O zdarzeniu, które bezpowrotnie odmieniło życie wspinacza i o sile pasji, pozwalającej wybrnąć z trudnych sytuacji, z ARTUREM GUMĄ PIERZCHNIAKIEM rozmawia ANDRZEJ MIREK.
Zdjęcie powyżej: Guma na Karpathos, Wąwóz Adia
LICZYŁEŚ ILE CZASU SPĘDZASZ NA EKIPERCE?
To przede wszystkim zależy od pogody, mojej formy i innych zajęć, takich jak rehabilitacja i praca. Przeciętnie bywam w skałach 3 razy w tygodniu, co po przeliczeniu daje w miesiącu 12 wyjazdów, czyli przez rok uzbiera się całkiem pokaźna liczba wypraw – w zaokrągleniu 150 dni.
A ILE WBITYCH RINGÓW MASZ NA KONCIE?
Przyznam, że miałbym spory kłopot z dokładnym policzeniem, ile obiłem dróg i wkleiłem ringów. Z szacunkowych obliczeń wynika, że na samej Jurze Północnej ubezpieczyłem około 485 dróg, wklejając, bagatela, około 1720 ringów – zarówno na drogach swoich, jaki i już istniejących przy wymianie asekuracji. Przez kilkanaście lat działalności uzbierało się tego sporo, a nadal przygotowuję nowe drogi, bo chce mi się jeszcze działać. Od czterech lat jestem mocno zaangażowany w obijanie piaskowcowego rejonu Szczytnika, na którym ubezpieczyłem wiele znakomitych linii na kilku przepięknych turniach, takich jak Widokowa, dochodząca do 40 metrów wysokości, Wielbłąd czy Kruk. Z informacji umieszczonych na stronie internetowej Wspinka.org – bo dla tej Fundacji i za ich pośrednictwem zacząłem działać – wynika, że w „piachach” obiłem łącznie około 55 dróg na skałach Szczytnika i Malwy. Od trzech sezonów działam też systematycznie na Zadnim Kościelcu w Tatrach. Poza wymienionymi rejonami ubezpieczyłem również drogi w rejonach drytoolowych: w Lutynii i na podczęstochowskiej Złotej Górze… Byłbym zapomniał o Dolinie Bobru, gdzie na skale Gapy przygotowałem osiem ładnych granitowych linii z widokiem na Karkonosze. Poza tym, nieco dalej na zachód, czyli w Międzygórzu na urokliwej skale Zacna, obiłem dwie ciekawe drogi. Czyli, jakby to wszystko zsumować, to mogłoby uzbierać się około dwóch tysięcy ringów na około 550 liniach.
JAKI SPRZĘT POLECASZ DO OBIJANIA?
Wiertarkę obijamy o skałę, musi więc być wytrzymała na uszkodzenia. Zdarza się, że spadnie z większej wysokości, podobnie jak akumulatory. Z tego powodu preferuję tylko dwie firmy: Bosch i Hilti. To naprawdę dobre marki, na których nie zawiodłem się do tej pory. Obecnie używam wiertarki Bosch GBH Professional 18 V, która pracuje bezawaryjnie od czterech lat. Z kolei akumulatory wciąż utrzymują taką samą moc jak na początku i każdy z nich umożliwia wiercenie 8 dziur pod ringi. Są też bardzo odporne na uderzenia. Pewnego razu, w czasie obijania nowej drogi na Zadnim Kościelcu, wypadł mi zapasowy akumulator. Spadł trzydzieści metrów kominem i zatrzymał się na półce, a co najciekawsze, nie odniósł przy tym żadnych uszkodzeń.
Z drobniejszych, ale równie ważnych rzeczy do ekiperki, przydatne są też skyhooki i jedynki, a poza tym standardowy szpej osobisty. Z tym, że uprząż powinna być możliwie jak najwygodniejsza, ponieważ podczas prac w ścianie możemy wisieć nawet kilkanaście godzin.

fot. Włodek Porębski
PODOBNO POLSKA JEST WSPINACZKOWO WYEKSPLOATOWANA. POTWIERDZASZ?
Mam na koncie wiele wyeksplorowanych skalnych zakątków Polski, ale też wiem, że jeśli uważnie rozejrzymy się po lasach i polach to nadal możemy odkrywać zupełnie dziewicze miejsca. Wciąż znajduję interesujące skały ukryte między krzakami, nie wspominając o wolno stojących ostańcach, choćby w najbliższym mojemu sercu rejonie, czyli w Dolinie Wiercicy na Jurze Północnej. Mam trochę takich projektów, ale na razie nie będę zdradzał gdzie. Również na Jurze Południowej, w części położonej bliżej Krakowa, można odkryć jeszcze niejedną fajną skałę. Natomiast rejony wspinaczkowe w zachodniej Polsce, na przykład Ziemia Kłodzka czy Pogórze Karkonoskie łącznie z Rudawami, posiadają niewyczerpany zasób skalnych połaci pod nowe drogi.
NIE MOŻEMY UNIKNĄĆ PYTANIA O TWÓJ WYPADEK I JEGO KONSEKWENCJE.
Ten nieprzyjemny, całkiem niepotrzebny wypadek wydarzył się zimą 2007 roku na wschodniej ścianie Świnicy i bezpowrotnie odmienił nie tylko moją aktywność związaną ze wspinaniem, ale też z pracami wysokościowymi. Odruchowo złapałem kolegę, który spadał na mnie z wyrwanym ze stanowiska hakiem na drodze Darowskiego M5+. Ogromna siła uderzenia solidnie uszkodziła prawy bark, wyrywając nerwy ze splotu barkowego, co doprowadziło do nieuleczalnego, trwałego niedowładu prawej ręki, od łokcia po dłoń. Od tego czasu nie ruszam palcami, ale zabiegi, jak operacja i rehabilitacja na tyle usprawniły ciało, że powróciła ruchliwość barku. Wróciła też dobra kondycja, w tym ta najbardziej potrzebna, czyli psychiczna. Wszystko co ważne jest w głowie – psycha nami rządzi. Wiele pracy kosztowało mnie to, aby podnieść się po wypadku, by nie rozlecieć się całkiem i w łeb sobie nie palnąć. Podstawową rzeczą było znalezienie motywacji do życia, wyznaczenie celów, nawet całkiem drobnych, i obranie wartościowej, według mnie, drogi życia. I tak pomału udało mi się osiągnąć radość ze spełnienia, satysfakcję z bycia pożytecznym, z robienia czegoś ważnego dla środowiska wspinaczkowego. Odnalazłem sens życia w ekiperowaniu dróg.
NA CZYM POLEGAŁA TWOJA REHABILITACJA?
Rozpocząłem ją jeszcze podczas pobytu we wrocławskiej klinice, w której miałem operację. Pobrano mi nerwy z lewej nogi, by je przeszczepić w splot barkowy. Po tym zabiegu noga była nieco mniej sprawna siłowo. Ten dyskomfort odczuwam, gdy na przykład podchodzę po linie na małpach. Po operacji przeszedłem długi, trwający 3 lata cykl rehabilitacji w różnych klinikach, szpitalach i przychodniach. W tym sporo prywatnie, co było bardzo kosztowne. Wtedy jeszcze nie byłem pod skrzydłami Fundacji Kukuczki, która teraz bardzo mnie wspiera.
W tamtym okresie lekarze ściemniali mi, że 3 do 5 lat i będzie cacy. Oczywiście, wierzyłem w to i z wielką energią napierałem podczas każdego zabiegu. Dużo i systematycznie. Obecnie moja rehabilitacja oparta jest na podtrzymywaniu dobrej kondycji fizycznej. Polega na terapii manualnej i masażach, z których korzystam gdy są pieniążki. Ale tak naprawdę najlepszą rehabilitacją jest po prostu wspinanie, do którego udało mi się powrócić. Pokonuję V, czasem VI+ na wędkę. Musze pochwalić się, że i tradowo daję radę, robiąc ryski po IV+. Wszystko dzięki technice wypracowanej przez lata.

fot. arch. A. Pierzchniak
JAKIE BYŁY TWOJE POCZĄTKI EKIPEROWANIA?
Na poważnie zabrałem się za ekiperowanie po moim wypadku, bo okazało się to dla mnie najlepszym sposobem na życiowe załamane. Od tego czasu w ukochanych skałach i górach zakładam „kolczyki” stałej asekuracji z myślą, by nikt już nie musiał cierpieć tak jak ja.
Wcześniej, przed wypadkiem, obijałem swoje drogi w skałach pod Częstochową. Początki ekiperskie wyglądały zupełnie inaczej, niż w dzisiejszych czasach. Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć do lat 90., kiedy było trudno kupić cokolwiek ze sprzętu wspinaczkowego, a co dopiero punkty asekuracyjne, nie wspominając o wiertarce akumulatorowej, która była szczytem marzeń. W tych czasach dużo obijano spitami speleologicznymi oraz ringami samodzielnie wykonywanymi z pręta zbrojeniowego. Do spitów stosowaliśmy plakietki robione z kątowników, które i tak często nam kradziono. Zrobienie ringów wymagało większego nakładu pracy i odpowiedniego zaplecza warsztatowego – w piecu kaflowym rozgrzewaliśmy do czerwoności pręt, po czym szybko z nim biegliśmy do piwnicy, w której za pomocą imadła, rurki i młota wyginaliśmy oczko ringu. Gdy ostygł, malowało się go najczęściej „sreberkiem”, poprawiającym nieco odporność na korozję. Jak się później okazało, spity z plakietkami-samoróbkami nie nadawały się do wspinaczki – nie miały atestów na rwanie w przypadku odpadnięć z liną, więc mogły być stosowane wyłącznie do zjazdów. Jakoś wtedy nikt się tym nie przejmował.
Ringi osadzaliśmy ręcznie, przy użyciu stalowej, hartowanej rurki z naostrzoną koronką. Uderzając w nią pokaźnym młotkiem po dłuższym czasie wykuwało się głęboką na 10 centymetrów dziurę. W zależności od twardości skały i ostrości tak zwanej ringownicy, jeden otwór kuło się nawet 1,5 godziny. Po tak ciężkiej pracy nie było już siły ani ochoty na wspinanie, a rekord dnia wynosił 2 lub 3 dziury. Nie to co teraz – za pomocą wiertarki, w ciągu 2 godzin można szybko i bez zmęczenia można przygotować długą, 10-wpinkową drogę.
Pierwsze otwory w skałach Jury wiertarką udało mi się wykonać dzięki zastosowaniu agregatu prądotwórczego. Było to na początku nowego millenium. Właśnie przy pomocy 20-kilogramowego generatora, który wiozło się autobusami MPK, obite zostało wiele skał w Dolinie Wiercicy, część Zastudnia, Sroga, Towarne Góry i kilkanaście innych istotnych skał Północnej Jury.
Wiertarkę akumulatorową Hilti, która z topornymi, żelowymi akumulatorami ważyła 5 kilogramów, po raz pierwszy pożyczyłem od Pawła Buldera Haciskiego, planując obijanie skały Kuropatwy w Kusiętach. Potem Paweł zostawił mi ją na stanie jako wiertarkę Jury i w ten sposób zaczęło się dla mnie bezpieczne i wygodne eksplorowanie skał, nie tylko Jury. Obecnie działam z lekką, 2,5 kilogramową wiertarką ufundowaną przez grupę przyjaciół i wspinaczy Wieżos z Kalisza.
JAKIE SĄ TWOJE ULUBIONE REJONY?
Ze względu na ciszę i spokój zdecydowanie jest to Dolina Wiercicy na północnej Jurze, z poukrywanymi w lasach skałami. Bardzo lubię dzikie miejsca, które można jeszcze odnaleźć w Suliszowicach i Siedlcu.
A JAK WYGLĄDAJĄ TATRZAŃSKIE PLANY?
Wspólnie z doborową ekipą z Kalisza, grupą Wieżos, przez ostatnie trzy sezony otwieraliśmy nowe drogi na ładnej ścianie Zadniego Kościelca. Powstały cztery: Odvet VII, Problemy przy Kasie VIII, Zakaz Stękania VI+ i Gama. Ostatnia nie ma jeszcze przejścia, ale liczymy, że ta ładna, 3-wyciągowa droga będzie miała mocną cyfrę rzędu IX. W tym roku wieżowianie niewątpliwie ją pokonają, a ja będę ich wspierać mentalnie w ścianie. Mam na Zadnim Kościelcu jeszcze jeden nowy projekt, który zacząłem już obijać jesienią ubiegłego roku. Jest to ładna 120-metrowa lita płyta, ciągnąca się zaraz na prawo od Komina Strumiłły. W jednym zdaniu można ją określić jako przyjemne płytowe wspinanie o szóstkowych trudnościach i romantycznej nazwie – Miodowy Weekend. Moją uwagę zwróciły też niewysokie – do trzech wyciągów – ścianki o fantastycznych formacjach, położne powyżej, w kierunku Mylnej Przełęczy. Poza tym od dłuższego czasu mam wypatrzoną ładną ścianę Koziej Czuby w Pustej Dolince. Chciałbym w tym sezonie wybrać się tam z ekipą i zrobić na jej pomarańczowych płytach i w okapach ładną sportową drogę. Byłem pod tą ścianą jesienią i zapewniam, że potencjalnych linii jest wiele. Z mojej dawnej działalności w Dolince Buczynowej pamiętam też super formacje – jeszcze dziewicze i godne pozyskania do sportowej wspinaczki. Jestem pewien, że nadal będę poszukiwał ciekawych tatrzańskich projektów.

WSPÓŁPRACUJESZ Z RÓŻNYMI ŚRODOWISKAMI. OPOWIESZ NAM O TYM?
Jestem członkiem Klubu Wysokogórskiego Opole, który niewątpliwie prężnie działa. Dużo współpracujemy przy obijaniu nowych dróg na Ziemi Kłodzkiej oraz przy corocznej organizacji zawodów drytoolowych w Lutyni. Spotykamy się też na Jurze, by tam również podziałać ekipersko.
Często odwiedzam piaskowce Szczytnika, w których spotykam się z dużą pomocą lokalnego środowiska. Zawsze chętnie uczestniczę we wspólnych działaniach z Naszymi Skałami – na przykład późną jesienią przygotowaliśmy duży, wspaniały rejon Zubowych Skał w Rezerwacie Pazurek, który po wielu staraniach ze strony NS został w końcu udostępniony do wspinania. Ostatnio dużo pracujemy na rozległej skale Rozwalista w Dolinie Kobylańskiej.
Dużo i po przyjacielsku działam również ze środowiskiem wspinaczy z Kalisza, z którymi obijam nowe sportowe drogi w Tatrach. W środowisku mam dobry kontakt z wieloma osobami z różnych klubów, z którymi spotykam się na różnych wyjazdach.
SKĄD POMYSŁ NA KARPATHOS?
Temat Karpathos pojawił się przypadkiem. Na Szczytniku spotkałem Marka Freusa, który wspomniał, że pewien gość z Lublina organizuje wyjazd ekiperski do Grecji, na wyspę Karpathos, i szuka ludzi do obijania dróg. Podał mi telefon i w ten sposób skontaktowałem z Piotrem Barabasiem. Porozmawialiśmy i po niedługim czasie oddzwonił z informacją, żebym do nich dołączył. Nie pozostało mi nic innego jak spakować się i pojechać na moją pierwszą wyprawę eksploracyjną na Karpathos.
Wyspa od razu zauroczyła mnie pięknem i ilością nietkniętej skały. Działałem z ekipą w rozległym, największym na wyspie kanionie Iwona. Potem przeniosłem się do olbrzymiej groty Popa, w której samodzielnie wytyczyłem kilka mocnych dróg. Po tej wyprawie zaczęliśmy systematyczne odwiedzać wyspę. Pojawiając się tam co pół roku dorzucamy nowe drogi i otwieramy nowe sektory. Na Karpathos mamy już stałą bazę w domu Piotra. Gościmy również w zaprzyjaźnionych tawernach położonych w pobliżu rejonów wspinaczkowych, w którym działamy. Podczas kilku naszych pobytów na wyspie powstała całkiem spora liczba linii. Zostały one opisane w przewodniku Artura Kraszewskiego. Topo zawiera około 250 dróg w 24 sektorach, eksplorowanych również przez inne ekipy – poza nami na wyspie dużo działają Francuzi. W topo znajdują się też stare drogi. Obecnie, po ostatniej jesiennej wyprawie, będzie około 300 linii. Przybyły nowe rejony, które są eksplorowane od wiosny.
Karpathos to wielkie przestrzenie pełne różnorodnych skał. Każdy rejon jest inny. Tamtejsza skała to głównie pomarańczowy wapień, ale są też zlepieńce, piaskowce i wulkaniczne tufy. Na wyspie znajdziemy atrakcyjne nadmorskie klify Proni, na których zrobiłem dużo przepięknych dróg o całkiem lajtowej cyfrze. Trudności pomiędzy 6a a 6b zapraszają do relaksu wprost nad falami rozbijającymi się o skały bajkowej zatoczki. Niedaleko jest też drugi klif z łatwymi drogami, Chickens Bay. To idealne miejsce dla rodziców z dzieciakami, dla których atrakcją będzie dzika, sprzyjająca kąpielom zatoczka.
Największym sektorem wspinaczkowym na Karpathos jest Wąwóz Adia, z łatwym dostępem, oddalony tylko 10 minut od drogi. Na jego pomarańczowych płytach i przewieszeniach wytyczyliśmy dużo dróg w kilku sektorach. Skały wąwozu dochodzą do 150 metrów wysokości, natomiast najwyższa ściana na wyspie, Big Wall, ma ponad 200 metrów i jest jeszcze całkowicie dziewicza. Jej filar prezentuje się bardzo ładnie i przyciąga mnie jak magnes. Możliwe, że przy okazji kolejnej wyprawy uda mi tam zawitać z wiertarką, choć wiem, że ostatnio chłopaki pootwierali nowe rejony w Finiki, więc i tam będę miał dużo pracy. W każdym razie skały jest tam bez liku. Przynajmniej część z nich przydałaby się u nas na Jurze.
O CO CHODZI Z PROJEKTEM GUMOWE TOPO?
Pomysł na opracowanie przewodnika Gumowe Topo pojawił już kilka lat temu i wyszedł od moich znajomych, którzy poprosili mnie o zebranie materiałów na temat obitych przeze mnie dróg. Chodziło również o wyjaśnienie pochodzenia ich nazewnictwa. Do etymologii linii dodałem historie rejonów i w ten sposób – jak stwierdziło już wielu przyjaciół – przewodnik zrobił się bardzo ciekawy. Ostatniej zimy zabrałem się więc za mój odwieczny projekt. Pomału, systematycznie składam materiał na topo, opisując rejon po rejonie, począwszy od skał Jury Północnej. Zamieszczę w nim bardzo interesujące, pełne humoru historie związane z pochodzeniem nazw skał i dróg. Po przeczytaniu przez znajomych kilku gotowych już rozdziałów otrzymałem bardzo pozytywne recenzje.
Do napisania tego typu opracowania zachęcają mnie również autorzy najważniejszych przewodników po skałach w naszym kraju. Chłopaki namawiają mnie, bym śmielej podszedł do tego pomysłu. Chciałbym podzielić moje topo na części, prawdopodobnie na dwa tomiki, z których pierwszy dotyczyłby Jury, a drugi przedstawiać będzie zachodnią część kraju, którą uzupełnię o Tatry i ładną skałę w Dolinie Bobru. Mam nadzieje, że uda mi się pozyskać wydawcę. Zainteresowanych proszę o kontakt. Z góry dziękuję również za wszelkie wskazówki i wsparcie w tym ważnym dla mnie temacie.
Artykuł ukazał się w 267 numerze magazynu GÓRY (2/2019)