Szczyt Lenina wznosi się dumnie na wysokości 7134 m n.p.m. w północnej części gór Pamiru na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu (po stronie tadżyckiej po rozpadzie ZSRR przemieniono jego nazwę na Szczyt Awicenny). Pierwszy raz zwrócił uwagę ludzi w 1871 roku, by później stać się mekką głównie rosyjskich wypraw. Nic dziwnego – wejście na drugi co do wysokości szczyt w Pamirze jest warunkiem koniecznym do uzyskania rosyjskiego osiągnięcia wspinaczkowego – Śnieżnej Pantery.

Dokładnie 32 lata temu, 13 lipca 1990, stał się świadkiem tragedii określaną (obok katastrofy w Nepalu w 2014 roku) największą w świecie wspinaczkowym. Potężna lawina uruchomiona przez oberwany serak zeszła jego zboczami, całkowicie równając z ziemią leżący na wysokości obóz zwany Patelnią, w którym stacjonowało wówczas kilkudziesięciu alpinistów.

Zejście lawiny spowodowało trzęsienie ziemi w górach Hindukusz w sąsiednim Afganistanie. Jego siła została oceniona na 6,4 magnitudy, a samo uderzenie miało miejsce na głębokości 216 metrów. Trzęsienie ziemi z 13 lipca nie pochodziło zatem z płytkiego uskoku. Tam, gdzie nastąpiło, jest tak zwane „gniazdo trzęsień ziemi”, czyli niewielkich rozmiarów rejon o wysokim ryzyku wystąpienia zdarzeń sejsmicznych. Pochodzą one z płyty indyjskiej, gdy nurkuje ona pod Hindukuszem. Gdy płyta tektoniczna płyty indyjskiej schodzi prawie pionowo do płaszcza, rozciąga się, ostatecznie doprowadzając do oderwania się płyty. To działanie powoduje duże naprężenia wzdłuż uskoków, które w przypadku pęknięcia powodują trzęsienia ziemi.

Około godziny 21:30 potężne masy śniegu napędzane oderwanym serakiem ruszyły na niczego nie spodziewających się wspinaczy.

Na Patelni – obozie II używanym od blisko 50 lat przez liczne wyprawy z ZSRR na Drodze Razdelnaya – stało wówczas 30 namiotów, zamieszkiwanych przez 45 alpinistów, między innymi przez 21-osobową wyprawę z Leningradu z klubu Wysotnik, którzy na ścianie Piku Lenina chcieli poćwiczyć przed wyprawą w Himalaje. Jak się okazało, mieli już nigdy nie trafić w góry najwyższe.

Pólnocne zbocza Piku Lenina. Lawina zeszła po wschodniej (prawej) stronie.
fot.Wikipedia/CC BY-SA 3.0

Oprócz tego w akcji górskiej brali udział Czechosłowacy, Izraelczycy, Szwajcarzy i obywatel Hiszpanii

Obóz został dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi. Lawina śnieżno-lodowa zeszła zupełnie niespodziewanie. We wspomnieniach jeden z dwóch ocalałych wspinaczy, Miroslav Borsman z Czechosłowacji opowiadał, że właśnie szykowali się już do snu, gdy nagle rozległ się nieludzko głośny huk. Jeden z alpinistów wyjrzał z namiotu i krzyknął uspokajająco, że gdzieś daleko schodzi lawina. W chwilę później okazało się, że wcale nie było to daleko.

Borsman wspomina, że poczuł silne uderzenie i ocknął się, chociaż bez świadomości tego, ile czasu trwało jego spadanie, nagle zupełnie nagi – siła masy śniegu i lodu zdarła z niego ubranie. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy, ile zawdzięcza losowi.

Jakie było jego szczęście – chociaż w tle katastrofy – gdy odkrył drugiego ocalałego, Aleksieja Korienia z ZSRR. Obaj przeczekali koszmarną noc, wsłuchując się w krzyki umierających pod śniegiem kolegów i cierpiąc od zimna, zaś dopiero rano rozpoczęli zejście, które, według słów Borsmana, bardziej przypominało czołganie się w dół z powodu szoku i obrażeń.

14 lipca rozpoczęła się akcja ratunkowa, która wyruszyła z Tadżykistanu. Do pomocy zgłosiło się ponad 100 osób. Pierwszym ratownikom ukazał się straszny widok: olbrzymie lawinisko o wymiarach 200 m x 700 m. Przez to właściwie początek akcji przebiegał „na ślepo”, gdyż ciężko było zadecydować, gdzie szukać ciał, lub – jak mieli jeszcze wówczas nadzieję – tych, którzy przeżyli. Z początku znaleziono zaledwie paru martwych alpinistów, tych, którzy wylądowali niemalże na powierzchni lawiny.

Izrael zaoferował im specjalistyczny sprzęt i również wysłał swoich ludzi z detektorami lawinowymi.

Niestety, po blisko miesiącu, 8 sierpnia, zaprzestano poszukiwać. W lawinisku udało się odnaleźć zaledwie część ciał, a szanse na natrafienie na kogoś żywego były zerowe. Wobec tego ekipy ratunkowe podjęły decyzje o wycofaniu się. Dopiero 18 lat później lód zaczął się topić, ukazując zwłoki i resztki obozu.

Tablica w pobliżu Piku Lenina, poświęcona alpinistom z Leningradu, którzy zginęli w katastrofie
fot.Wikipedia/CC BY-SA 3.0

Zaraz po tragedii Józef Nyka na łamach „Taternika” (numer 3/1990) podzielił się ciekawymi refleksjami na temat tego, czy wydarzenia można było uniknąć. Zdecydowanie opowiedział się za tym, że lokalizacja obozu nie należała do najbezpieczniejszych, pomimo zabezpieczenia przed śnieżnymi stokami w postaci 100-letniego, potężnego lasu, ponadto teren leżał w zagrożonym sejsmicznie miejscu. Niemniej jednak to właśnie rozmiary katastrofy i fakt, że tylu ludzi straciło życie, zupełnie nie spodziewając się zagrożenia, jest czymś przerażającym.

27 lat później, niemal dokładnie w tym samym miejscu znów zeszła lawina. Magnus Lindkvist zarejestrował to zdarzenie z obozu II, tego który w 1990 roku zniknął pod zwałami śniegu. Tym razem, choć czoło dosięgnęło ośmiorga wspinaczy idących drogą Razhdelnaya, nikt nie ucierpiał.

Film możecie obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=M5HJXEIbp9I

Zdjęcie otwierające pochodzi z rosyjskiego portalu pikabu.ru