu Jerzy Pietkiewicz.

W Sokolich Górach w latach 1976-1979 ustanowił wiele najtrudniejszych dróg, podnosząc poziom wspinania klasycznego do stopnia VI.3+ (według obecnych wycen), robiąc nowe linie i pierwsze przejścia klasyczne. Do najważniejszych zaliczają się: Cholerny Świat i Biały Ściek na Małym Sokoliku, Hokej na Sukiennicach oraz Taktyka Histeryka na Krzywej. Zgodnie z ówczesną regułą większość tych przejść robiona była na wędkę. Regularnie wspinał się solo, do najtrudniejszych jego solówek zalicza się Trzy Okapy na Sukiennicach. W Śnieżnych Kotłach podniósł poziom haczenia do A3, prowadząc Biały Ściek na Zębie Rekina.
Największe jednak sukcesy Małolat zaczął odnosić w Tatrach (głównie działał w Dolinie Rybiego Potoku i okolicy), gdzie dał się poznać jako niezwykle szybki, błyskotliwy i pomysłowy wspinacz ustanawiając wiele dróg, które dziś zaliczają się do tatrzańskiej klasyki, jak: Warianty Czyżewskiego i Jasińskiego (popularne dziś Warianty Małolata – przyp. red.), Symfonia Klasyczna, Schody do Nieba, wszystkie na Kazalnicy. Był jednym z najaktywniejszych i najważniejszych przedstawicieli dopiero rodzącego się wówczas w Tatrach nurtu wspinania klasycznego. Pchał „klasykę” do przodu: zrobił wiele pierwszych przejść klasycznych, czasami okupionych wielokrotnymi próbami i efektownymi odpadnięciami (15-metrowe loty podczas próby klasycznego przejścia na Direttissimie Małego Młynarza). Z jednakową zaciętością i skutecznością wspinał się w zimie. Do jego najsłynniejszych dokonań zimowych należą samotne przejścia dróg takich jak Pająki, Dag czy Wielkie Zacięcie (wszystkie na Kazalnicy). Niejako ukoronowaniem tego pięknego okresu była nowa droga na Kazalnicy zrobiona wspólnie z Wojciechem Kurtyką w marcu 1978 roku.

Wspinanie za granicą (poza Tatrami) zaczął od wyjazdu w Alpy Francuskie latem 1978 roku. W 1979 roku brał udział w wyprawie do Nepalu na Annapurnę Południową (7219 m). Miał wtedy 18 lat. W trakcie przejścia ciągiem zachodniej ściany nową drogą, osłabł na wysokości ok. 7000 metrów, skąd wycofał się do podnóża ściany z pomocą swoich partnerów, Kazimierza Śmieszko i Krzysztofa Wielickiego. W następnych latach wspinał się ponownie w Alpach Francuskich (zimą i latem), w Kaukazie (zimą) oraz Pamirze i skałkowo w Verdon.
Wzorami dla Małolata byli współcześni mu wspinacze, tacy jak Ryszard Malczyk i Wojciech Kurtyka. W Rica był zapatrzony. Byli to zresztą jego przyjaciele i wspinaczkowi partnerzy. W okresie swoich najlepszych przejść był osobą powszechnie w środowisku znaną, zaprzyjaźnioną nieomal z całą elitą środowiska. Poza wymienionymi już osobami wspinał się w różnych okresach m.in. z Tadeuszem Karolczakiem, Januszem Kurczabem, Ewą Grzybowską, Stanisławem Handlem, Michałem Momatiukiem, Włodzimierzem Poburką, Janem Wolfem, Konstantym Miodowiczem, Michałem Nanowskim, Ryszardem Urbanikiem, Wiesławem Panejko, Tadeuszem Skrzyszowskim, Krzysztofem Drożdżeńskim, Ludwikiem Wilczyńskim. Pozawspinaczkowym idolem dla Małolata był Witkacy.

Małolat wyróżniał się nie tylko umiejętnościami wspinaczkowymi. Uwagę zwracała jego charakterystyczna sylwetka, długie włosy i ulubiony stylowy kapelusz. Był ulubieńcem dziewczyn. Interesował się fotografią („naga” sesja w Sokolich Górach), psychiatrią, malarstwem. W czasach kiedy w naszym kraju w sprzedaży nie było dostępnego sprzętu, miał nie tylko zrobioną przez siebie uprząż, ale też własnoręcznie wykuty w szkolnej kuźni czekan, który dobrze sprawdzał się w terenie.
Z ogromną stratą dla wspinania, i – jak mi się wydaje – dla niego samego, Małolat definitywnie przestał się wspinać w połowie lat 80.
Źródła: Jerzy Ziętek: Ze Zbigniewem Czyżewskim rozmawia… „Biuletyn AKA Poznań” [1980] str. 24–28; Jerzy Kolankowski: Sudety w Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej, „Karkonosze” 6/1995 str. 14–15 [tekst wydrukowany również w „Góry i Alpinizm” 11/1995 str. 38–39]; Wojciech Jarociński [Fot. Adam Gos]: O Małolacie fragment pierwszy poematu sentymentalno-dygresyjnego, „Karkonosze” 1/1996 str. 13–14; Wojciech Jarociński [Fot. Adam Gos i Henryk Piecuch]: O Małolacie fragment gawędy lirycznej, „Karkonosze” 2/1996 str. 12–14; Władysław Janowski [Fot. Adam Gos]: O Małolacie raz jeszcze, „Karkonosze” 4–5/1996 str. 15–16; Władysław Janowski: „Małolat” Czyżewski, „Góry i Alpinizm” 8/1996 str. 35.

Od redakcji: W drugiej połowie lat 70. Zbigniew Czyżewski dokonał wielu przełomowych w skali Tatr pierwszych przejść klasycznych, których trudności były w tamtym czasie absolutnie rekordowe w naszych górach. Poza wymienioną w tekście Symfonią Klasyczną (VII+) i Wariantami Małolata (VII-) na Kazalnicy można wymienić tu odhaczenia dróg takich jak: Hobrzański (VII-), Fereński (VII/VII+) oraz Kosiński (VII) na Mnichu, Kant Pietscha (VII) na Zamarłej Turni, Czarne Zacięcie (VII-) na Czołówce MSW, Estog-Janiga (VII-) na Wołowej Turni. Działalność Małolata w latach 70. była przełomowa również dla Gór Sokolich. Dokonał szeregu iście wizjonerskich jak na tamte czasy pierwszych przejść klasycznych (z górną asekuracją), wprowadzając nazwy wielu z dzisiejszych trudnych klasyków rejonu. Oto lista jego najtrudniejszych autorskich realizacji:
KRZYWA
• Taktyka Histeryka VI.3+ (1978, TR)
• Rysa Osady VI.2 (1978, TR)
• Brzytwa VI.2 (1978, TR)
• Kant Krzywej VI.2 (1979, TR)
SUKIENNICE
• Hokej VI.3 (1978, TR)
• Rysa H/2 VI.2+ (1976, TR)
• Nos Wodza VI.2+ (1978 lub 79, TR)
• Bat dla Wroga VI.2+ (1979, TR)
• Średnia Arytmetyczna VI.1 (1979, TR)
STODOŁA
• Ścianka Małolata VI.1 (1977, TR)
MAŁY MICHAŁ
• Filarek Małolata VI.2+ (1979, prowadzenie)
SOKOLIK MAŁY
• Cholerny Świat VI.3+ (1978, TR)
• Dżihad VI.3/3+ (1976, TR)
• Biały Ściek (dół kominem) VI.3 (1977, TR)
• Jedynka VI.2 (1975, TR)
• Kurtykówka Wprost VI.2 (1980, TR)
• Klincewicz (Godzina W) VI.2 (ok. 1976, TR)
• Małolatówka VI.1+/2 (1976, TR)
• Ludzki Neuroleptyk VI.1+ (1975, TR)
• Chirurgia Palca VI.1+ (1978, TR)
• Kurtykówka VI.1+ (1978, prowadzenie)
• Droga Kolana VI.1 (1976, prowadzenie)
• Droga Gabryela VI.1 (druga połowa lat 70., TR)
SOKOLIK DUŻY
• Czysta Forma VI.2 (1978 lub 79, TR)
TĘPA
• Droga Osadów VI.2+ (1977, TR)
• Małe Obciąganie VI.2+ (1978, TR)
PTAK
• Wyprawa po Złote Runo VI.1+ (ok. 1975, TR)
ZIPSEROWA CZUBA
• Między Młotem a Kowadłem VI.3 (1978, TR)
BABA
• Toto Lotek VI.1 (ok. 1979, TR)
Moje początki
Alek Lwow

Zacząłem się wspinać 12 kwietnia 1970 roku, kiedy miałem szesnaście i pół roku. Było to na Brzózce na Sukiennicach. Jednak wcześniej, na pierwsze zajęcia praktyczne kursu grotołazów, pojechaliśmy całą bandą pod Wrocław – do Strzeblowa koło Sobótki (później zwanego „Chwałków”), gdzie znajdowały się kamieniołomy granitu.
Był początek kwietnia, piękna pogoda i kupa entuzjazmu, niestety z przewagą kupy. Gdy tylko znaleźliśmy się pod ścianą, zresztą ‒ jak to w kamieniołomie ‒ piekielnie kruchą, ktoś wiedziony żądzą jak najszybszego stania się prawdziwym wspinaczem zaczął leźć w górę po czymś, co przypominało raczej bardzo stromy piarg niż ścianę. I oczywiście za chwilę na pozostałych na dole z góry runęły kamienie. Jeden z nich trafił precyzyjnie w czoło Anki Radziejskiej, jednej z osób mających nas czegoś nauczyć. Biedaczka zalała się krwią, więc zdjęła okulary, które ‒ jako typowa matematyczka ‒ nosiła, odłożyła je na bok i zaczęło się opatrywanie rany. Wtedy jakiś inny baran spośród nas, kursantów, nadepnął na szkła, bez których Anka mało co w ogóle widziała. Z tych powodów żadne szkolenie praktyczne tego dnia się nie odbyło, a że czasu mieliśmy w nadmiarze, skończyło się na piwie w Sobótce Górce, później zwanej „Sobótka Zachodnia”. Jeszcze dobrze nie zaczęliśmy, a już była krew. Ładny początek, szkoda mówić, ale nie pamiętam, by ktoś się tym zbytnio przejął.

Za to następne dni szkolenia spędzone już w samych Sokolikach 12 i 13 kwietnia, pozostawiły mi w pamięci niezatarte wspomnienia, i to z kilku różnych, nie tak dramatycznych jak wyżej, powodów. Wszystko, z czym się wtedy zetknąłem, było nowe, nieznane i ekscytujące. Pierwsza wspinaczka po dwudziestometrowej drabince sznurowej wiszącej z Krzywej Turni, na znacznej długości bez kontaktu ze skałą, przyprawiła mnie o lekki zawrót głowy. Wejście na Krzywą po linie za pomocą węzłów samozaciskowych („prusików”) omal nie zniechęciło mnie do całej zabawy. Prawie nie używano jeszcze wtedy pasów piersiowych, a w każdym razie nie używali ich kursanci, nic więc dziwnego, że wskutek złego dopasowania pętli ucisk liny pod pachami pozbawił mnie zupełnie władzy w rękach i nie byłem w stanie pokonać ostatnich metrów. Prosiłem o opuszczenie na ziemię. Ostatecznie na szczyt turni wyczołgałem się zmaltretowany i to tylko dzięki łagodnej perswazji Marka Kęsickiego, będącego jednym z instruktorów. Niektórzy mówili o nim „Kęsior”, ale na amen przylgnęła do niego dumna ksywka „Kaczor”, którą początkowo próbował zwalczać, co tylko przyśpieszyło proces jej utrwalania się w środowisku. Marek był już wtedy znanym taternikiem i należał do klubowej – ba! – krajowej, czołówki.

Po pierwszym, wypełnionym zajęciami kursowymi dniu wszyscy ‒ szkoleni i szkolący, przeważnie studenci lub młodzi pracownicy nauki – zgromadzili się przy sztolni pod Krzyżną Górą, rozpalono ognisko i siedzieliśmy przy nim do późnej nocy. Umyślny, czyli jeden z kursantów, wysłany ze składkowym bilonem do pobliskich Karpnik, przytaszczył wielki plecak flaszek z czerwoną jeszcze wtedy kartką, i od tego momentu pieczę nad nim miała jedyna abstynentka w tym towarzystwie, Anka Radziejska, polewająca sprawiedliwie do jedynego kieliszka kursującego wkoło.
Takie picie nazywa się „po góralsku”. W zasadzie powinno to wyglądać następująco: flaszka i szkło przechodzą z rąk do rąk. Od sąsiada otrzymujemy już napełniony kieliszek i butelkę, po czym zwra-cając się do najbliższego sąsiada z drugiej strony, wypowiadamy sakramentalne: widzę wos, na to on powinien odpowiedzieć: dyć i jo nie ślepy. Pijemy. Strzepujemy, krzywimy się strasznie, wypuszczamy wstrzymane wcześniej powietrze, stękamy ‒ yyych! (tego wszystkiego, prócz oczywiście wychylenia kieliszka, teoria picia po góralsku nie nakazuje, ale przecież zawsze tak jest), napełniamy kieliszek i razem z butelką przekazujemy temu „nieślepemu”, a cała ceremonia powtarza się ponownie, tym razem z udziałem następnego w kolejce. Nigdy przedtem nie piłem wódki, a w każdym razie nie w takich ilościach. Mnie wystarczyło kilka kolejek ‒ wiadomo, brak wprawy! Narąbany jak stodoła wczołgałem się do wnętrza sztolni i przekiblowałem do rana, śpiąc jak dziecię, choć za posłanie i przykrycie służył mi jeden cienki koc. I nic. Ani przeziębienia, ani nawet katarku!

Jak to zwykle na początku bywa, wspinałem się dużo i bez opamiętania. Posiadanie sizalowego podciągu (rodzaj liny), trzech rynien (haków), dwóch ciężkich stalowych DDR-owskich karabinków i zwykłego 500-gramowego młotka ślusarskiego na sznurku, stawiało mnie w szeregu średnio dobrze (tak, tak!) usprzętowionych młodych „kaskaderów”. Wówczas komplet podstawowego sprzętu gromadziło się przez kilka sezonów. Kilkanaście lat później przeciętny kursant, pojawiając się w skałkach, bardzo często miał już wszystko, co trzeba lub więcej. Często zupełnie nowe, prosto z Zachodu lub sklepu, których z czasem namnożyło się jak grzybów po deszczu.
Gdy zaczynałem się wspinać, w powszechnym przekonaniu właściwym butem do wspinaczki był jakiś rodzaj „wibramów”, maratony lub buty wojskowe, a dopiero nieco później „modernistycznym” super butem do wspinaczki skalnej stał się zwykły welurowy trzewik o kaczym szerokim nosku i czasem nawet półcentymetrowych rantach. Nic więc dziwnego, że w takim obuwiu szła nam ta wspinaczka gorzej niż mistrzom doby obecnej. „Odkryte” później w Polsce korkery, które nieźle imitowały zalety zachodnich ibisów i grejtonów (trampkopodobne trzewiki wspinaczkowe marek EB i Super Gratton), były dla nas początkiem nowej epoki. Wprowadzenie do powszechnego użytku butów typu friction ‒ od EB poczynając ‒ było jedną z tajemnic wyśrubowanego poziomu wspinania klasycznego lat 80. i 90.

Już w pierwszych dniach skałkowej samodzielności góry (czytaj: skałki) dały mi poważne ostrzeżenie. Dupnąłem na pierwszego, i to na sizalowej linie! Prowadziłem drogę 33 na Sukiennicach. Hak wbiłem na starcie, ze dwa metry ponad półką, skąd zaczynaliśmy. Po 5–6 metrach, na których druga z moich rynien nie dała się nigdzie wbić, natknąłem się na cienki i mocno zardzewiały hak, wyglądający tak, jakby tkwił tam już przed wojną. Wpiąłem się do niego i informując partnera, że „tutaj wszędzie puszcza, więc idę na wprost”, chwilę później zwaliłem się w dół, zdziwiony brakiem chwytu we wcześniej upatrzonym miejscu.
Sizal nie pękł, „poniemiecki” hak wytrzymał, partner nie puścił liny (wszystko to mogło się spokojnie przydarzyć), a ja ‒ tuman bez wyobraźni ‒ nawet zbytnio się nie przestraszyłem i oblizując krew z rozciętego (wpiętym w szelki hakiem) podbródka, wnet dokończyłem drogę. Jakoś krótko potem Krzysiek Wielicki ‒ tak, tak! ten od Everestu zimą – zgruszkował niemal dokładnie w tym samym miejscu, waląc siedzeniem w półkę obok partnera, bo pewnie też nie mógł tam nic wbić po drodze.
Miał mniej szczęścia ode mnie i później przez jakiś czas przychodził do klubu odziany dodatkowo w gipsowy gorsecik. Pukał się w pierś, dudniło, była uciecha, ale przecież na dobrą sprawę wypadki mogły potoczyć się zupełnie inaczej, a Krzysztof nigdy nie zdobyłby Korony Himalajów.
Tabor pod Krzywą
Sławek Ejsymont
zdjęcia – Bogdan Jankowski

„Tabor” to dla wielu miejsce szczególne. Jest to najdłużej działające obozowisko wspinaczkowe w rejonie Gór Sokolich, założone w 1986 roku przez KW Wrocław jako inicjatywa środowiskowa. Usytuowany w środku lasu z dala od cywilizacji, na pięknej leśnej polanie w pobliżu skał. Utrzymany jest w typowo górskim klimacie. Od początku zyskał sympatię wspinaczy i stał się jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc.
Na Taborze pod Krzywą swoje pierwsze kroki wspinaczkowe stawiali znani polscy wspinacze i himalaiści. Wśród nich Krzysztof Wielicki i Wanda Rutkiewicz. Trudno znaleźć w środowisku dojrzałych wspinaczy osoby, które nie nocowały na tym campingu. Wśród znanych postaci zarówno ze środowiska wrocławskiego jak i jeleniogórskiego warto wymienić: Adama Gosa, Bogdana Jankowskiego, Janusza Fereńskiego, Wojtka Jarocińskiego, Kazimierza Głazka, Zbyszka Czyżewskiego (Małolat), Władka Janowskiego (Wlado) i Kazimierza Śmieszkę (Cziwadze). Z młodszego pokolenia wspinaczy aktywnego w okresie powstawania Taboru: Jasia Krajewskiego (Jasiu Paker), Wojtka Wajdę (Dozent), Jarka Liwacza (Blondas), Darka Łygasa (Mały), Bognę Jakubowicz i wielu innych autorów dróg i przejść w Sokolikach, których nie sposób wymienić.

Miejsce to tętni życiem wspinaczkowym od ponad 30 lat, zachowując swój niepowtarzalny górski charakter. Szkoły wspinania i Kluby Wysokogórskie z całej Polski organizują tutaj swoje kursy wspinaczkowe i obozy sportowe. Tabor pod Krzywą jest głównym organizatorem maratonu wspinaczkowego „Big Wall w Sokołach”, który od wielu lat jest istotnym wydarzeniem w środowisku ludzi gór. Tabor cieszy się popularnością również wśród zagranicznych wspinaczy. Często przy wspólnym ogniu biesiadują koledzy z Czech, Niemiec, Litwy, Łotwy, Anglii i Walii. W 2009 roku w ramach projektu podróżniczo-wspinaczkowego Summit Series Road Trip, który zakładał powtórzenie trudnych klasyków w najlepszych rejonach skalnych Europy, Sokoliki oraz Tabor odwiedzili James Pearson i Gaz Parry.


Przez 11 lat od momentu otwarcia Tabor był prowadzony przez Cześka Ładogórskiego wspomaganego przez swoich przyjaciół. Od 1997 roku właścicielem i zarządzającym „Taborem pod Krzywą” jest Sławek Ejsymont – wspinacz, ratownik GOPR oraz organizator wypraw i wyjazdów wspinaczkowych. Przez ponad 20 lat na obozowisku pracowało wielu „taborowych”. Do najbardziej zapamiętanych należą: Arek (Jazz), Bolek Janowski (Jabolek), Agnieszka Radochońska (Jadźka) i Łukasz Bidulski. W pamięci wspinaczy pozostają do dzisiaj zabawy z pustym kartuszem wrzucanym do ogniska, polegające na tym, że wygrywa ten, kto jako ostatni odejdzie od ognia zanim wystrzeli kartusz. Zwycięzcą jednej z takich zabaw został Rysiek Pawłowski, który zaaferowany rozmową siedział do momentu wystrzału. Inne znane konkurencje to: załojenie pod stołem taborowym, przysiady z 40 litrowym baniakiem wody, picie piwa na czas i klarowanie liny w trakcie Super Finałów imprezy Big Wall w Sokołach.

Tabor pod Krzywą po wielu modernizacjach nadal niezmiennie zachowuje swój wyjątkowy klimat. Każdego wieczoru płonie ognisko, przy którym siadają wspaniali ludzie zakochani we wspinaniu i w górach. Wspinacze zawsze znajdą tutaj miejsce na wymarzony rest. Wygodzie taborowych gości służą dobrze zorganizowane i zadbane zaplecze sanitarne z ciepłym prysznicem i wodą źródlaną do picia, zaczerpnięte z tradycji tatrzańskich taborów podesty pod namioty, a w razie niepogody dużą jadalnię z paleniskiem i barem kuchennym.

Obozowisko otwarte jest w sezonie od kwietnia do listopada. Dojazd utwardzoną drogą leśną od wsi Karpniki (2,5 km, skręcamy w dół przy kościele). Kontakt do Sławka Ejsymonta: 601786056. www.taborpodkrzywa.pl
Miało być o Rysie H/2
Marek Płonka

Pierwszy raz zwiedzałem Sokole Góry w trakcie majówki 1981 roku. Wtedy miałem już na koncie kilka prowadzeń uważanych za topowe na Północnej Jurze. „Sokoły” szybko skorygowały moje wyobrażenia o własnych umiejętnościach. Spadałem z większości dróg – z Trzema okapami włącznie. Irytowało mnie to, ale nie zniechęcało i po kilku wizytach czułem się w granicie dość pewnie. Wielkie wrażenie zrobiła też na mnie pierwsza droga – zwiedzenie szczytu Krzywej Turni, Żubrem na żywca, w górę i w dół.
Tu mała dygresja historyczna. Na początku lat osiemdziesiątych w polskich skałach królowała wędka. Pogląd, że droga jest zrobiona dopiero wtedy, gdy zostanie poprowadzona, dopiero się przebijał. Ja byłem zwolennikiem tego poglądu w wersji hard, czyli zgodnie z propagowanymi – a nieznacznie zmodyfikowanymi przez „Fijała” (Jan Fijałkowski) – regułami saksońskimi: wstawka z dolną asekuracją, bez jakiegokolwiek rozpoznania drogi „od góry”, z użyciem wyłącznie kostek (mechaników jeszcze nie wynaleziono). W zestawieniu z siermiężnym sprzętem wspinaczkowym i brakiem jakichkolwiek metod treningu rodziło to czasem hamletowskie dylematy w trakcie wspinania. Wtedy prowadzenie drogi i „wspinanie na własnej asekuracji” były po prostu synonimami. Ale za to nie było ograniczników – to znacznie późniejszy, lokalny wynalazek. Ringów (wcześniej spitów) nie było nigdzie. Na Jurze Południowej zdarzały się haki skalne wbite na stałe, ale lepiej było nie testować ich jakości lotem.



Razem z Klamerem (Tadeusz Ciszyński) postanowiliśmy zainaugurować rok akademicki 1981 dwutygodniowym wyjazdem w „Sokoły”. Klamer miał już w wykazie błyskotliwy OS – Łabędzi śpiew – droga do dziś rzadko powtarzana, ja niezły wyjazd w Dolomity z śp. Nabrdalem i Świeże bułeczki – droga często powtarzana, bo od dawna obita, ale wtedy uważana za trudną. Przyjechaliśmy się powspinać bez ustalonego celu głównego. Na początek pospadaliśmy z Rysy Nowaczyka – techniki w rysach nauczyliśmy się kilka lat później w piaskowcach. Pewnie padło kilka trudniejszych dróg, ale ten Niemiec, co mi wszystko chowa, schował też kapowniczek z początków wspinania.
Nie pamiętam, skąd wziął się pomysł próby na H/2. Droga była wtedy wyceniona „wędkowo” na VI.3+, czyli trochę więcej niż mój maks. Z samego przejścia też niewiele pamiętam. Było trudno, ale nie przesadnie. W każdym bądź razie „to be or not to be” ani razu przez myśl mi nie przeszło. Wbiłem jednego haka – mniej więcej między obecnym czwartym a piątym ringiem. Tam żadna standardowa kość nie chciała się wpasować, bo ryska ma prawie równoległe krawędzie. Założenie kostki w kruksie wybrało mnie tak, że wziąłem blok i zjechałem do podstawy. Nie wyciągaliśmy liny z przelotów – wtedy styl RK/yo-yo był jeszcze akceptowany. Druga próba zakończyła się sukcesem i częściowym oskórowaniem palców – większość dobrych klinów była zajęta przez kostki. Styl był więc daleki od doskonałości, a według dzisiejszych tradowych standardów – niedopuszczalny. Ale i tak przejście zrobiło spore wrażenie na lokalsach.
Później, w latach 1982 i 1984 udało mi się poprowadzić jeszcze kilka ładnych dróg, z których najwyżej cenię Rysę Osadów na Krzywej i Różdżkareczkę na Fajce. Zresztą większość dzisiejszych obitych standardów miało pierwsze prowadzenia właśnie „na własnej asekuracji”, chociaż nie zawsze w idealnym OS. Warto spróbować sobie wyobrazić Hokeja lub Ambrożego bez ringów.
To niekoniecznie jest łatwe – w zeszłym roku spotkałem pod Hokejem wspinaczy, którzy „absolutnie” nie wierzyli w to, że Hokej na własnej jest możliwy. Jeszcze uwaga o różnicy pomiędzy zwiedzaniem a zdobywaniem gór. Zwiedzenie szczytu czy ściany obejmuje bezpieczny powrót. Wszystkim życzę zwiedzania.

Suplement, czyli powrót po latach
W 2017 roku, po siedemnastoletniej przerwie we wspinaniu i trzydziestopięcioletniej nieobecności w Górach Sokolich, wróciłem w „Sokoły”. Szok poznawczy był większy niż podczas pierwszej wizyty w 1981 roku. Nigdzie nie umiałem trafić. Na szczęście mapki w przewodniku Micaja są bardzo dobre, więc szybko się odnalazłem. Gorzej, że w międzyczasie musiały być w okolicy jakieś ruchy górotwórcze, bo wszędzie zrobiło się jakby dalej i bardziej pod górę. Mam wrażenie, że teren jest aktywny geologicznie, bo z każdą wizytą pod skały jest dalej i stromiej niż poprzednio.
W skale szanse się nieco wyrównują. Powtórzyłem większość starych dróg i kilka nowszych – też dość trudnych – w tym całkiem wymagający trad Ziele Siostry Marii Huany oraz Sekretną Rysę. Miesiąc przed 67 urodzinami (2025 r.) udał się flash na drodze Mini-Max VI.4/4+ na Rogatce, co moją aktualną życiówką w tym stylu na drogach sportowych. Piszę „aktualną”, bo liczę, że uda mi się jeszcze ten wynik poprawić.
Niezapomniana Dekada
Jasiu Paker Krajewski

Trzymając w ręku perfekcyjnie opracowany przewodnik z misternie wrysowaną w zdjęcia siatką dróg i bogatym wyborem zdjęć z akcji, trudno sobie wyobrazić, że dawno, dawno temu, gdy granitowe skały Sokolików nie zostały jeszcze tak pięknie opisane, były również celem wspinaczek i kto wie, czy nie celem bardziej ponętnym niż dzisiaj. Bez bezpiecznej stałej asekuracji, rzetelnych graficznych opracowań skalnych dróg, a nawet bazy noclegowej – tak to wyglądało, gdy stawiałem tu swoje pierwsze wspinaczkowe kroki. Mimo to od samego początku Góry Sokole stały się dla mnie zjawiskiem nadzwyczaj kuszącym.
Po raz pierwszy w Sokolikach pojawiłem się w 1981 roku, jako chłopaczek, który ledwo co wydostał się z podstawówki. Pamiętam dość dobrze ten kwietniowy dzień, kiedy to na przemian padał śnieg i prześwitywało słońce. Od razu po wyjściu z pociągu na skromny, porośnięty trawą peronik w Trzcińsku, rzucał się w oczy widok granitowych turni wystających ponad poziom lasu. Nic jeszcze nie wiedziałem o tych skałkach, a przecież były one już od dawna wspinaczkową mekką dla sporej rzeszy taterników, nie tylko z Dolnego Śląska.
Tak mi się zdaje, że wydarzyło się to w Wielki Czwartek – fakt, dla mnie ten dzień był na pewno wielki. Swoje pierwsze górskie wycieczki oraz wspinaczki smakowałem wspólnie z Wiktorem Wikim Podlaskim, i to właśnie z nim ruszyłem wtedy na podbój granitowego wzgórza. Z literatury górskiej wynieśliśmy wówczas oboje naukę, że direttissima to najbardziej słuszna z dróg wiodących do zdobycia szczytu. Pocięliśmy więc w górę stromym stokiem dokładnie na wprost, nie licząc się zupełnie z kierunkami szlaków oraz gęstwiną napotkanych drzew i krzaków. Podążając tym sposobem, pierwszą skałką, pod którą trafiliśmy była… Tępa. Kto by pomyślał, że zaczniemy od najbardziej sportowej skały Sokolików. Oczywiście to nie wschodnie urwisko Tępej stało się naszym pierwszym celem – póki co liczył się dla nas przede wszystkim każdy zdobyty skalny wierzchołek.

Nie mieliśmy ze sobą niczego, co by można określić mianem sprzętu wspinaczkowego. Traperki na nogach, chlebaczki na ramieniu i turystyczne kapelusiki na głowach – tak to właśnie wtedy wyglądało. Dobre chęci wiodły nas jednak na kolejne szczyty skałek. Tępa, Ptak, Zipserowa, Baba, aż wreszcie stanęliśmy pod samymi Sokolikami. Wejście po metalowych schodkach na Dużego Sokolika jakoś nas nie zainteresowało. Najpierw postanowiliśmy zmierzyć się z tym drugim, w naszym mniemaniu zdecydowanie lepszym Sokolikiem. Wspięliśmy się na tę wybitną turnię drogą trójkową, zwaną popularnie Chałą. Wspinaczka na Małego Sokolika była dla nas sporym przeżyciem, bo z każdym metrem wysokości ekspozycja rosła, a przecież wiedzieliśmy, że zmuszeni będziemy również tą samą drogą schodzić… A może jednak o tym wtedy nie myśleliśmy?
Pamiętam, jak stojąc już na samym szczycie, ujrzałem na przeciwległej ścianie Sokolika Dużego wspinającą się na wędkę dziewczynę. Znajdowała się dużo, dużo niżej, zmagając się z zielonymi płytami czwórkowej drogi, nazywanej chyba Małym Hokejem. Odniosłem wówczas wrażenie, że pnie się po całkiem gładkiej płycie i pomyślałem, że oto mam przed sobą (a raczej pod sobą) prawdziwą alpinistkę, która wspina się naprawdę po niczym.
Prawie rok później sam zacząłem się wspinać w ten właśnie sposób, czyli na wędkę i „zupełnie po niczym”. Wędka królowała w owym czasie w Sokolikach, dając duże możliwości technicznego rozwoju. Przygoda z wędką zaczęła się jednak dla mnie dość nieciekawie. Znana wszystkim droga Pod Zjazdem nie jest na pewno najwłaściwsza dla kogoś, kto stawia swe pierwsze kroki we wspinaniu. Ponieważ jednak starsi koledzy „kazali”, więc się przywiązałem i to na dodatek w pasie, bo czegoś takiego jak uprząż jeszcze wtedy nie posiadałem. Ruszyłem bez rozgrzewki, więc po kilku metrach odpadłem. Brakowało mi siły, a na dodatek palce w marcowym chłodzie szybko marzły. Pech chciał, że lina od wędki zatarła się o drzewko i zupełnie nie dało się opuścić mnie na dół. Opasająca mnie lina zaczęła niemiło uciskać brzuch i powoli zaczęło mi się zbierać na wymioty. Minęło trochę czasu, nim ktoś wreszcie (pamiętam, że był to Dzidek Jakubowski) wbiegł na górę, poprawił linę i uwolnił mnie od tego cierpienia. Gdy pojawiłem się ponownie na ziemi, postanowiłem się już więcej nie wspinać. W postanowieniu tym wytrwałem jednak zaledwie kilkanaście minut. Widać było mi to jednak pisane.

Od wczesnej wiosny 1982 roku Sokoliki stały się celem każdego weekendu. Jeździłem tam nawet wtedy, gdy padał deszcz lub deszcz ze śniegiem. Ponieważ w międzyczasie zaciągnąłem się w szeregi Klubu Wysokogórskiego, wszystkie wyjazdy w skałki oprócz wartości wspinaczkowych posiadały też bardzo cenny walor towarzyski. Spanie pod gołym niebem bezpośrednio pod skałami na przełączce oraz długie wieczory przy palącym się ognisku – było to niewątpliwie spełnienie marzeń dla młodego pasjonata książek o Indianach i kowbojach. Nie martwiło mnie nawet to, że z powodu braku obycia z Tatrami (?!) nie przyjęto mnie wówczas na kurs wspinaczkowy. Gdy wszyscy moi znajomi ruszali rankiem z przydzielonymi instruktorami na wspinaczkę, ja w tym samym czasie poznawałem następnych znajomych, którzy chętnie ofiarowywali mi końcówkę liny od swoich wędek. Gwoli ścisłości, nie zawsze akurat byli tak bardzo chętni, ale gdy okazywało się, że potrafię skutecznie rozwiązać męczony przez nich wspinaczkowy problem, nić przyjaźni nawiązywała się bardzo łatwo.
Wędka pozwalała mi rozwijać się technicznie, nie podnosiła jednak zbytnio mojego poziomu psychy. Nic więc dziwnego, że w pierwszym sezonie wspinania w Sokolikach trudności dróg, które pokonywałem na wędkę, były niewspółmiernie wyższe od tych, które robiłem z dolną asekuracją. Inaczej by to zapewne wyglądało, gdyby skały były tak gęsto obite ringami, jak to ma miejsce dzisiaj. Jestem pewien, że wspinanie z dołem byłoby wtedy znacznie mniej poważną przygodą. Tymczasem przez całą dekadę lat osiemdziesiątych nikt nie bawił się w Sokolikach w obijanie dróg stałymi punktami – trend z Westu i wapiennej Jury po prostu tu jeszcze nie dotarł. W asekuracyjnym zestawie dominowały więc kości (często podejrzanej piwnicznej produkcji) oraz jakieś haczyki, pochodzące czasami z zamierzchłej, polskiej lub niemieckiej przeszłości. Na szczęście, pęknięć i rys umożliwiających asekurację (o czym, niestety, dziś nie zawsze się pamięta) jest w Sokolikach całkiem sporo. Człowiek radził więc sobie jakoś, choć nie bez trudności. Znamienny jest fakt, że pomiędzy trudnościami dróg, które pokonywałem wtedy solo bez liny (czyli „na żywca”), a trudnościami dróg, które robiłem z dolną, nie było tak dużej różnicy jak w porównaniu relacji: „wędka” i „z dolną”. Sypiając w skałkach, miałem w zwyczaju budzić się rano i przed śniadaniem pożywcować trochę na powitanie dnia. Łupem moim padały wówczas zarówno baldy, jak i całkiem długie drogi. Na pewno ćwiczyło mi to trochę psychę, ale przede wszystkim sprawiało dużą przyjemność. Podsumowując – o ile w moim debiutanckim sezonie przewędkowałem swoje pierwsze VI.3 (Ambroży na Krzywej), to z dołem robiłem raptem szóstki, a na żywca z powodzeniem poruszałem się po piątkach.
Mimo że dwóch następnych sezonów nie zmarnowałem, to jednak wyraźnego przyrostu formy nie zaznałem. Przyczyniła się do tego zapewne moja pierwsza kontuzja, której nota bene nabawiłem się nie przy wspinaniu, lecz przy robotach wysokościowych – ścinając jemiołę z wysokich drzew w parku. To była zapewne kara za to, że odbierałem pokarm jemiołuszkom. Kara może i słuszna, ale przez rok męczyłem się z chorym nadgarstkiem i nie udało mi się zrobić żadnej ciekawej cyfry. Innym powodem tego zastoju był chyba fakt, że swoją przygodę ze wspinaczką rozpoczynałem w latach osiemdziesiątych, a w związku z tym utkwiłem w pewnym schemacie rozwojowym tamtego czasu. Schemat ten przedstawiał się mniej więcej następująco. Skałki, owszem, bywaj tam często, ale przede wszystkim po to, aby być sprawniejszym w Tatrach; w Tatrach wspinaj się dużo, żeby poradzić sobie potem w Alpach; podbijaj alpejskie ściany, bo twoim celem powinny stać się Himalaje. Pokonując kolejne etapy, w Alpy jeszcze pojechałem, ale do Himalajów już jednak nie dotrwałem. Choć kolejne fazy rozwoju wydają się być logiczne, to nie było w nich za bardzo miejsca na ładowanie pod wysoką cyfrę. Może inaczej wyglądało to wtedy w Krakowie, ale w środowisku wrocławskim tradycje himalajskie były żywe i dominujące. Póki co nie było tu zatem wspinaczy, dla których skałki byłyby celem samym w sobie, i najprawdopodobniej byłem prekursorem takiego podejścia.

W 1985 roku odpuściłem sobie napinkę na śnieżne wspinanie, choć swojej przygody z Tatrami nie zakończyłem jeszcze całkowicie. Zdecydowanie jednak wzrosło moje zaangażowanie we wspinaczki skałkowe. Poznając w międzyczasie smak wspinania w piaskowcu (Saksonia i Hejszowina) oraz na polskiej Jurze, nabrałem słusznego przekonania co do oczywistej wyższości wspinania z dolną asekuracją nad wspinaniem na wędkę. Dziś wydaje się to być oczywiste, ale wtedy wędka wystarczała do szczęścia w skałkach nawet dobrym wspinaczom. Okazało się, że w temacie prowadzenia jest w Sokolikach jeszcze wiele do zrobienia. Potocznie mówiło się, że wszystko padło łupem Małolata. Było w tym jednak sporo przesady, poza tym także on wspinał się przede wszystkim na wędkę. Sporo dróg trudniejszych od szóstki nie miało dotąd swoich pierwszych prowadzeń i na tym się skupiłem. Przypomnę w tym miejscu, że rok wcześniej zostały pobite w Sokolikach rekordy trudności pokonanych z dołem. Otóż za sprawą dwóch odwiecznych ideologicznych rywali, czyli Marka Płonki i Piotra Korczaka, padły wówczas pierwsze sokolikowe „sześć-trójki”. Gwoli ścisłości tę poprzeczkę podniósł jako pierwszy Szalony, prowadząc Hokeja w 1984 roku. Wprawdzie Płonka poprowadził już w 1981 roku H-pół, wycenianą wówczas na VI.3, ale jak wiadomo, trudności tej technicznej drogi zdewaluowały się w międzyczasie. Poza tym Marek przeszedł ją w stylu yo-yo, czyli po odpadnięciu nie odwiązywał się już od liny. Po przejściu Szalonego Marek powtórzył Hokeja, wykorzystując do asekuracji pozostawione przez Korczaka haki. Klasą popisał się trzeci pogromca tej drogi, Kaziu Śmieszko – lokalny siłacz z Jeleniej Góry, który w ostentacyjny sposób zrezygnował z haczyka pozostawionego w trudnościach przez Korczaka, wbijając młotkiem swojego haka z pozycji wspinaczkowej.
Jeśli chodzi o etykę, Sokoliki przez długi czas miały swoje specyficzne prawa. Znamiennym tego przykładem było chociażby podejście do samej wędki. Owszem, był to sposób na trening i rozwikłanie niepokonanych problemów, ale w grupie ambitnych sokolikowych wspinaczy nigdy nie dopuszczało się do dłużącego patentowania – jeśli jeden z nas odpadał od ściany, musiał zjechać na dół, ustępując miejsca następnemu w kolejce po sukces. Ów rygorystyczny sposób traktowania wędki i wspinania tak rozśmieszył dwa lata później ekipę mocnych warszawiaków (z Leszkiem Milczarkiem na czele), że nazwali nas, czyli wspinaczy z Sokolików – Albanią. Pamiętam, jakie to było dla nich dziwne, gdy pokonując sokolikowe drogi OS-em, nie mogli liczyć na podyktowanie kolejnych przechwytów. No cóż, wspinanie bez znajomości pojmowaliśmy już wtedy w sposób jednoznaczny (w każdym razie dotyczy to na pewno mnie oraz Blondasa).

Ortodoksyjne zasady posługiwania się wędką były zapewne oryginalne, jednak miały też spory wpływ na dość powolne tempo podwyższania trudności pokonywanych w tym rejonie dróg. Z drugiej strony, granitowe skałki tak naprawdę nigdy nie stwarzały tylu możliwości eksploracyjnych, co wapienne turnie na Jurze czy też piaskowcowe ściany Hejszowiny. Bądź co bądź, Sokoliki to jednak niewielki rejon. Moje pierwsze prowadzenie drogi w stopniu VI.4 miało tu miejsce dopiero w 1988 roku. Faktem jest, że było to solidne VI.4, bo Nos Żubra do dziś stanowi wyzwanie dla potencjalnych pogromców tego stopnia. Było to jednocześnie pierwsze VI.4 poprowadzone w ogóle w Sokolikach, gdyż pokonana rok wcześniej przez Darka Sokołowskiego droga Znikający Punkt z upływem czasu się zdewaluowała.
Mimo że Nos Żubra trzyma klasę do dziś, to jednak dla mnie bardziej znaczącym osiągnięciem było uklasycznienie i poprowadzenie w tym samym roku efektownej starej hakówki, wiodącej środkiem wschodniej ściany Tępej. Droga była długa, a wyraźny okap dodawał jej smaku – trzeba było mieć nań sporo muskularnej siły. Nic więc dziwnego, że wymyślając nazwę zasugerowałem się widokiem nabitych mięśni Arnolda Schwarzeneggera, reklamujących wówczas na ulicznym billboardzie film Commando. Dziś droga ta zagubiła się co nieco w bogatej siatce kombinacji i wariantów, przecinających urwisko Tępej, ale wtedy była pierwszym i jedynym sposobem pokonania wielkiego okapu na tej całkiem sporej – jak na Sokoliki – ścianie. Myślę, że droga ta stała się również przyzwoitym ukoronowaniem okresu mojej dość bujnej sokolikowej działalności w dekadzie lat osiemdziesiątych. W następnych latach ciężar wspinaczkowych zainteresowań przerzuciłem na Jurę oraz na skały Europy Zachodniej. Kontakt z Sokolikami stawał się dla mnie coraz bardziej epizodyczny.
Być może niektórych zaciekawi mój dzisiejszy stosunek do tych skałek. No cóż… Sokoliki mają swój niewątpliwy urok. Wspinaczka na tle Karkonoszy i pozostałej części Sudetów daje moc wrażeń estetycznych. Kiedyś martwił mnie zupełny brak stałej asekuracji, dziś martwi za to przesadna ilość ringów. Jednak znacznie bardziej razi mnie nowy, ułomny obyczaj nachalnego kreskowania chwytów… Być może taki mechaniczny sposób poruszania się po skale przyspiesza progres w dążeniu do cyfry, ale czy aby na pewno o to chodzi we wspinaniu?
Pierwsza ekiperka
Mój skromny okruch z kalendarium klasycznej eksploracji Sokolików
Piotr Jaśkiewicz

Patrząc na egzemplarz kolejnego wydania przewodnika po Górach Sokolich – perfekcyjnie opracowanego i okraszonego tęgą ilością wprost nieprzyzwoicie kolorowych fotografii – po raz kolejny myślą sięgam do nieodległej przeszłości: do niezapomnianej dekady lat 80. Oszczędzę banałów o swoich początkach. Wszak to wzór spod sztancy absolutnie powtarzalny: przypadkowe odwiedziny Gór Sokolich (1980 r.), wcześniej lektury o górach o Hindukuszu i Himalajach, jakiś kolega i koleżanka z liceum i wspólny wyjazd w Sokoliki (1982 r.), potem zupełnie mimochodem na próbę odwiedziny w Klubie Wysokogórskim we Wrocławiu, by skosztować czegoś nowego. I po kompletnym zauroczeniu („tak, chcę tu należeć, bo atmosfera jest świetna, chcę się wspinać”), poszło szablonowo: kurs w skałkach, kurs w Tatrach (1983 r.), a potem pasyjne przeżywanie każdego tygodnia w rytmie od weekendu do weekendu – oczywiście spędzanego w Sokolikach.
Tę dekadę przeżyłem wspinaczkowo w sposób dość frywolny. Był to miks działań ambitniejszych ocierających się o sportowe dokonania, przeplatanych jednak okresami swoistego luzu, czasem nadmiernego. Hasło wspinaczka było ledwie skrywanym pretekstem do sokolikowego, czasem tęgo zakrapianego, życia towarzyskiego. Dlatego wciąż się dziwię, że w tym dość skromnym zakresie zdołałem się zapisać na jakiejś karcie z kalendarium klasycznej eksploracji Sokolików!
Jeśliby dziś wsiąść do wehikułu czasu i zatrzymać się na stacji odległej o 30 lat, obraz byłby dla współczesnego wspinacza niezwykły: Sokoliki będące „Albanią” wspinaczki skalnej w Polsce.
Miano „Albanii” nadali Sokolikom wspinacze ze środowiska warszawskiego jako synonim pewnego zacofania i autarkicznych wsobnych zasad wspinaczkowych. W Sokolikach królowała wspinaczka na wędkę, jednak była ona obwarowana niepisanym kodeksem. Według niego jako wartościowe były zaliczane te przejścia dróg, które odbywały się – a jakże na wędkę – jednak bez długotrwałego patentowania, najlepiej od razu jednym ciągiem. Patentowanie rozumiane jako dowolnie długo trwające punktowe rozwiązywanie łamigłówek skalnych przez wspinacza było absolutnym zaprzeczeniem tych niepisanych zasad. Przyczyna tej autarkii i wsobności była prozaiczna – Sokoliki na skałkowej mapie Polski były wtedy rezerwuarem skały niemal w 100% wolnej od tzw. żelastwa. Większość dróg wspinaczkowych o trudnościach godnych uwagi – czyli wówczas min. VI.1 – charakteryzowała się problematyczną asekuracją. Wprawdzie używano już kostek, ale była to nadal funkcjonalna nowość, w dodatku budząca wiele wątpliwości. W znakomitej większości akcesoria te produkowane były przez samozwańczych producentów. Oczywiście używano także haków taternickich. Nie zmieniało to jednak w niczym sytuacji, w której pokaźna liczba istniejących trudnych dróg była poza zasięgiem tego rodzaju asekuracji. O ile na Jurze Północnej i w Dolinkach Podkrakowskich ringowanie gładkich połaci skalnych było już pieśnią powszechną i w drugiej połowie dekady wrzucano właśnie piąty bieg w procederze tzw. ringowania, o tyle dorobek ubezpieczonych dróg w Sokolikach wynosił… zero.
Humorystyczne odzwierciedlenie tej „dumnej stagnacji” znalazło się nawet w jednej ze zwrotek „Hymnu Sokolików”. A brzmiała ona mniej więcej tak:
„Sokoliki, Sokoliki,
Cztery spity i Karpniki”
Tyle że trudno byłoby się doliczyć nawet tych czterech spitów… Remanent na początek 1988 roku wykazałby, że w Sokolikach znajdowały się następujące stałe punkty asekuracyjne: dwa niebudzące zaufania nity (nie spity) na drodze Nitówka na Sokoliku Dużym, jeden goprowski ring zjazdowo-asekuracyjny na Sukiennicach (okolice drogi Przez Łasiczki) oraz goprowski ring asekuracyjno-zjazdowy na wierzchołku Krzywej Turni.
Pamięć zawodzi, więc nie podam nawet nazwy miesiąca, a tym bardziej dnia, ale z pewnością późną wiosną, albo na początku lata 1988 roku, po kilku przymiarkach wędkowych zechciał mnie „puścić” wariant prostujący do Filara Brzózki na Sukiennicach wiodący poprzez charakterystyczny okapik (wstępna wycena VI.4). W mojej ówczesnej ocenie formacja była zbyt wątle uszczeliniona, zaś trudności na tyle poważne, że podjąłem decyzję o rewolucyjnym charakterze. Zamierzałem zainstalować co najmniej trzy stałe punkty asekuracyjne w newralgicznych miejscach – na okapiku tuż przy kruksie, ponad kruksem na płycie oraz na wyjściu rysą od Filara Brzozowego. Oczywiście w rachubę wchodziły wyłącznie ringi wyrabiane przez samozwańczych, ale w miarę zaufanych producentów. Wszak z powodzeniem stosowane były one na Jurze. Na dojściu do pierwszego ringa dawało się osadzić małą kostkę, a lekko poniżej pierwszego ringa dobiłem małego haczyka typu rynna. Zatem wyglądało na to, że asekuracja w tym kształcie będzie co najmniej wystarczająca. Decyzja o ringowaniu była dość łatwa, gdyż precedensem było już nieco wcześniejsze „obicie” Karkonoskich Pejzażów na Krzywej Turni przez Janka Pakera. Jednak w mojej skromnej ocenie pojawienie się takiej asekuracji właśnie na Sukiennicach – w miejscu najbardziej popularnym wspinaczkowo w tej części Polski – z pewnością miało charakter rewolucji. W ciągu dwóch weekendów pojawiłem się w Sokolikach uzbrojony w fachowe narzędzia w postaci:
1. Koronki do wiercenia okrągłych otworów w ścianach betonowych – dwie sztuki.
2. Ringów o długości ok. 25 cm – trzy sztuki.
3. Pewnej ilości ołowiu w paskach pozyskanych ze sklepu wędkarskiego.
4. Młota taternickiego prod. Kaziu Morderca Woźniak – jedna sztuka.
5. Zapału nowicjusza – bliżej nieokreślona ilość.

Zapału starczyło mi na umieszczenie zaledwie dwóch z zaplanowanych trzech ringów. Dostępna pod koniec lat 80. technologia ręcznego borowania betonu (za pomocą młota i koronki) radziła sobie zapewne w miarę dobrze z piaskowcem i wapieniem, jednak twardość granitu stanowiła nie lada wyzwanie. Wybrana przeze mnie metoda wiercenia spaliła na panewce po pierwszych kilkunastu uderzeniach młotem. Okazało się, że ząbki koronki w szybkim tempie zginają się do środka i deformują – narzędzie połamało sobie zęby i nie było w stanie wykonać dalszej pracy! W desperacji przypomniałem sobie, że wziąłem przypadkiem ze sobą zwykły przecinak. Wprawdzie nie miał on regularnego kształtu koła o odpowiedniej średnicy, dostosowanej do średnicy ringów, jednak stop, z którego został wykonany, okazał się znacznie twardszy. Przecinak wprawdzie nie zagłębiał się w litym granicie jak w maśle, co to to nie, ale był wyraźny progres. Wiercony w litym granicie otwór zyskiwał na głębokości z każdym kwadransem. Pojawił się jednak istotny mankament – otwór absolutnie nie posiadał regularnego okrągłego przekroju… Tu po krótkim namyśle w sukurs przyszła jednak druga koronka, jeszcze z całymi zębami. Okazało się, że narzędzie to dostatecznie dobrze radzi sobie z uzyskaniem geometrycznego kształtu istniejącego otworu. Wprawdzie postępy nie były oszałamiająco szybkie, ale pojawiła się nadzieja. I tak w ciągu dwóch całodziennych sesji osadziłem pierwszego z trzech zaplanowanych ringów – sumaryczny czas pracy ekiperskiej wyniósł około siedmiu godzin!!! Drugi został osadzony tydzień później w ciągu pięciu godzin, trzeciego już nie osadziłem – zapału starczyło jeszcze na powieszenie pętelki rezerwacyjnej… Uznałem, że taka asekuracja musi mi wystarczyć do przejścia – nie wyobrażałem sobie ponownej syzyfowej pracy z tymi wszystkimi dłutkami i młotem…
Postawienie kropki nad i dokonało się równo tydzień później w sobotnie wczesne popołudnie. Większość lokalsów wiedziała, że nastąpi zwieńczenie moich prac, a niektórzy z nich zdążyli już dokonać wędkowych przymiarek. Wokół Sukiennic kręciła się nieliczna grupka wspinaczy, w tym Kaziu Śmieszko, który rozsiadł się na głazie pod Filarem Brzozowym. Jednak, gdy tylko zbliżyłem się do startu mojego wariantu, Kaziu donośnym wielokrotnym gwizdem oznajmił braci wspinaczkowej, że nadszedł ten moment. Spod okolicznych skał wyłonił się niezły tłumek wspinaczy i zwykłych kibiców, który rozsiadł się wokół filara w sąsiedztwie Kazia. Poczułem się nieco jak na scenie, obserwowany przez widzów zgromadzonych jak na sportowej arenie. Z racji nieobecności mojego stałego partnera od liny Jurka Waltera Gurbowicza, który tym razem nie dojechał, moim osobistym asekurantem został młody wspinacz nazywany Młodym Zającem (w odróżnieniu do Władka Zająca). Czując zwielokrotniony wzrok na potylicy, pierwszą finalną próbę spaliłem w kruksie wskutek tremy. Młody Zając nieco się chyba spóźnił z zablokowaniem liny w przyrządzie, w związku z tym niemal czterometrowy lot zakończył się zaledwie metr na półką! W drugiej próbie kropka nad i została ostatecznie postawiona. Rozległ się aplauz, a ja z satysfakcją zdjąłem pętlę rezerwacyjną. Droga została otwarta!
Po moim przejściu ustawiła się niezła kolejka kolegów reflektujących na kolejne przejścia. Korzystając z rozwieszonych ekspresów jeszcze tego samego dnia drogę powtórzyli: Władek Zając, Piotrek Gubernat oraz zdaje się, że także Jarek Blondas Liwacz. Z racji okoliczności towarzyszących otwarciu drogi ochrzciłem ją imieniem Rock Arena i zaproponowałem ostatecznie wycenę VI.3+. Pierwsza droga o asekuracji stałej – jeszcze nieco ułomnej – na popularnych Sukiennicach stała się faktem. Jej popularność w dniu jej premiery tylko była potwierdzeniem głodu takich dróg w Sokolikach – o znacznych trudnościach i z pewną asekuracją.
Potem historia dopisała dalszy ciąg w sposób przewidywalny: w 1989 roku, jako członek nieformalnej i oddolnej inicjatywy wraz z innymi osobami sfinansowaliśmy z własnych środków oraz zainstalowaliśmy stałe punkty na następnych drogach wspinaczkowych. Nieformalną inicjatywę tworzyli m.in.: Rysiu Siwiec, Jacek Kudłaty, Krzysztof Siwa, Paweł Gusin, Władek Zając. Tym razem były to zakupione w katowickim sklepie Alpin Sport atestowane spity Petzla – rozprężne kotwy dość płytko tkwiące w podłożu. Miały one niebagatelną zaletę: były stosunkowo szybkie w instalacji – średnio 30 minut na jeden punkt. Osadziliśmy takie punkty na Kurtykówce na Babie, Smudze Cienia i Małpiej Ściance na Małym Sokoliku.
Po 1990 roku korzystaliśmy już z klubowego „demona” Hilti, czyli wiertarki akumulatorowej z tęgim udarem oraz użyliśmy po raz pierwszy technologii kotw wklejanych. Czas osadzenia stałego punktu asekuracyjne, stopniał do kilku minut!

Patrząc zarówno wstecz, jak i na teraźniejszość, czuję się „spiritus movens” tego całego następującego po 1988 roku sokolikowego boltowania. Po 30 latach od tego zdarzenia historia zaczyna dopisywać następny, dość znamienny, rozdział. Wobec istnienia w Sokolikach niemal 400 kompletnie ubezpieczonych dróg – zasadne staje się pytanie o dalszą przyszłość. Pojawia się też konstatacja, czy uzasadnione nie byłoby wyłączenie z dalszych prac ekiperskich części Sokolików, uznając, iż ich eksploracja jest już zakończona?
PS. Trzeciego, niewykorzystanego na Rock Arenie, ringa zainstalowałem ostatecznie na mojej realizacji z 1992 roku – Wakacjach z Blondynką na Małym Sokoliku.
Jak dziwnym trafem zacząłem się wspinać
Wojciech Dozent Wajda

Na początku lat siedemdziesiątych zupełnym przypadkiem nabyłem przewodnik Kolankowskiego, czyli „Skalne Drogi Sudetów Zachodnich”. Byłem zresztą głęboko przekonany, że jest to przewodnik turystyczny. Parę dobrych lat nic z tego nie wynikało aż do roku 1980, kiedy zainspirowany przykładem wspinającego się (kiedyś) promotora mojej niedoszłej pracy doktorskiej, zacząłem jeździć w Sokoliki i korzystać z nabytej niegdyś pozycji. Starannie ukrywałem się przy tym w krzaczorach, dbając, by nikt mnie nie zobaczył przy moich groteskowych próbach – jedna mało nie zakończyła się na glebie, gdzie chwilę wcześniej znalazł się mój plecak. Już jesienią 1981 roku, przestudiowawszy uprzednio polskie tomiki Paryskiego i podręcznik Popki pożyczony przez moją siostrę z biblioteki AWF, uznałem że mam moralne prawo zdawać egzamin wstępny (ze znajomości turystycznej Tatr) do KW Wrocław. Egzamin zdałem chwalebnie, głównie dzięki prawidłowej odpowiedzi na pytanie Ferenia, co należy uczynić z tablicą Lenina na Rysach (czytelnikom pozostawiam możliwość odgadnięcia, jaka była to odpowiedź). Przede wszystkim jednak poznałem śp. Wojtka Wąchałę (późniejszego Architekta) i miałem z kim jeździć w skały już bardziej serio. Linę bezalinową, skądinąd podciąg, zdołałem już wcześniej nabyć. W Klubie poznałem też następnych młodych wspinaczy, w tym Pawła Jacha i Jacka Skrzypczyńskiego. Byliśmy z Architektem na tyle walnięci, że ostatni nasz wyjazd odbył się 6 grudnia w śniegu po jaja. Zrobiliśmy wtedy Chałę na Małym Sokoliku, a prowadził, jako bardziej doświadczony Architekt.

Tydzień później mieliśmy już zupełnie inne problemy, niemniej wiosną 1982 roku działalność Klubu została reaktywowana (dlaczego był zawieszony, znów pozostawię domyślności czytelników) i podano termin kursu skałkowego. Miałem dobre informacje, bo w moim instytucie pracowali Janusz Kuliś (wtedy prezes) i Wojtek Augustyn. Jeszcze przed kursem zrobiliśmy z Architektem parę dróg z dolną, jak Kancik Sukiennic, Prawy Komin, Direttissima Zipserowej, Komin Jakubowskiego na Małym Sokoliku czy Ryskę Czernera na Jastrzębiej. Na tej ostatniej poparzyłem sobie dłonie przy asekuracji na górnym stanowisku. Dodam jeszcze, że auta nie miałem… Niezależnie od wszystkich jaj do kursu dotrwaliśmy żywi i w miarę cali, a zaczęliśmy go od przeżywcowania Brzózki (nie pierwszy raz zresztą), co zamiast natychmiastowego wywalenia spowodowało radość szkolącego połączoną z uwagą, że – w związku z niedoborem kadry instruktorskiej – jako już wspinający się będziemy tworzyć samodzielną dwójkę. Nie wiedzieć czemu bardzo nas to ucieszyło. Potem już nie było tak źle, a na kursie byli z nami wcześniej już poznani Andrzej Nosal i Grzesiek Nitka, a także Bodek Stefko (ten) i Paweł Skudlarski. W okolicach kursu kręcili się Jasiu Paker Krajewski (nie przyjęty do Klubu z powodu braku stażu w Tatrach – najlepszy dowód na to, że przeciwności hartują) i Ewa Pakulska.

Od tego czasu moje życie dzieliło się na pobyty w skałkach, Tatrach, trochę Alpach i Dolomitach, roboty wysokościowe i udawanie, że pracuję (w pracy etatowej w Pafawagu). Z wyjątkiem tej ostatniej działalności był to typowy tryb życia ówczesnego polskiego skałołaza. Jeżdżąc tak sobie w skały, chcąc nie chcąc byłem świadkiem wielu ciekawych wydarzeń wspinaczkowych (być może niektóre były nawet historyczne). Widziałem jak Andrzej Budzanowski zrobił Pod Zjazdem (RK), a Marek Płonka próbował równolegle Hokeja (niestety bezskutecznie). Moja własna wielka rynna była użyta przez Płonkę przy przejściu dołu Filara Biedermana. Widziałem pierwsze przejście Jedynki przez Jasia Krajewskiego (na własnej, niekoniecznie sugeruję naśladownictwo) i Kantu Krzywej przez Kazia Śmieszkę. W Tatrach zginął Architekt. Zbudowano Tabor pod Krzywą. Zwolniłem się z Pafawagu i zacząłem robić rysunki do przewodnika Głazka i Janowskiego. Widziałem jak nasi miejscowi wspinacze zaczęli preferować wapienie i faktycznie robili tam większą cyfrę (może dzięki temu, że istniała tam już stała asekuracja, lepsza niż stare haki). Po tylu latach mogę już napisać, że miałem wtedy wrażenie (zapewne niesłuszne) czegoś w rodzaju zdrady Sokolików. Za to odczucie niniejszym przepraszam Pakera, Blondasa, Małego i Bognę.

I tak się to toczyło aż w 1989 roku skończył się w Polsce komunizm (i bardzo dobrze), a w Sokolikach wbito pierwsze spity (to już dla ludzkości całkiem obojętne).
P.S. Przewodnik Kolankowskiego pożyczyłem spotkanemu w skałach przygodnemu znajomemu, więc musiałem zdobyć nowy. Szczęśliwie jako towar niechodliwy był nagrodą pocieszenia w loterii książkowej i po zakupieniu pięciu losów wszedłem w jego posiadanie. Podręcznik Popki musiałem oddać do biblioteki i po latach wniosła go mi w posagu Aśka.

Wojciech Dozent Wajda – ur. w 1955 roku, wspina się nieprzerwanie od 1981 roku Instruktor PZA i wieloletni członek Wrocławskiego KW. Aktywnie szkoli – w skałkach i Tatrach od 1988 r. (zimą od 1989 r.) a od 1994 roku jest instruktorem alpinizmu PZA. W swojej karierze wyszkolił przeszło 400 osób, w tym (jako asesor) przynajmniej 16 instruktorów. Ekspert w dziedzinie sprzętu wspinaczkowego, współautor przewodnika wspinaczkowego po Sokolikach z 2007 roku (wyd. Sudetica Verticalia) oraz rysunków wykorzystanych w poprzednim przewodniku (autorstwa K. Głazka i W. Janowskiego z 1994 r.). Ma na koncie kilkadziesiąt pierwszych przejść w Sokolikach i Rudawach. Można go często spotkać w rejonie razem z żoną Asią.
Dlaczego bez liny?
Jarek Liwacz

Kwiecień 1982 roku – początek
Po powrocie ze „wspinaczkowej” wycieczki do wojcieszowskiego kamieniołomu wychodzę na podwórko i opowiadam koledze jak to wspinałem się zaopatrzony w linę zorganizowaną na budowie.
– Wojcieszów? Byliście w jaskini? No co ty – „szambonur” jesteś? Jak chcesz się wspinać, to jedź ze mną w skały.
– OK.
Bździelu zabrał mnie w Sokoliki i pokazał, na czym polega wspinanie. Najpierw Łasiczkami na Sukiennice, a później Żubrem na Krzywą. Andrzej szedł pierwszy, a ja za nim: chwyt po chwycie, stopień za stopniem. Na szczyt i z powrotem tą samą drogą. Bez liny. Na żywca.
Bez asekuracji wspinali się wtedy wszyscy – w każdym razie tak to zapamiętałem. Jeśli ktoś chciał się rozgrzać albo wejść na skałę, żeby rzucić wędkę, to zwyczajnie zakładał korkery (jeśli je miał) i się wspinał. Żywcowanie czwórek czy piątek nie było żadnym wyczynem i nie budziło sensacji. A przecież poziom wspinaczkowy był znacznie niższy, nie było też butów wspinaczkowych, o gumie friction nie wspominając.
W moim przypadku skok jakościowy nastąpił wraz z zakupem Baletów i Ninji Boreala. Nagle okazało się, że but może stać na wszystkim. Z marszu padło Serduszko (VI.2 – obecnie VI.2+) i Małpia Ścianka (VI.1). Dłuższego przygotowania mentalnego wymagał Filar Brzózki (VI.1+ – obecnie VI.2). Drogę przeżywcowałem trzy razy i za każdym razem najbardziej bałem się, czy nie urwę odpękniętego odciągu, którego łapałem wchodząc na filar. Nie odłamał się i jest tam do dziś.

Kolejnym poważnym wyzwaniem była Śmietanka (VI.2) na Tępej. Pod ścianą podczas przejścia była całkiem spora publika. Obserwowali moje sprawne ruchy, które zatrzymały się, gdy doszedłem do obłego, ruchomego chwytu mniej więcej w 2/3 drogi. Stałem tam dobre kilka minut, zastanawiając się: iść do góry, czy skakać do tyłu, na któreś z rosnących drzew. Nie wpadłem na pomysł, żeby poprosić kolegów o wejście na górę i rzucenie mi liny. W końcu stwierdziłem, że skoro tyle osób robiło Śmietankę i chwyt się nie urwał, to i teraz wytrzyma. Wytrzymał, ale dziś już go nie ma. Odłamał się jakiś czas później.
Najpoważniejszym moim żywcem było zdecydowanie Pod Zjazdem (VI.2+). Przed samym przejściem byłem nieco spięty. Jednak ruszając w drogę, wszelkie napięcie ustąpiło i zupełnie bez emocji przeszedłem drogę. W skałach byłem wtedy tylko z Władkiem Janowskim, który zrobił mi zdjęcie. Mimo, że na drodze czułem się bardzo pewnie, po przejściu wiedziałem, że już tam nie wrócę. Zrobiłem i wystarczy.

Jakiś czas później pojawiłem się w skałach na sesji zdjęciowej z Kaziem Śmieszko. Miałem pozować, prowadząc Pod Zjazdem, Hokeja i Znika. Rozgrzewając się na tej pierwszej, stwierdziłem, że mogę ją spokojnie zrobić bez liny. W ten sposób padły dwa kolejne przejścia, bo Kaziu wisiał raz z prawej, raz z lewej strony. Wypstrykał ze dwie rolki filmu, ale dostałem tylko jedno zdjęcie. Kaziu jest perfekcjonistą i jak zdjęcie mu się nie podoba, to ląduje w piecu.
Dla mnie wspinanie bez liny, czy to jako rozgrzewka, czy jako forma wyzwania, jest czymś zupełnie naturalnym, gdyż robię to od momentu wspinaczkowych narodzin. Było to równie normalne i naturalne dla kolegów wspinaczy, bo jak wspomniałem żywcował każdy. Dziś sytuacja jest inna, wspinanie jest traktowane jako zajęcie pozbawione ryzyka. Ma być bezpiecznie, więc drogi są gęsto ubezpieczone ringami, a zwyczaj żywcowania zaniknął.

Były oczywiście i inne żywcowe epizody, np. przejście highballowego w charakterze Nosa Żubra (VI.4/4+) przez Jasia Wieczorka, wiele lat później powtórzone przez Jędrzeja Wilczyńskiego i Sebastiana Czechowskiego. Moim zdaniem poważniejszym wyzwaniem było przejście przez Sobka Zulu Guli (VI.2+/3). Obecnie zdecydowanie najpoważniejszym dokonaniem jest przejście bez asekuracji Znikającego Punka (VI.4+) przez Kubę Września.
Od redakcji: wyróżniającymi się żywcami są także solowe przejścia Primabaleriny VI.4 (Sebastian Czechowski, 1997 r.) oraz Sekretnej Rysy VI.4 (Marcin Opozda, 2018 r.).
Czerwiec 2004 roku – kilometrowy łańcuch w Sokolikach

Przeżywcowanie ponad pięćdziesięciu dróg w Sokolikach składających się na 1200 metrów w pionie wyszło trochę przypadkiem. Micaj i Sokół chcieli w ciągu jednego dnia przejść tyle dróg, aby ich łączna długość wyniosła co najmniej 1000 metrów, tyle co legendarny El Capitan. Myśleli o tym, gadali, ale nie mogli się zebrać, żeby to sfinalizować. Wiadomo, że nieraz trudno, aby dwie osoby jednocześnie miały: spręża, formę i czas. Pomysł mi się spodobał i postanowiłem, że zrobię 1000 metrów sam. Na żywca, bo tak łatwiej i szybciej. Udało się za drugim razem. Pierwszą próbę, mniej więcej w połowie, przerwał deszcz.
Poniższe zestawienie prezentuje wszystkie przebyte przeze mnie drogi. Sumowałem przybliżone długości pokonanych dróg przy założeniu, że:
• do ogólnej sumy wlicza się drogi pokonywane w zejściu
• schodziłem innymi drogami niż wchodziłem
• jeśli schodziłem daną drogą drugi raz, to jej długość nie była doliczana
Wystartowałem 26 czerwca 2004 roku o 8:15, a skończyłem po przejściu 57 dróg o 12:20. Było ledwie po południu, stwierdziłem więc, że fajnie, bo mam jeszcze pół dnia na wspinanie. Jednak po chwili przerwy przeznaczonej na odpoczynek okazało się, że jestem zmęczony dużo bardziej, niż mi się wydawało. W tym dniu nie dotknąłem już skały.
| NR | DROGA | TRUDNOŚĆ | DŁUGOŚĆ | GÓRA/DÓŁ |
| Krzywa Turnia | ||||
| 1 | Rysa Gorayskiego | V+ | 65 | g |
| 2 | Dupa Żubra | IV | 50 | d |
| 3 | American Direct | VI | 65 | g |
| 4 | Grzbiet Żubra i Rysami | V | 50 | g |
| 5 | Kroczek | IV | 20 | d |
| Sukiennice | ||||
| 6 | Prawy Biederman | VI- | 30 | g |
| 7 | Kancik | IV+ | 25 | d |
| 8 | Lewy Biederman | V+ | 20 | g |
| Kancik | IV+ | d | ||
| 9 | Pod Okapami | V | 35 | g |
| Kancik | IV+ | d | ||
| 10 | Roboty Drogowe | VI | 20 | g |
| Kancik | IV+ | d | ||
| 11 | Trzy Okapy | VI+/1 | 30 | g |
| 12 | 34 | V | 20 | d |
| 13 | Nitka | VI | 25 | g |
| 14 | 33 | V | 20 | d |
| 15 | Tył Komina | VI- | 25 | g |
| 16 | Fix Brzózka | IV+ | 20 | d |
| 17 | Superdirettissima | VI | 20 | g |
| 18 | Direttissima | V+ | 20 | d |
| 19 | Rój Hektora | VI- | 20 | g |
| 20 | Do Puszki | IV+ | 20 | d |
| 21 | Przełyk | VI | 20 | g |
| 22 | Łasiczki | III | 10 | d |
| 23 | KKP | V+ | 15 | g |
| Łasiczki | III | d | ||
| 24 | Dwa Okapy | VI- | 15 | g |
| Łasiczki | III | d | ||
| 25 | Szare Zacięcie | VI- | 15 | g |
| 26 | Gładkie Zacięcie | VI | 10 | d |
| 27 | Droga Głazka | VI | 15 | g |
| 28 | Brzózka | III+ | 20 | d |
| 29 | Panfil Brzózka | V | 15 | g |
| Fix Brzózka | IV+ | d | ||
| 30 | Lewy Komin | VI | 20 | g |
| 31 | Prawy Komin | V | 20 | d |
| Sokolik Duży | ||||
| 32 | Zacięcie Filara | VI- | 35 | g |
| 33 | Czołg Wprost | V | 35 | d |
| 34 | Nitówka | VI | 20 | g |
| 35 | Lewy Nitsch | V | 20 | d |
| 36 | Wariant R | VI.1 | 18 | g |
| 37 | Kominek Adeptów | III | 18 | d |
| 38 | Mały Hokej | IV+ | 20 | g |
| Schodami 🙂 | 0 | d | ||
| Sokolik Mały | ||||
| 39 | Organki | VI- | 25 | g |
| 40 | Rysa Tota | V | 25 | d |
| 41 | Filar Kurtyki | VI+ | 30 | g |
| 40 | Rysa Tota | V | d | |
| 42 | Do Okienka | V+ | 50 | g |
| 43 | Kroczek | V | 18 | d |
| 44 | Jarzębinka | V+ | 18 | g |
| 45 | Chała | III | 40 | d |
| 46 | Małpia Ścianka | VI.1 | 10 | g |
| Komin (Wejściówka) | IV | d | ||
| 47 | Słoneczna Ścianka | VI | 25 | g |
| Kroczek | V | d | ||
| Baba | ||||
| 48 | Serduszko | VI.2+ | 8 | g |
| 49 | Kurtykówka | VI | 8 | d |
| 50 | Rysa Kowalewskiego | VI+ | 8 | g |
| 51 | Krwawa Rączka | V+ | 8 | d |
| 52 | Totolotek | VI+ | 10 | g |
| 53 | Loteryjka | IV | 8 | d |
| Chatka | ||||
| 54 | Chatka Puchatka | V+ | 10 | g |
| 55 | Lewe Prostowanie | VI | 10 | d |
| 56 | Prawe Prostowanie | VI+ | 10 | g |
| 57 | Zemsta Kłapouchego | VI | 10 | d |
| w sumie | 1272 metry | |||
Jarek Blondas Liwacz
instruktor taternictwa PZA
blondas.pl
Lata dziewięćdziesiąte w Sokolikach z perspektywy lokalnego wspinacza
Jan Wieczorek

Okres lat dziewięćdzesiątych był swoistym czasem przejściowym. Folklor i światopogląd schyłku PRL-u był jeszcze widoczny i wybrzmiewał w wielu głowach, z drugiej strony swoista aura oczekiwania na coś lepszego przekładała się z wolna na pęd ku wolności i eksperymentowanie w różnych dziedzinach. Jednym z takich miejsc, gdzie człowiek mógł oderwać się od szarej rzeczywistości i mieć do czynienia z aktywnością na świeżym powietrzu, były otaczające nas góry.
W moim przypadku wspinanie w Górach Sokolich było kolejnym etapem poznawania najbliższego otoczenia. Wspinaczki na skałki zakosztowałem zanim pojawiłem się na kursie wspinaczkowym organizowanym przez Sudecki Klub Wysokogórski w Jeleniej Górze. Odbywało się przy okazji wycieczek, na które od wczesnych lat dzieciństwa zabierał mnie mój tato Ryszard Wieczorek. Wspinaliśmy się wówczas tak jak potrafiliśmy – razem, a niekiedy samotnie, na każdą skałkę, która była dla nas dostępna, tylko po to, aby ją zdobyć i obejrzeć z jej szczytu roztaczającą panoramę. Tak wchodziliśmy na Borówczane Skały, Paciorki, Pielgrzymy, Skalny Most czy Dziurawą Skałę. Do wspinania przybliżyły mnie także wakacyjne wizyty w Tatrach, gdzie pierwszy raz w rejonie Zadniego Kościelca ujrzałem taterników, którzy mocno mnie zaintrygowali, ponieważ mogli być bliżej gór niż zwykły turysta.

Zanim poznałem wspinaczy skałkowych z Kotliny Jeleniogórskiej, z Sudetów i innych rejonów Polski, jako dziecko marzyłem o tym, aby zostać taternikiem, a następnie himalaistą. Te wizje były oczywiście rozpalane przez sukcesy: Jerzego Kukuczki, Reinholda Messnera czy Wandy Rutkiewicz. Pierwsze wspinaczki z liną o długości 12 metrów odbyłem w 1989 roku na Jeleniej Skale nad Grabarami koło Jeleniej Góry z kolegą z podwórka Mariuszem Krupą. Nie mieliśmy uprzęży, a jedynie pas i karabinki strażackie, asekurowaliśmy się intuicyjnie przez ciało, nasza lina była na tyle krótka, że Mariusz asekurował mnie od góry, zapierając się nogami o drzewo. W taki sam sposób pierwszy raz wspięliśmy się na Duży Sokolik w rejonie Kantu Płyty Nowaczyka, przy czym, aby podejść do liny, musiałem wspiąć się nieco bez asekuracji, gdyż nie sięgała ona do ziemi. Oglądając nasze zmagania wspinający się na Lewym Nitschu ludzie skomentowali to tymi słowy: „Chłopaki, z taką asekuracją, to wy się pozabijacie!”. Za chwilę też zaprosili nas do siebie, przywiązali do wędki i mogliśmy już poprawnie, bez dodatkowego stresu, przejść Lewego Nitscha. Uświadomiłem sobie wtedy, iż koniecznie muszę pójść na kurs wspinaczkowy.
Pojawiłem się na nim w 1990 roku. W mojej karcie sportowca miałem zapisaną wówczas wagę 58,5 kg przy wzroście 177 cm. Lekarz stwierdził, że z takim dużym sercem i przełożeniem waga/wzrost doskonale nadaję się na wspinacza, co bardzo mnie ucieszyło. Rodzice wystawili mi pozwolenie, gdyż byłem jeszcze niepełnoletni i z wielką radością wybrałem się na kurs. Szkolenie SKW odbywało się w Górach Sokolich. Było kilka zespołów. Ja wraz Tomkiem Łatką i Małgorzatą Wieczorek (przypadkowa zbieżność nazwisk) trafiłem do grupy Jarosława Liwacza, który zaczął uczyć nas asekuracji i wspinania. Zajęcia były konkretne i motywujące do tego, aby dalej się wspinać. Po pracy z nami, w czasie wolnym, Blondas wspinał się już w swoim zakresie, natomiast ja, inspirując się jego wspinaczkami, już na własną odpowiedzialność żywcowałem drogi kursowe – m.in. Brzózkę czy Kroczka. Stan umysłu podczas takiej wspinaczki był dla mnie wisienką na torcie po całym dniu kursu.

Po tygodniu kurs się zakończył i padło pytanie – co dalej? Jak się wspinać bez sprzętu i partnerów? Po krótkim czasie zakupiłem linę i korkery, a w skały zacząłem jeździć z partnerami z kursu. Staraliśmy się być w skałach co tydzień, aby przewspinać na wędkę lub solo, wszystko co było w naszym zasięgu. Wspinanie na kościach odpadało, ponieważ nie stać nas było na taki sprzęt. W tym czasie w Sokolikach stan ubezpieczenia dróg przedstawiał się blado, najlepiej oddaje to fraza z tamtych lat: „Sokoliki, Sokoliki, cztery spity i Karpniki!”. Z czasem zaczął z nami jeździć w skałki także Mariusz Krupa (z którym zacząłem żywcować tzw. pikusie, do momentu, w którym Mariusz nie przywaliłby w glebę pod Sukiennicami w rejonie Biedermanów; gdyby nie moja wyciągnięta ręka mogłoby być po nim…) oraz Krzysztof Skupin i Robert Markowski (Szopa). Z tym ostatnim przez kolejne lata wspinałem się w Sokolikach, Rudawach, na Perle Zachodu i innych rejonach skalnych w Polsce i za granicą.
Początek lat 90. był dla nas – wówczas młodych wspinaczy z Jeleniej Góry – przede wszystkim cyklicznie powtarzającą się przygodą. Wstawaliśmy wcześnie rano i z plecakami pędziliśmy na pociąg do San Fran Trzcińska lub na autobus nr 11 do Wojanowa-Bobrowa. Dojazd i powrót był swoistym folklorem. W skały jechało się zdezelowanym pociągiem tzw. żółtkiem lub kultowym autosanem H9 z fotelami z tapicerką ze skaju. Podczas podróży bywało tak, że w tym samym autobusie podróżowała cała ekipa wspinaczy z Jeleniej Góry. Początkowo ograniczaliśmy się do własnego towarzystwa. Z czasem jednak grupa zmniejszyła do kilku osób (mnie, Szopy i Krzysztofa Skupina, który też skończył się wspinać w momencie powołania do służby wojskowej).

Nasze wspinanie ewaluowało wraz z nawiązaniem dialogu ze starszymi stażem wspinaczami – Darkiem Łygasem (Mały, lub Bestia z Sukiennic), Piotrem Jaśkiewiczem (Piter), wspomnianym Jarkiem Liwaczem (Blondas lub Książę Sukiennic), Jasiem Krajewskim (Paker) i innymi. Podczas wspólnych wspinaczek z Darkiem Łygasem zaczęliśmy uczyć się, jak się wspinać, by pokonywać możliwie najtrudniejsze drogi. Wcześniej zależało nam raczej na liczbie pokonanych dróg i opanowaniu techniki, aby wspinać się możliwie najbardziej dynamicznie i płynnie.
Wraz z Szopą wdrożyliśmy indywidualny reżim treningów, rozumiejąc, że właśnie w tym, oprócz charyzmy, tkwi klucz do progresu. Wówczas trenowało się głównie w skałach lub na rozmaitych przyrządach typu: drążek, chwytotablica, drabina Bachara, jakiś murek, czy kosz do koszykówki służący np. do podciągania na jednej ręce. Ze zwykłego pnia drzewa spreparowaliśmy przyrząd do wzmacniania mięśni i palców imitujący wspinanie w dachu (nazwany przez nas kłodą). Zrobiliśmy sobie także tzw. sztuczną rysę, która składała się z dwóch zbitych desek oraz panel Güllicha. Do treningu podchodziliśmy zazwyczaj poważnie, ale bez spiny, czasem traktując go niemal jako rozrywkę. Przywieźliśmy w skały ciężarki, które chowaliśmy pod kamieniami. Służyły one do usprawnienia rozgrzewki, dzięki czemu mogliśmy w trakcie wspinania czuć się lekkimi jak piórko. Inspirowaliśmy się postaciami znanymi z czasopism, należeli do nich Wolfgang Güllich, Jerry Moffatt, Patrick Edlinger, Piotr Korczak i Dariusz Sokołowski. W dalszym ciągu cennych instrukcji, co do doboru ćwiczeń obwodowo-siłowych udzielał nam Darek Łygas, który był przedstawiany na naszych rysunkach w galerii na Taborze (autorem większości był Ovca, czyli Bartosz Markowski) jako super-bohater z nadzwyczajną siłą rąk. Chmurki na rysunku mówiły: „Moje ręce to imadła, każda droga mi tu padła.” Natomiast Blondas nauczył nas chodzić po linie, co oprócz ćwiczeń jogi stało się stałym elementem naszego treningu.

W czasie najlepszej formy ćwiczyliśmy w reżimie tygodniowym: wspinanie, trening obwodowy z ciężarami, drabina Bachara, drążek, kłoda itd. Rezultaty były widoczne w progresie osiąganym na skałach. Z czasem nabraliśmy doświadczenia i wiedzieliśmy, że pod każdą drogę należy dobrać odpowiedni trening (np. pod kątem Hokeja wystarczyło ćwiczyć pompki w seriach do 250 powtórzeń kilka razy dziennie). Trening motywował sam w sobie do bicia rekordów – np. w podciąganiu na jednej ręce, czy na jednym palcu. Ówczesne rekordy wspinaczy z Jury nie były dla mnie zbyt odległe. Krzysztof Sas-Nowosielski podciągał się wówczas na prawej ręce 25 razy. Ja, bez parcia w tym kierunku, a jedynie dla czystej rozrywki dawałem z tzw. szmaty 15 razy, a na jednym palcu cztery razy. Myślę jednak, że gdybym skupiał się jedynie na biciu tego typu osobistych rekordów, poszedłbym w szranki bezsensownej osłody niedorzeczności.
Wspinaliśmy się z Szopą po coraz trudniejszych projektach, bo dawało to dużą satysfakcję, jednak tak naprawdę każdy z nas miał swoją wizję wspinania, inne cele i aspiracje. Mimo że Szopa był moim partnerem od liny, nigdy nie konkurowaliśmy ze sobą. Po prostu jeden asekurował drugiego i dbał o to, aby się mu nic nie stało. Dzięki temu mieliśmy komfortową sytuację i wizyty w skałach były dla nas psychicznym odpoczynkiem. Przyjeżdżaliśmy w skały na tyle wcześnie, że gdy zjawialiśmy się na Taborze, większość wspinaczy jeszcze spała. Podchodziliśmy pod górę i zaczynaliśmy rozgrzewkę, potem włączaliśmy malutkie radio tranzystorowe i wybieraliśmy dany problem do patentowania. Zwykle na początku był on poza naszym zasięgiem, ale z upływem czasu stawał się dla nas dostępny.
Oprócz wspinania w Górach Sokolich, które powoli nas już męczyło, zaczęliśmy eksplorować tereny w pobliżu Jeleniej Góry. Poszukiwaliśmy nowych wyzwań (m.in. na Chojniku czy Witoszy) pod autorskie już drogi. Wybór pod kreację nowego rejonu skalnego padł jednak na przełomową Dolinę Bobru – tzw. Perłę Zachodu, gdzie znajduje się spora liczba skał granitognejsowych. Odtąd dzieliliśmy nasze wspinanie na sokolikowe (potrzebne do głównie wzmacniania formy) i wspinanie na Perle Zachodu (gdzie wyznaczaliśmy trasy wspinaczkowe pod nowy rejon skalny). Wspinaczka połączona z eksploracją skał na Perle Zachodu dawała mi poczucie pełnej swobody oraz wolności.

Muszę powiedzieć, że w tym procesie wspinaczkowego doskonalenia zwróciłem uwagę na cele, które wiązały się z ryzykiem utraty zdrowia lub nawet życia. Inni byli bardziej roztropni i wspinali się wyłącznie z liną, ja jednak potrzebowałem czegoś alternatywnego. Uważałem, że o ile jest to możliwe, to trzeba tak ćwiczyć, aby móc przejść bez asekuracji to, co jeszcze nie zostało pokonane. Oczywiście odpowiednio się do tego przygotowując.
Po pierwszym przejściu na żywca Rysy Nowaczyka VI.2, uznałem że muszę – w stosownym czasie – pokusić się o kilka poważniejszych solówek. Motywowały mnie do tego wciąż stojące w miejscu rankingi tego typu przejść w Polsce, gdzie rekordem przez lata był Abazy VI.3+ w Dolinie Bolechowickiej. W roku 1993 pokusiłem się o zaatakowanie na żywca Nosa Żubra VI.4 na Krzywej, gdyż droga ta bardzo mi leżała i czułem, że jest w moim zasięgu. Pierwsza próba okazała się jednak falstartem i musiałem w kontrolowany sposób glebować z połowy drogi. Po około miesiącu, gdy już odpuściłem sobie tę drogę, dla czystej rozrywki ćwiczyłem na niej ze sporym dociążeniem, co przełożyło się na „przebieganie” jej wiele razy pod rząd ze sporym zapasem siły. Tego typu trening spowodował u mnie życiową formę, którą przełożyłem 13 maja 1993 roku na pierwsze przejście bez asekuracji Nosa Żubra. Tym razem przejście odbyło się bez żadnych komplikacji i w bardzo szybkim tempie. Niedługo potem Wojtek Kurtyka przeszedł Chińskiego Maharadżę VI.5 w Dolinie Bolechowickiej. Pamiętam, że czytając prasę wspinaczkową śmieszyły mnie słowa dziennikarza, który cały bum ówczesnego nowego pokolenia wspinaczy nazwał „wywróceniem porządku rzeczy”, tak jakby człowiek nie miał prawa ustalać sam dla siebie swoich osobistych wyzwań, a musiał się stale ukierunkowywać na to, co zatwierdzą starsi stażem wspinacze.

W Górach Sokolich chciałem przejść jeszcze kilka solówek. W planach były klasyki typu Znikający Punkt (który dla żartów wędkowaliśmy nawet na bosaka, lub z pomijaniem poszczególnych chwytów), myślałem też o Hokeju oraz Jedynce. Ta ostatnia, mimo że, jedynie VI.2 pod względem trudności, była zarazem solidnym wyzwaniem psychicznym, gdyż na końcowym odcinku tej ok. 25-metrowej drogi należy wykonać bardzo czujny trawers. Jedynka miesiącami nie dawała mi spokoju, aż wreszcie zdecydowałem się ją zaatakować, choć ryzyko było bardzo duże. Pojawiłem się pod ścianą, jednakże przy wstępnej rozgrzewce i próbie na tej drodze od buta odpadły mi fragmenty posklejanej podeszwy. Uznałem to za znak – ostrzeżenie od Boga, który zaczął się coraz bardziej liczyć w moim życiu – aby sobie odpuścić tę drogę. Tego dnia odszedłem od ściany pokonany, ale żywy.
Myślę, że każdy wspinacz uważający się jeszcze za nieśmiertelnego powinien umieć wycofać się w stosownym czasie, aby zachować godność, zdrowie i życie i nie być przyczyną smutku dla bliskich. Wiele razy, gdy uciekał nam pociąg i wracaliśmy do domu dopiero około godz. 23:00, moi rodzice uznawali, że coś mi się stało, że Janek miał wypadek albo się już zabił. Natomiast my wracaliśmy ze skał jak zmartwychwstali i zaraz potem, gdy nadchodził stosowny czas, w nie wracaliśmy.

Ostatecznie w pewnym momencie zdecydowałem się zakończyć przygodę ze wspinaczką, choć – biorąc pod uwagę formę i zdrowie – mogłem spokojnie robić to jeszcze przez wiele lat. Uznałem jednak, że nie mogę być przypisany w pewien sposób, jak tabliczka, do wybranego płotu, bo zbyt wiele rzeczy mnie interesuje, a moja tożsamość nie znajduje się pod okapem na Sułtanach Swingu czy w Rysie Klimka. Okres kiedy się wspinałem uznaję w swoim życiu za zamknięty, choć czasem zdarza mi się powspinać na dziewiczych bulderach. Wielu moich kolegów wspina się nadal, wciąż tworząc rzeczywistość Gór Sokolich. Pamiętam o nich i nadal są mi bliscy.
Uważam, że skoro mieszkamy w górach, to powinniśmy korzystać z tego, co oferuje nam najbliższe otoczenie. Dlatego wciąż mam w sobie sporo chęci poznawczych, które wykorzystuję w celach eksploracyjnych: wyszukiwaniu nienotowanych jaskiń, sztolni, koryt rzecznych (sudecki canyoning), jak i też poszukiwaniu miejsc, gdzie występują rzadkie minerały. Mimo upływu lat ciągle mam tą samą radość z odkrywania, zwłaszcza że czasem zdarzy się coś naprawdę pięknego, co otrzymuje się jakby w prezencie (jak np. znajdującą się w Połomie Jaskinię Wieczorną z kilkudziesięciometrową studnią, w pięknej krasowej szacie naciekowej). W ramach projektu Dzikie Sudety dzielę się też z innymi wiedzą o tych górach i zarażam pasją poznawania dzikiej przyrody tych, którzy chodzą ze mną na wycieczki eksploracyjne. Jeśli ktoś ma ochotę pójść z nami w góry lub w czeluście podziemnego świata – serdecznie zapraszam.
Jan Wieczorek – Wieczór /Abend/
Moje paranoje
Paweł Benek Behnke

Słoneczny początek
Jest przyjemne sobotnie popołudnie. Słońce chyli się powoli ku zachodowi, jak i lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Po intensywnym wspinaczkowym dniu postanawiam wygrzać swoje młode ciało na półkach z tyłu Sukiennic. Przeciskam się od strony Komina skalną dziurą i na moment oślepia mnie intensywne jesienne słońce. Zatrzymuję się, aby przyzwyczaić wzrok do światła i moim oczom ukazuje się dziwna postać z jebadełkiem w ręku. Jeden wspinacz trzyma na barana drugiego, z warkoczykiem na środku łysej glacy (co wtedy było niezwykle oryginalne, ale i w obecnych czasach byłoby co najmniej ekstrawaganckie). Próbują odzyskać kostkę z początkowej części rysy na Nitce, grzebiąc w niej odpowiednio ukształtowanym kawałkiem metalu. Z zaciętością, gdyż każdy element sprzętu jest na wagę złota. Sam jestem w uprzęży uszytej własnoręcznie z pasów samochodowych i nici stilonowej, korkotrampkach ze ściętymi korkami, podklejonymi u szewca mikro-gumą (czyli taką, jaką miał właśnie pod ręką). Woreczek na magnezję firmy „zrób to sam”, czerwone rajtuzki bez stópek i białe frotki uzupełniające całość, z której tak bardzo jestem dumny. W ten oto sposób poznaję Małego (przyp. red. – Jacka Kudłatego) i Mandka, część ekipy młodych wspinaczy z Wrocka.
Dotychczas mijaliśmy się, gdyż ja wraz moim partnerem wspinaczkowym Łazanem dojeżdżaliśmy co weekend ze Złotoryi i chodziliśmy, dosłownie i w przenośni, swoimi drogami. Jeszcze nie wiem, że znajomość z Małym odciśnie na moim życiu wspinaczkowym (i nie tylko) tak duże piętno. Zaprzyjaźniamy się, a w ekipie jest jeszcze m. in. Długi, odkrywca treningowego murka z czerwonej cegły przy wiadukcie kolejowym na ulicy Grabiszyńskiej we Wrocławiu i zarazem jego kustosz. Mniejsze lub większe ubytki fugi stanowiły o wielkości chwytów, a tym samym trudności dróg, pieczołowicie podpisanych i wycenionych przez autora. W czasach, kiedy nie było sztucznych ścianek, taka inicjatywa okazała się przełomowa dla naszego treningu.

Robimy postępy…
Powoli przeskakujemy szczebelki skali wspinaczkowej. Pokonujemy już VI.3+ i więcej (przynajmniej część ekipy: Długi, Mały, ja). Uczymy się wszystkiego sami, więc postęp przebiega powoli, za to posiada solidne podstawy zbudowane na bazie przebytych metrów na drogach będących swoistym abecadłem wspinaczkowym. Jesteśmy gotowi na podbój Sokolików, ale najpierw trzeba zrobić coś z tą asekuracją… Trzeba, bo trendy docierające do nas z Zachodu wyznaczają kierunek dążący do ubezpieczania sportowych dróg spitami (obrazoburczymi dla wielu tradycjonalistów). Bić czy nie bić − oto jest pytanie? Dochodzimy do wniosku, że jest to cena postępu oraz cena tego, aby warszawiacy nie mówili o Sokolikach „Albania” (której wodzem według nich był Jasiu Paker – Enver Hodża Sokolików). Kto ma tego dokonać, jak nie my młodzi? − myślimy.
Dotychczas, żeby poprowadzić coś trudniejszego, zjeżdżało się linią wcześniej zapatentowanej na wędkę drogi, „tkając” kości, pętelki w ewentualnych przelotkach oraz wbijając haki. Oczywiście po prowadzeniu zabierało się bezcenny sprzęt. Kości mieliśmy od znanego producenta nieatestowanego sprzętu wspinaczkowego pieszczotliwie zwanego Kaziem Mordercą, pętelki zrobione z lin produkowanych przez Bezalin z Bielska-Białej, zaś haki to często samoróbki. Tak najtrudniejsze ówczesne drogi swojego autorstwa pokonali Paker (m. in. Nos Żubra VI.4/4+, Commando VI.4/4+), Łysy (m.in. Znikający Punkt VI.3+/4) czy Blondas (m.in. Mini-Max VI.4/4+). Szacunek, gdyż nawet dzisiaj są one wymagające, będąc marzeniem niejednego wytrenowanego na sztucznej ścianie wspinacza.
Nadszedł zatem dzień, kiedy za pomocą ręcznej spitownicy (!) wspólnymi siłami całej ekipy osadzamy startowy spit na Kurtykówce na Babie (niejako na próbę, każdy po trochę, aby winą nie obarczono jednego), a potem ubezpieczamy Serduszko (wcześniej pokonane przez Pakera i Blondasa ). I tak, wracając z Karpnik, gdzie nader często – celem wieczornego upodlenia – udawaliśmy się do knajpy „Nad Potokiem”, możemy wyć z dziką rozkoszą w ciemność: „Sokoliki, Sokoliki/ Cztery spity i Karpniki!”. Pieśń posiadała też następne zwrotki, których nie wspomnę, zapamiętałem jednak, nie wiedzieć czemu, jedną z dalszych: „Maryś Nitscha patentuje/ Prawy onuc jej spaduje”. Rym powstał na cześć sympatycznej Marysi Stolarek, „Żelaznej Damy” Sokolików, uczestniczki m.in. wyprawy kobiecej na K2, kierowanej przez Wandę Rutkiewicz.

Z zaświatów pamięci
Wracamy do teraźniejszości. Siedzę przy komputerze i próbuję ocalić od zapomnienia wydarzenia i ludzi. Choć pamięć płata mi figle, część świadków tamtych wydarzeń nie żyje, a z niektórymi kontakt jest utrudniony lub niemożliwy, z każdym telefonem coraz bardziej wkręcam się w ustalanie faktów. Nie jest łatwo. Każdy z tych, z którymi rozmawiam pamięta często coś innego i trochę inaczej. Nie jest więc do końca pewne, czy nasze spity na Kurtykówce i Serduszku były pierwsze w Sokolikach. Bezsporne jest natomiast to, że po zakup spitów firmy Camp udali się pociągiem do sklepu Alpin-Sport w Katowicach Piter, Rysiu Legnica i Mały. Były one kupione za pieniądze zebrane przez ekipę, tj. wyżej wymienionych, Długiego, moją osobę i być może jeszcze kogoś. Piter był tym, który łączył „stare z nowym”, bo jako jedyny ze Starszyzny zaangażował się w tę inicjatywę. Mieliśmy też duchowe wsparcie przebywającego na wyprawie w Himalajach Bodzia Stefki. Piter nazywa w swoich wspomnieniach grupę inicjatywą Patolka KW Wrocław (no na pewno za kołnierz nie wylewaliśmy).
Jak już wspomniałem, uczestniczyłem w spitowaniu Kurtykówki i Serduszka na Babie (ale czy to był rok 1989, czy 1990 nie powiem, a wszyscy, których pytałem, mają wątpliwości). Potem „dobiliśmy” pozostałe spity na Kurtykówce. Długi twierdzi, że pamięta, jakby to było dziś, że to ja go trzymałem, gdy obijał Znikający Punkt. Prawdopodobnie był to rok 1990. Jak widzicie, dzwonienie po kumplach i odgrzebywanie z zaświatów pamięci faktów, przypomina trochę układanie zdekompletowanych puzzli. Co jeszcze pamiętam? Byłem świadkiem ubezpieczania spitami i pierwszego przejścia przez Grześka Olejnika Mandali Życia na Jastrzębiej Turni w 1990 roku. Pamiętam też dzień, w którym Mały zrobił pierwsze przejście Po Stronie Cienia na Sokoliku Małym (tego samego dnia drogę poprowadził także Piter). Linia była projektem otwartym, obitym „zespołowo” przez ekipę wyżej wymienioną, a pomysłu Bodzia, nazwana i pokonana przez niego w stylu TR (przez pomyłkę została wpisana później do topo jako Smuga Cienia).
Prawdziwymi pionierami, o których trzeba wspomnieć, byli Paker (Karkonoskie Pejzaże) i Piter (Rock Arena), którzy już w 1988 roku osadzili na swoich drogach zakrzywione pręty zbrojeniowe własnej roboty (nawiasem mówiąc, wydzióbać ręcznie na nie dziury − niełatwa rzecz!). Były to pierwsze osadzone stałe punkty asekuracyjne w Sokolikach. I o ile Paker więcej już się nie udzielał na tym polu, to Piter działał dalej, będąc jednym z głównych prowodyrów „postępu”. Obijał samodzielnie kolejne drogi, m.in. autorską drogę Wakacje z Blondynką na Sokoliku Małym oraz Eliminator na Sukiennicach. Piter jest zresztą aktywnym ekiperem do tej pory.
W związku z liberalizacją przepisów paszportowych w 1989 roku i możliwością bezwizowego wjazdu do Berlina Zachodniego, jeździliśmy tam (Mały, Mandek, Długi, ja), ze sztangami Marlboro i innych fajek, na „wspinanie” (przebitka była zacna, więc za zarobione pieniądze kupowaliśmy pierwszy normalny sprzęt wspinaczkowy oraz zapewne spity). W następnych latach, wykorzystując słynną polską pomysłowość, jeździliśmy „na różnych patentach” wspinać się w ogródkach skalnych całej Europy, przywożąc z powrotem, prócz wspomnień, także świeże trendy oraz spity czy kleje. Pamiętam, że klej do osadzania ringów rodem z Hiszpanii nazywał się Sikadur. Używaliśmy go również do podklejania chwytów pragnących się urwać od zawsze (np. klama na Małpiej Ściance).

Pamiętam wreszcie kilka postaci, które zniknęły już z różnych przyczyn ze sceny wspinaczkowej. Byli to na przykład Medyk i Wieloryb z Wrocka. Mają oni na swym koncie „obicie” nieistniejącej już drogi Pasaż Mały na Sokoliku Małym w 1990 roku oraz Wzwyż Wstępowania na Piecu i Szanuj Zieleń na Tępej w 1992 roku. Warto też wspomnieć o Zeusie i Wojtku Rudzińskim z Poznania, autorów m. in. takich dróg jak Zulu Gula na Tępej z 1992 roku, Kletter Killer na Tępej i Ninja na Krzywej Turni z 1993 roku. Do dziś spotykamy się w skałach z Mikosem i Pershingiem. Ich inicjacja ekiperska odbyła się w 1994 r. na Kolorach dla Koni, co ciekawe plakietki zostały skradzione już następnego dnia! Potem ubezpieczyli Drogę Brysia na Tępej oraz autorskie Kwiaty w Ogrodzie i Margarynę, następnie wiele innych, także autorskich ekstremów. Wciąż aktywny ekipersko jest także Marek Freus, który początkowo w 1990 roku osadził pojedyncze spity na kilku drogach kursowych − m. in. na Nord Rysie na Krzywej Turni, Rysie Tota na Małym Sokoliku, a w następnych latach, aż po czasy dzisiejsze, zrealizował wiele innych projektów przeważnie własnego autorstwa. Dodam, że podczas konsultacji ustaliłem też, że około 1990 roku Blondas wbił pojedynczego spita „na próbę” na Krzywej Turni. Testował tam wytrzymałość punktu wykonanego metodą rzemieślniczą, robiąc w tym miejscu zrzutnię. Dodatkowo, w tym samym okresie, Władek Janowski osadził pięć spitów na Jedynce na Sokoliku Małym. Łysy jeszcze przez kilka lat swoje ekstremy pokonywał na asekuracji zakładanej ze zjazdu (Dzika Rzecz, Indiańska Twarz, Sułtani Swingu, Szalona Lokomotywa – wszystkie w roku 1992). Pierwszą jego drogą ze spitami było Jelito Diabła (1994 r.). W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wszyscy ulegliśmy postępowi i działaliśmy równolegle. Lawina ruszyła…
Co z tą fryzurą?
Jestem wam winny wytłumaczenie fryzury Małego. W liceum fotograficznym, do którego uczęszczał, zakazano długich włosów. Dostał więc nakaz przycięcia swoich, aby wyglądał tak jak wszyscy, czyli przeciętnie i normalnie. Mały rzeczywiście ściął pióra, ale do zera, zostawiając na środku pojedynczy warkoczyk. W końcu z tegoż liceum i tak wyleciał, poświęcając się prawie bez reszty wspinaniu. Prawie, gdyż byli także z Mandkiem jednymi z głównych działaczy Pomarańczowej Alternatywy, walczącej pod przewodnictwem Majora Fydrycha – nie zbrojnie, a śmiechem – o wolność naszą i waszą. Siłą rzeczy załapałem się na ostatnie happeningi, a przebieranki i inne dziwne pomysły przenosiliśmy w skały. Był to dodatkowy, oprócz samego wspinu, sposób na ucieczkę od szarej, otaczającej nas zewsząd rzeczywistości. Pewnego razu wspinaliśmy się w garniturach (nabytych w lumpeksie), innym razem odbyła się sesja wspinaczkowa na golasa. Mandek lubił pójść w skały ze szlafrokiem, leżakiem oraz… Playboyem. Rozłożyć się w słońcu i kontemplować… Do annałów przechodziły też wieczorne imprezy na Taborze, a prezes Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego, siedzący okrakiem na kalenicy wiaty i wyjący do księżyca o północy, nie był zjawiskiem nadzwyczajnym.
Starszyznę (Jasiu Paker, Blondas, Łysy, Bodziu Stefko, Mały z Jelonki, Piter, Piotrek Gubernat, Władek Zając − ten od Zającówek) szanowaliśmy za dokonania. Słuchaliśmy uważnie ich opowieści przy ognisku i rad w skałach, a z czasem staliśmy się kolegami. Brać wspinaczkowa była mniejsza niż dzisiaj, więc każdy każdego znał i prędzej czy później się z nim bratał. Większość z wyżej wymienionych spotkać można zresztą ciągle w skałach! Wesoła „kompanija” klubowo-taborowa była oczywiście szersza. Nie brakowało w niej oryginałów i barwnych postaci, z opiekunem Taboru, Czesiem, na czele. Oprócz tych wspomnianych już w tekście należeli do niej: Żabcia, Gutek, Kreju, Brzoza, Arni, Wodzu, Stanior, Waldorf, Klisiu, Dozent, Jurek, Jarek, Walter, Stirlitz, Kermit, czy wybitny specjalista od otoczki wspinaczkowej Karateka. Wszystkich niewygrzebanych z pamięci przepraszam.

Nowe drogi, nowe kierunki
Zaczęliśmy też rozglądać się za połaciami skały pod nowe drogi (Mały i ja). Wcale nie było jej tak dużo! Wszystko zależy od czasów i towarzyszącej im perspektywy. Teraz można pomyśleć, że wolnych miejsc na nowe drogi było bez liku, ale wtedy dziewicze przestrzenie ukazywały się naszej percepcji pojedynczo. Niełatwo jest przełamywać bariery, szczególnie te w umyśle. Inspirowani przełomowymi wydarzeniami w światowym wspinaniu (w 1991 r. padło słynne Action Directe pokonane przez ikonę sportowego wspinu Wolfganga Güllicha, droga wyznaczająca nowy poziom skali − 9a oraz nie mniej spektakularna, a na pewno bardziej monumentalna Just Do It w Smith Rock w USA, poprowadzona w 1992 r. przez innego bohatera tamtych czasów Jeana-Baptiste Tribouta), zabraliśmy się za wyznaczanie nowych dróg. Było to ekscytujące, a nazywanie ich jeszcze bardziej!
Nawiązywaliśmy często do filmów (Delicatessen, Falconetti), do nazw dróg znajdujących się obok (Mandela, Mandel Fit, Dwójka, Znikający Punk), czerpaliśmy z naszego życia (Mandaryn − wyjaśnienie później, Monidło − ksywka koleżanki odbywającej właśnie detoks, Mały Kombinator − nawiązanie do naturalnych zdolności Małego), odzwierciedlaliśmy w nazwie charakter drogi (Kociokwik, Coś z Niczego, Nachy w Drachy), czy też prowokowaliśmy (Amfy Teatr, Magic Mushrooms). Pomimo upływy czasu, nic się pod tym względem nie zmieniło, choć słyszałem, o zgrozo, o planach ingerowania w nazwy dróg, w przypadku gdyby zawierały niecenzuralnie słowa bądź miały zabarwienie rasistowskie. Można takie nazwy krytykować, ale nigdy zmieniać, bo są świadectwem tamtych czasów.
Piszę „my”, choć trzeba wyraźnie zaznaczyć, że trudne drogi prowadził w ogromnej większości Gacek (zmiana ksywki nastąpiła pod jego naciskiem − nie lubił starej Mały), gdyż był wyraźnie lepszym wspinaczem w zespole, który tworzyliśmy. Zresztą nie zawsze wspinaliśmy się razem. W tamtym okresie dużo jeździliśmy z Długim do Podzamcza. Największe skupisko z najtrudniejszymi drogami w Polsce było właśnie tam – na Cimach. Spało się U Baby (jak nazywaliśmy we wspinaczkowym slangu prywatną kwaterę z dwoma wieloosobowymi pokojami i kuchnią), a spotykało się u niej dużo zacnych wspinaczy z całej Polski. Wspinanie po dziurkach nie przekładało się na granit, więc gdy moja forma była doskonała w białej skale − miałem kłopoty w Sokołach. Ale wracajmy do nich.
Wszystkie nowe drogi ubezpieczaliśmy spitami, łańcuchami bądź ringami zjazdowymi. Zrzuciliśmy się z Gackiem po znacznej wtedy kwocie 100 marek niemieckich i kupiliśmy spity, ostatni krzyk mody, o nazwie „Longlife” produkowane przez Petzla. Charakteryzowały się długowiecznością poprzez zastosowanie odpowiednich materiałów, z których zostały zrobione oraz szybkim montażem − wbijało się tylko trzpień młotkiem, zagniatając jego końcówkę. Osadziliśmy je na nowych drogach i jeszcze do niedawna służyły w skałach. Przy reekipowaniu, podczas ich wycinania, okazywało się, że po prawie 30 latach są bez rdzy, w dobrym stanie. Obijaliśmy też z własnych oszczędności drogi już istniejące. „Nasze” łańcuchy (chyba z 10) też długie lata były w użyciu (np. na Jastrzębiej nad Kancikiem i Płytami, czy na Babie). Ich producentem byli nasi południowi sąsiedzi, u których kupowaliśmy także ringi. Można by napisać osobny tekst o rodzajach zastosowanych spitów i ringów na początku lat dziewięćdziesiątych w Sokolikach. Cóż to była za zbieranina! Spity firmowe, samoróbki, wkręcane, wklejane, wbijane, o różnych średnicach, wielkości plakietki i różnej wytrzymałości na warunki atmosferyczne. W każdym razie „kierunek spitowanie” okazał się dobry i wspinanie sportowe zaczęło rozwijać się w Sokołach w sposób zdecydowanie bardziej dynamiczny. Przestawaliśmy być Albanią (choć młody Czytelnik pewnie tego porównania nie zrozumie) na wspinaczkowej mapie Polski…
Następną tendencją było ograniczanie nowo powstających dróg, aby uzyskać wyższą wycenę. Powstawały więc drogi z naturalnymi ogranicznikami (rysy, kanty), jak i z wydumanymi (poszczególne chwyty). Toczyliśmy z Gackiem długie dyskusje nad wersjami Delicatessen, Nachy w Drachy czy Mandel Fit, a ich purytańskie pierwotne wersje są aktualnie prawie nie do wytłumaczenia, a co dopiero do opisania w przewodniku. Dzisiaj akceptujemy, jako środowisko wspinaczkowe, część ograniczonych historycznych dróg, część dostała nowe łatwiejsze życie bez ograniczników, a nowych staramy się nie ograniczać… lub też ograniczać w sposób minimalny. Ech, ta mała ilość skały!
Tworzyliśmy także kombinacje, szczególnie na Tępej − matce sportowego wspinu w Sokołach. Zapomniane już Natural Born Killers i Natural Born Climbers to pierwsze z nich i pierwsze w Sokołach (nazwy „filmowe” są praktyczne, bo nadawaliśmy je będąc właśnie pod wpływem danego obrazu, co po latach ułatwia datowanie powstania dróg, np. Delicatessen 1991 roku, Natural Born Killers 1994 roku; swoją drogą polecam oba filmy). Tworzenie kombinacji dawało i nadal daje możliwości kreacji nowej trudnej cyfry w skałach, często opierającej się na wytrzymałości. Jak wiadomo takich dróg w naszym granicie jest mało.
Był też kierunek, który nie wypalił, okazał się ślepą uliczką, choć wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy… Było to kucie dróg. Zapanowała taka moda w światowym wspinaniu, że aby przesunąć trudności na wyższy poziom, poprawiało się naturę (na przykład słynna Akira Freda Rouhlinga, wyceniona wtedy na niebotyczne 9b!). Postanowiliśmy więc mieć swoją własną Akirę i Gacek nawiercił płytę koło Brzytwy na Krzywej Turni (wiem, wiem − nie jest to jaskinia, jak w przypadku pierwowzoru). Mieliśmy już wtedy własną wiertarkę akumulatorową Hilti (też owoc wspólnej zrzutki), którą zresztą chętnie pożyczaliśmy innym wspinaczom tworzącym swoje drogi. Przyznaję, że asekurowałem go podczas „modelowania” drogi. Powstał wówczas Mandaryn VI.6, na część wspominanego wcześniej Mandka (co było zdrobnieniem od Mandaryna właśnie), który zginął tragicznie. Po latach dziury zostały komisyjnie zlikwidowane, a już bez nich powstał w tym samym miejscu Das Beton Ist Fertig. Nazwa nawiązuje do materiału służącego do zalepienia sztucznie spreparowanych chwytów (ciekawe, że wycena była niższa, gdyż opiewała na VI.5+, ale można już było łapać w tej wersji lewego kantu). Muszę powiedzieć, że ta wykuta, ale bez kantu, robiła większe wrażenie. Czysta lekko przewieszona płyta z soczystymi pociągnięciami po dziurkach − ideał drogi lat dziewięćdziesiątych. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że słusznie została zaklajstrowana.. Nie tędy… droga. Ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy…

Camp i figi
Gdzieś w roku 1992, będąc z Gackiem w środkowej Hiszpanii w skałach położonych obok niezwykle malowniczego miasta Cuenca (Cuenca es única!), siedząc na figowcu, cali umorusani na fioletowo od jego nabrzmiałych owoców, wpadliśmy na pomysł stworzenia campu dla wspinaczy w Sokolikach. I tak oto rok później zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami pola ziemniaków w Trzcińsku! W tym celu zrealizowaliśmy książeczki mieszkaniowe założone nam przez naszych kochanych rodziców jeszcze w PRL-u, a rozliczane przez nową władzę po denominacji złotówki w formie tzw. premii gwarancyjnych. Zanim to nastąpiło mieszkaliśmy jakiś czas na stałe w namiotach na Taborze, szukając w okolicy ziemi. Pod taborową wiatą była tablica, na której wieszało się informacje o nowych drogach wraz z ich schematami oraz inne informacje typu zgubione, poszukiwane, itp. (taki ówczesny Facebook). Jednak ogłoszeń o sprzedaży ziemi nie było. Musieliśmy chodzić po wsiach i wypytywać o nią gospodarzy, próbując pokonać ich nieufność i podejrzliwość. Udało nam się w końcu znaleźć działkę, która nie tylko nadawała się do naszych zamierzeń, ale także nam się podobała. Leżała u podnóża Sokolików we wsi Trzcińsko (które przemianowaliśmy później na San Fran Trzcińsko zmieniając sprayem nazwę miejscowości na stacji PKP). Zaczął powstawać 9UP! Nazwa campu nawiązywała do skali wspinaczkowej i popularnego napoju niewyskokowego. Dziewięć wyżej oznaczało dla nas to co najtrudniejsze, czyli najlepsze (najtrudniejsze drogi sięgały wtedy stopnia 9a, wyjątkiem była wspominana Akira 9b, którą dopiero w roku 2020 powtórzył Seb Bouin, przeceniając na 9a). Tak po prawdzie nazwa naszego biznesu powinna brzmieć „Figa” lub też „Szalona Figa”.
W roku 1994 świętowaliśmy otwarcie. My się bawiliśmy, a wielu pukało się w czoło. Po co? Dla kogo? Nieopłacalne! Faktem jest, że były to czasy, w których, aby posiadać łączność z potencjalnymi klientami, musieliśmy kupić telefon Centertela w formie walizki za ówcześnie zawrotną sumę czterech tysięcy złotych. Rozmowy z niego były koszmarnie drogie, co nie nastrajało optymistycznie. Zapatrzeni w westowe wzorce wierzyliśmy jednak w naszą ideę campu dla wspinaczy. I przez następne lata zbudowaliśmy klimat i markę tego miejsca. Rocznica powstania 9UP-u przypada w lipcu. W lipcu też były urodziny właścicieli, dlatego tradycją stały się przebierane imprezy, tzw. lipcówki. Oj, działo się! Ale to już inna opowieść…
Epilog to nie koniec
Autor wspina się od 1985 roku (liczył sobie wtedy 14 wiosen). Pomimo sędziwego już wieku ciągle spotkasz go w skałach! Urabia 8a+ RP (VI.5+/6) i 7c OS (VI.4+) i ma apetyt na więcej! Ciągle też jest właścicielem 9UP-u, choć już bez Gacka. Życie… A że życie nie znosi próżni, więc w Trzcińsku pojawił się Zwierzu.

Podziękowania
Pracując nad tekstem, toczyłem dłuższe lub krótsze rozmowy z Piterem, Długim, Bodziem, Markiem Freusem, Blondasem, Klisiem, Rysiem Legnicą, Dozentem i Mikosem. Dzięki za poświęcony czas, Chłopaki! Micaj i Agata − dzięki za redakcję!
Sokół
Michał Kajca

Andrzeja, znanego w środowisku pod ksywką Sokół, poznałem na początku mojej ścieżki wspinaczkowej, mniej więcej w 2003 roku. Przez kilka lat wspólnie zdobywaliśmy doświadczenie na tatrzańskich ścianach. Byliśmy też na kilku wspólnych wyjazdach w Dolomity czy w Masywie Mont Blanc. Wspinało mi się z nim świetnie. Andrzej był kompetentnym i ambitnym partnerem, w górach zawsze mogłem na niego liczyć. Już wtedy był aktywnym ratownikiem Karkonoskiej Grupy GOPR. Po kilku latach wspólnego wspinania w górach nasze ścieżki nieco się rozeszły. Andrzej wybrał alpinizm przez duże A, realizował wyprawy eksploracyjne w góry wyższe (do Kirgistanu, Chin, czy w Himalaje), mi wystarczały skalne ściany.
Z roku na rok coraz bardziej zagoniony pomiędzy górskimi projektami, a pracą goprowca (później też przewodnika wysokogórskiego IVBV), Andrzej był coraz trudniej uchwytny jako wspinaczkowy kompan. Jednak dzięki temu, że też mieszkał u stóp Karkonoszy, co jakiś czas wybieraliśmy się w okoliczne skałki na sportowy lub tradowy wspin.
W 2005 roku zrealizowaliśmy wspólnie ciekawy projekt w Sokolikach. Polegał on na zdobyciu wirtualnej ściany, której suma wyciągów miałaby 1000 metrów. Żeby nie było zbyt łatwo, założyliśmy sobie, że poszczególne wyciągi muszą być przynajmniej VI stopnia trudności. W ciągu 21 godzin wspinania (od 6:00 rano do 3:00 w nocy) pokonaliśmy w sumie 55 wyciągów, z czego wiele z własną asekuracją. Mediana trudności dróg oscylowała w okolicy VI.1, a maksymalne trudności tej łańcuchówki sięgały stopnia VI.2+. Z mojej dzisiejszej perspektywy nic trudnego, jednak nasz ówczesny maks RP w skałach był na poziomie VI.3-VI.3+, więc kilkadziesiąt dróg VI.1-VI.2 dało nam naprawdę solidny wycisk… Było to ciekawe doświadczenie, w trakcie którego musieliśmy dać z siebie wszystko, wzajemnie pokonywać kolejne kryzysy i walczyć ze snem. Zdarzały się zmiany prowadzącego po odpadnięciach (założenie było takie, że pierwszy i drugi pokonuje wyciąg klasycznie), a także przypadki zaśnięcia asekurującego w trakcie ściągania drugiego na stanowisko pośrednie… Ciekawostką jest, że Jarek Liwacz (znany w środowisku jako Blondas), który wiedział o naszym pomyśle, uprzedził nas z projektem tysiąca metrów w Sokołach. Przy czym zrobił to samotnie, bez asekuracji, na nieco łatwiejszych drogach i dużo szybciej niż my w zespole. Oczywiście szacunek! Jarek opisuje swój wyczyn w tekście, który znajdziecie w niniejszym topo.
Ta niesamowita przygoda, którą wymyśliliśmy sobie z Sokołem prawie dwie dekady temu (jako formę treningu przed wymarzonymi wielkimi ścianami), stała się dla mnie inspiracją, której efektem był maraton wspinaczkowy Big Wall w Sokołach. Zasady zespołowej rywalizacji spisaliśmy nieco później wraz Sławkiem Ejsmontem, gospodarzem Taboru pod Krzywą, który do dziś jest głównym organizatorem i duszą imprezy. Jego pierwszą edycja odbyła się w 2009 roku na podobnych zasadach, jakie przyjęliśmy kilka lat wcześniej z Andrzejem. Maraton odbywa się do dziś, praktycznie w każdym sezonie, dając dużo radości wszystkim, którzy zdecydują się spróbować swoich sił w konfrontacji z wyimaginowaną wielką ścianą.
Epilog
Jest rok 2022. Chyba nikt z nas nie uwierzyłby w to, że Andrzej odejdzie tak nagle, niespodziewanie i w tak tragicznych okolicznościach. Wraz z ukochaną żoną – Roksaną Knapik – zginęli w lawinie, która zeszła u schyłku lata po słowackiej stronie Tatr Wysokich w trakcie ich nietrudnej wspinaczki na Staroleśny Szczyt. Andrzej i Roksana (która była wybitną ekspertką w zakresie geologii Sudetów, autorką wielu tekstów popularnonaukowych w tym zakresie) pozostawili po sobie głębokie poczucie straty w sercach wszystkich, którzy ich znali.
Andrzej był bardzo lubiany i ceniony w środowisku wspinaczy, przewodników wysokogórskich i goprowców. Zawsze uśmiechnięty, dowcipny, mocno wyluzowany, często zamyślony. Wszechstronnie utalentowany wspinaczkowo. Doskonalił się praktycznie w każdej dyscyplinie alpinizmu – od bulderingu, przez trad, lód i mikst po skialpinizm. Niestrudzony eksplorator, pozostawił po sobie wiele autorskich dróg, nie tylko w górach świata, ale także w przydomowych karkonoskich ogródkach skalnych. Prawdziwy górski człowiek orkiestra. Takim go zapamiętam.
Z pamiętnika ekipera
Krzysztof Zabłotny

W środowisku wspinaczkowym krąży przekonanie, że rejon Sokolików i Rudaw Janowickich został już dawno wyeksplorowany i nie da się już nic większego wytyczyć. Jest w tym trochę prawdy. Jeśli będziemy szukali pięknych strzelistych turni pozbawionych szaty roślinnej, to faktycznie eksploratorzy i ekiperzy nie mają co liczyć na takie znaleziska. Są jeszcze jednak miejsca schowane pod płaszczem matki natury, do których dotarcie wymaga większego wysiłku niż w przypadku nagich skalnych olbrzymów. Porośnięte lasem, okryte mchem i porostami skrywają pod swym odzieniem niejedną wspinaczkową perełkę. Przekonałem się o tym nie raz, uczestnicząc w akcjach czyszczenia rejonów skalnych.
Akcja „Gardeningu” po raz pierwszy odbyła się na Piecu w 2010 roku pod kryptonimem „Kopciuszek”, gdzie grupa członków Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego wyczyściła i obiła parę dróg wspinaczkowych w prawej części ściany. Warto wspomnieć, że już znacznie wcześniej na terenie Rudaw i Sokolików działało wielu ekiperów. Dużą aktywnością wykazał się Michał Kajca, który po 2007 roku wymienił wiele starych spitów na nowe ringi (np. większość na Krzywej Turni) i w różnych miejscach rejonu dodał sporo własnych nowości. Wspomnieć należy także o kolegach Arku Tabiszu, Jakubie Wrześniu i Maćku Pętlickim, którzy również mieli istotny wkład w wymianę asekuracji i wytyczanie nowych linii. Osób zaangażowanych w ten proces od początku lat 90. było więcej.

Kolejną po Piecu zorganizowaną akcją było czyszczenie Zipserowej w 2011 roku, gdzie zakres prac był tak duży, że musiał odbyć się w kilku terminach. W czasie gerdeningu zostały wycięte drzewa i krzaki porastające turnię oraz wyczyszczono za pomocą szczotek wschodnią i zachodnią ścianę. Powstało wtedy kilka sportowych linii, które dzisiaj cieszą się dużą popularnością wśród wspinaczy, a niektóre stały się kursowymi klasykami. W rejonie Sukiennic, po akcji Jakuba Września, do łask wróciło Solarium, gdzie powstały łatwe obite linie, a miejsce zyskało na popularności. Przez parę kolejnych lat w rejonie nie odbywały się większe akcje. Związane było to po części z brakiem pomysłu, gdzie taką akcję przeprowadzić, a później z okresem pandemicznym. Nie znaczy to, że nic się nie działo, bo lokalni wspinacze wykazywali się aktywnością i w międzyczasie powstało kilkadziesiąt nowych dróg.
Krzyżna Góra była dla mnie zawsze miejscem niedocenionym przez wspinaczy. Za wyjątkiem Jastrzębiej Turni czy Zamkowych Skał na pozostałych skałach ruch był minimalny. Przechodząc obok Bukowych Skał, zawsze się zastanawiałem, dlaczego tak duży kawałek skały jest zapomniany, mimo że istniało tam wiele dróg tradowych. Może dlatego, że żadna z nich nie pretendowała do tego, żeby być trzygwiazdkowym klasykiem?

Doszedłem do wniosku, że jeżeli uda mi się znaleźć tam miejsce na jakieś drogi sportowe, może rejon ten zyska na popularności, dzięki czemu i te zapomniane będą chodzone. Pierwszą linią, jaką obiłem na Bukowych w 2020 roku, byli Pijani Glazurnicy, która okazała się strzałem w dziesiątkę! Pełen optymizmu zabrałem się więc do pracy nad pozostałą częścią rejonu, nie zdając sobie sprawy, jak dużo czasu mi to zajmie. Ponad dwa tygodnie pracy, nawet po kilkanaście godzin dziennie. Wycinania krzaków, drzew, odkopywanie półek z metrowej warstwy ziemi, usuwanie mchów i luźnych bloków skalnych ważących czasem po 200 kg. Już prawie zrezygnowany postanowiłem zaangażować naszą społeczność klubową. Odzew był marny, ale i tak się cieszę, że choć jeden klubowicz przyjechał i wspomógł mnie przez jeden dzień.
Dziś, widząc popularność Bukowych Skał, cieszę się, że podjąłem tę walkę. Choć oczywiście na starcie nie zdawałem sobie sprawy, jak dużo pracy będzie wymagało doprowadzenie sektora do stanu umożliwiającego wspinanie. Po jakimś czasie jeden z moich kolegów instruktorów stwierdził, że za ten wyczyn należy mi się skrzynka wina. Do dziś upajam się dobrym słowem. Po tym epizodzie odechciało mi się na jakiś czas podobnych, grubych akcji. Lecz człowiek nigdy nie uczy się na błędach. Już jakoś tak mam, że za każdym razem, gdy wracam z gór, mam ochotę otworzyć nową drogę i szukam sobie kolejnych celów do zrealizowania. Turnia Panfila była zawsze dla mnie takim miejscem, które sprawiało wrażenie niedostępnego i odstraszało swoim wyglądem, a jednocześnie przyciągało wielkością i bliskością. Ten ponaddwudziestometrowy kawałek skały stoi sobie tuż za krzakami obok popularnego szlaku i nikt się po nim nie wspinał. Znajdowały się tam wprawdzie dwie drogi, ale północna ściana, która była kompletnie zarośnięta, zdawała się być dziewicza. Pierwsze zjazdy potencjalnymi liniami nie napawały optymizmem, a mijające godziny spędzone na czyszczeniu kolejnych metrów raczej zniechęcały do podjęcia tego wyzwania. Jednak dałem ścianie jeszcze jedną szansę i w trakcie kilku kolejnych wieczorów czyściłem następne połacie skały. Dopiero wtedy mogłem zobaczyć i ocenić ukryty w tym miejscu potencjał. Wstawiłem się w parę możliwych do przejścia dróg. Skała była jeszcze krucha i pokryta pyłem po czyszczeniu. Stopnie urywały się pod naporem ciała, ale sekwencje wydawały się dość logiczne i przyjemne. Wtedy podjąłem decyzje o ubezpieczeniu pierwszych linii. Zdałem sobie też sprawę, że zakres koniecznych do wykonania prac jest tak duży, że nie dam rady sam tego ogarnąć. Szybko wpadłem na pomysł, aby zaprosić do pomocy społeczność Wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego. W ostatnim czasie klub przebudził się po pandemicznym śnie, więc chęci i zapału do działania nie brakowało. Tym razem odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Ponad piętnaście osób przez trzy dni wzięło udział w „Akcji Gardening” i wykonało niesamowity ogrom pracy. Ściana została wyczyszczona z krzewów i mchów, a teren pod skałą – zniwelowany. Ubezpieczyliśmy dziesięć dróg sportowych, dwa warianty, a do tego wytyczyliśmy trzy drogi tradowe. Panfil byłby z nas dumny, gdyby zobaczył, co tu się wydarzyło! I tak powstał zupełnie nowy sektor w Sokolikach, co często się nie zdarza. Sukces jest zresztą większy, bo akcja pokazała wspinaczom niezwiązanym na co dzień z ekiperką, jak dużo pracy i wysiłku trzeba włożyć, aby móc wspinać się za darmo po ładnej drodze. Liczę, że w przyszłości akcje gardeningu odbywać się będą systematycznie, a świadomość wspinaczy, że wspólnie dbamy o nasze podwórko, będzie rosła.