Ponieważ mieliśmy już okazję zapoznać się z filmami składającymi się na tegoroczny REEL ROCK, postanowiliśmy przedstawić Wam krótkie recenzje. Krótkie, bo filmy są niezbyt długie i zbyt obszerna recenzja byłaby po prostu szczegółowym opisem. Wiadomo, że w tym wypadku lepiej obejrzeć niż przeczytać. W opublikowanym wczoraj wpisie mogliście przeczytać o dwóch pierwszych filmach, w tym – o dwóch pozostałych.

Alex Johnson na Swarm V14, Bishop, California, USA. zdj. Bree Robles

Big Things to Come (21′)

Alex Johnson. Ma na koncie wygrane zawody Pucharu Świata w boulderingu, jest wielokrotną mistrzynią USA. Po czteroletniej przerwie zdołała powrócić do wspinania na zawodach i niewiele brakowało, a pojechałaby na olimpiadę do Tokio.

Cofnijmy jednak czas o 11 lat. W 2011 roku, Alex, będąc u szczytu formy, obiera za cel problem „Swarm” 8B+ / V14. Jeśli się uda, to będzie pierwszą kobietą, która wskoczy na ten poziom trudności. Tamta Alex jest tak pewna siebie, że dzieli się tym z całym światem oznajmiając, że to już, że to za chwilę… Pierwsze próby jednak dość szybko – dosłownie – sprowadzają ją na ziemię. Jest w stanie wykonać tylko pierwszy ruch. I ani kroku dalej.

Rozpoczyna się trwająca dekadę walka. Nie tylko ze skałą i całą fizycznością wspinania, która się z tym wiąże, ale także z samą sobą. Ze wszystkim co od lat powodowało, że wspinanie było raczej ucieczką niż wyzwoleniem. To truizm, ale łatwiej radzić sobie ze wszystkim, jeśli ma się oparcie, bazę, pewność że ktoś nas – metaforycznie – spotuje.

Problem boulderowy jako alegoria życia nie jest bardzo wyszukaną konstrukcją, ale w tym wypadku wyjątkowo trafną. Krótki film o wspinaczce nie jest zwykle wypełniony po brzegi akcją – można go zwykle streścić celnie w kilku zdaniach. Ale nie chodzi o to, żeby sprowadzić historię do suchych faktów. Jest w tym wszystkim znacznie więcej głębi i warstw niż da się sprawnie oddać słowami.

Jak cały tegoroczny ReelRock, w tym filmie wspinanie jest tylko pretekstem do poruszenia uniwersalnych problemów. A te dotykają wszyskich, nawet tych – nielicznych – co się nie wspinają.

 

Alex Honnold i Tommy Caldwell po pokonaniu całej trasy. zdj. Adam Stack

CUDDLE (28′)

17 szczytów, wysokości ponad 4000 m, 11 klasycznych dróg, ponad 56 km trasy z blisko 6000 m przewyższenia – i to wszystko w 36 godzin, w szortach, bez jedzenia, bez czołówek i ze statyczną liną grubości sznurówki… Brzmi jak przepis na katastrofę, nawet jeśli na taką wycieczkę wybierają się Tommy Caldwell i Alex Honnold. Tommy stwierdził, że to połączenie biegów górskich i wspinania (choć akurat te trudności nie były dla nich wyzwaniem) jest projektem zupełnie absurdalnym. Pomyśleć by można zatem, że te 28 minut będzie towarzyszeniem im w niewyobrażalnym cierpieniu, bólu i poznawaniu granic ludzkich możliwości.

Jest w zasadzie dokładnie odwrotnie. Niemal przez cały film to, co widać na ekranie powoduje uśmiech. Czasem to tylko delikatny grymas, ale jednak. Tommy i Alex, mimo że takie pomysły jak wspinanie sie w ciemnościach przy świetle latarki w telefonie są mocno niekonwencjonalne i nawet dla nich dość ryzykowne, dodając swoje niepodrabialne poczucie humoru powodują, że w gruncie rzeczy niebezpieczna sytuacja raczej bawi niż wywołuje dreszcze.

Kiedy jest już naprawdę, obiektywnie niewesoło, do ekipy dołącza Adam Stack. Przyjaciel Tommy’ego z czasów szkolnych, amator, który dwójkę zawodowców ratuje z poważnej opresji. Sam fakt, że dwaj tak klasowi wspinacze potrzebują czyjejś pomocy jest wystarczająco wymowny.

Film został w większości nakręcony telefonem. Dwa lata temu… Techniczna niedoskonałość materiału ani przez chwilę nie przeszkadza. Może dlatego też, że Alex zza kadru komentuje z właściwą sobie ironią i dystansem – nagroda amerykańskiej Akademii Filmowej do czegoś zobowiązuje.