O narciarstwie ekstremalnym, odwadze w realizowaniu własnych pomysłów, najlepszych miejscówkach Kanady, obsesji związanej z północną ścianą Mount Robson i doświadczeniach w przechodzeniu do świata niebieskich świateł z PETEREM PERU CHRZANOWSKIM rozmawia ANDRZEJ MIREK.

Paralotniarz, narciarz ekstremalny i filmowiec, który w latach 70. i 80. dokonał wielu pierwszych zjazdów z wybitnych szczytów Ameryki Północnej. Brał też udział w eksploracyjnych wyprawach do Ameryki Południowej. Ma na koncie kilka nagrodzonych filmów dokumentalnych. Obecnie popularyzuje nową dyscyplinę, aerothlon, składającą się z biegu, jazdy na rowerze górskim i zlotu na paralotni.

SKĄD WZIĄŁ SIĘ TWÓJ PSEUDONIM?

Wymyśliła go moja koleżanka podczas studiów na uniwersytecie w Fredericton, gdy zacząłem jeździć do Peru i potem opowiadać o swoich dramatycznych przygodach. A gdy w późniejszym czasie i ona pojawiła się w Whistler, na Zachodnim Wybrzeżu, inni go podchwycili i tak już zostało.

Peter Chrzanowski podczas letniego wypadu na narty w okolicach Whistler… Niepowtarzalna stylówka lat 80.

JESTEŚ W STANIE POLICZYĆ, ILE PAR NART ZAJEŹDZIŁEŚ?

Było tego trochę, ale oczywiście żadnych liczb nie podam. W latach 70. jeździłem na polskich metalowych nartach Rysy, które były bardzo podobne do amerykańskich marki Head… Zapewne były to podróbki.

Sponsorowały mnie niemal wszystkie większe firmy: Rossignol, Salomon, Elan, K2,Hexell (amerykańskie modele z aluminium, wykorzystujące konstrukcję naśladującą plaster miodu), Dure 8300. Na puch i poza trasą najlepsze były narty do slalomu giganta, bo były miękkie, natomiast na ubity stok – takie do slalomu specjalnego. Teraz jeżdżę na skiturach Huascaran firmy Dynastar – są mocne, lekkie i bardzo szerokie, dobrze jadą zarówno w puchu, jak i po ubitych stokach. Otrzymywałem też narty od firm, które chciały się reklamować, a nie były powszechnie znane, jak Pure Gold. Miały ciekawą grafikę, ale, prawdę mówiąc, nie były wcale lepsze od standardowych. Wymienię jeszcze narty Dynamic – francuskie, oraz Dynastar, na których zjechałem z Mount Robson.

CZYTAJĄC TWOJĄ KSIĄŻKĘ, MOŻNA ODNIEŚĆ WRAŻENIE, ŻE PRZEZ CAŁE ŻYCIE ROBIŁEŚ RZECZY, KTÓRE INNI MOGĄ ROBIĆ TYLKO W CZASIE WOLNYM, W DODATKU CZĘSTO NA TYM ZARABIAŁEŚ. UWAŻASZ SIĘ ZA DZIECKO SZCZĘŚCIA?

Gdybym był osobą wierzącą, uważałbym, że mam anioła stróża. Ale zdarzały się też ciężkie wypadki, a potem wielomiesięczne dochodzenie do zdrowia, więc to szczęście było takie trochę pstrokate. Właściwie tylko rok pracowałem dla kogoś, a potem już zawsze realizowałem swoje projekty.

Peter nad swoim ulubionym jeziorem Lillooet w pobliżu Pemberton

WIESZ, ŻE TWOJA BIOGRAFIA MOŻE WYDAĆ SIĘ KONTROWERSYJNA?

Kanada jest krajem, w którym żyje się na zdecydowanie większym luzie, tu możesz mówić, co chcesz, możesz robić, co chcesz, jest tu jeszcze Dziki Zachód i wolność. A ja pisałem swoją książkę po angielsku, głównie dla Kanadyjczyków. Przypadkiem spotkałem chętnego na wydanie mojej historii wydawcę polskiego, więc zdecydowałem się najpierw opublikować tę opowieść po polsku. W międzyczasie wciąż dopracowuję wersję angielską. A poza tym bardzo się polubiliśmy z tłumaczem, którym jest Jędrzej Jaxa-Rożen. To paralotniarz z niepełnosprawnością,który dobrze mnie zna i czuje klimat opisywanych wydarzeń, bo niekiedy był także ich świadkiem. Wiem, że starał się oddać ducha tej nieformalnej, za to szczerej opowieści.

SKĄD WZIĘŁA SIĘ U CIEBIE ANTYSYSTEMOWA POSTAWA? NA ILE WPŁYW NA NIĄ MIAŁO POLSKIE POCHODZENIE?

Polacy niemal zawsze musieli walczyć, a to z Rosjanami, a to z Niemcami. Potem przyszedł alpinizm, w którym ludzie też walczyli – z górami. Podczas studiów w Kanadzie zetknąłem się z tekstami Franka Farleya, który otworzył mi oczy na pewne sprawy. Podzielił ludzi na dwie zasadnicze kategorie: jedni tylko pracują dla innych, jak potulne owieczki, a inni wręcz przeciwnie, wolą realizować wł asne pomysły. I ja właśnie do tych drugich należę, nawet jeżeli napotykam na liczne przeszkody, zwłaszcza wynikające z biurokratycznych barier.

Lot w pobliżu andyjskich sześciotysięczników, opodal Huaraz w Peru

MIESZKASZ W KANADZIE, POPROSZĘ WIĘC O KRÓTKI WYKAZ KONTAKTÓW Z POLONIĄ, Z OSOBAMI, KTÓRYCH PASJĄ SĄ GÓRY.

Moją główną dyscypliną były najpierw narty, a potem paralotnie, więc kontakt ze światem wspinaczkowym mam mocno ograniczony. Paweł Borynic, który przyjechał do Kanady jako dorosły człowiek, poznał mnie z osobami z Polski lubiącymi góry. Spotkałem Jurka Kostrzewę, który wtedy mieszkał w Kanadzie, a on przedstawił mnie Rysiowi Szafirskiemu. Poznałem go na nartach, potem razem jeździliśmy na dłuższe wyjazdy. Z Rysiem myśleliśmy tak samo, zarówno ogólnie o życiu, jak i o kobietach. Z Alkiem Lwowem, którego spotkałem w Polsce, też mi się fajnie gadało. No i odbyłem bardzo ciekawe rozmowy z Wojtkiem Kurtyką, który przyjechał do Vancouver na festiwal. Tu warto wymienić Mariusza Pawlaka, który organizował dzień polski na festiwalu górskim w Vancouver i zapraszał gwiazdy polskiego himalaizmu. Miło mi się rozmawiało też z Anką Czerwińską, która była jedną z kandydatek do roli w moim filmie Paracinderella („Paralotniowy Kopciuszek”). Sporo się pośmialiśmy przy nauce latania na paralotni.

Rozmawiał / ANDRZEJ MIREK

Zdjęcia / ARCH. PETER PERU CHRZANOWSKI

Zdjęcie otwarcia / „Jazda w puchu zawsze sprawiała mi ogromną przyjemność, czułem, jakbym płynął w powietrzu”


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 5/2022 (288)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/