PRZYGODA W PAMIRZE, CZYLI ALPINIADA ’77

O wyprawie w Pamir, specyfice wspinaczek w ZSRR, zdobycznym porożu i porzuconych zwłokach z WALKIEM FIUTEM rozmawia ANDRZEJ MIREK.

Zdjęcia / Arch. Walka Fiuta

Zdjęcie otwarcia / Twardszy śnieg w górnej część północno-zachodniego filara Piku 30-lecia ZSRR ułatwiał wspinaczkę


W 1977 ROKU WYJECHAŁEŚ W PAMIR. CO BYŁO TWOIM CELEM?

Pojechałem na Alpiniadę w górach Pamiru, na wyprawę pod kierownictwem Jurka Milewskiego z Gdańska – naukowca, późniejszego działacza solidarnościowego i ministra obrony. Po zaaklimatyzowaniu się na Piku Leningrad (6507 m) ruszyliśmy w pięcioosobowym zespole, aby zrobić pierwsze wejście filarem północnym na Pik 30-lecia Związku Radzieckiego. Góra ta znajdowała się najbliżej bazy leżącej na morenie bocznej lodowca Fortambek, gdzie przebywaliśmy w dużej grupie międzynarodowej, i dlatego padła taka propozycja. Natomiast nie wiem, jak to się stało, że powstał aż pięcioosobowy skład. Zabraliśmy dość dużo sprzętu wspinaczkowego i żywności na kilkudniową eskapadę. Warto wspomnieć, że wtedy jeszcze nie mieliśmy radiotelefonów do utrzymywania kontaktu z bazą.

BRAK ŁĄCZNOŚCI GENEROWAŁ CHYBA DODATKOWE PROBLEMY LOGISTYCZNE?

Tak. Zejście zaplanowaliśmy w zupełnie dziewiczym dla nas terenie – wiodło lodowcem na południe od tej góry. Byliśmy umówieni z szefem bazy, że po zrobieniu drogi i wyjściu na szczyt damy znać rakietą
sygnalizacyjną. Miało to oznaczać, że dwa dni później dojdziemy do małej łączki, po prawej stronie moreny lodowca, gdzie o godzinie 13:00 lub 14:00 wyląduje po nas helikopter. Z perspektywy lat widzę, jak bardzo niebezpieczny był to plan. Po pierwsze, szczyt mógł być w chmurach nawet przez kilka dni – wtedy nikt w bazie nie zauważyłby sygnału. Po drugie, w czasie zejścia nieznanym terenem mogliśmy nie trafić na umówione miejsce spotkania, przyjść tam dużo później. Po trzecie, pogoda mogła nie pozwolić na przelot helikoptera… Jednak taki właśnie plan zaakceptował nasz kierownik, więc my również.

Zwijanie biwaku na platformie w kopule szczytowej, w tle szczyt Korżeniewskiej

Z KIM WSPINAŁEŚ SIĘ NA PIK 30-LECIA ZSRR?

Oprócz Jurka Milewskiego w zespole znaleźli się: Czesiek Bajsarowicz, Ludwik Wilczyński, Heniu Zakrzewski i ja. Droga była trudna ze względu na poszatkowaną formację skalną, nawisy śnieżne na licznych, bardzo stromych, a nawet pionowych ściankach oraz niezwiązany ze skałami śnieg.

Podczas wspinaczki dopadł mnie ból zęba i spuchła mi twarz. Robiłem okłady z ciepłych fusów herbacianych i zażywałem tabletki przeciwbólowe, aby móc kontynuować wspinanie. Niemile wspominam to przejście.

Dopiero pod koniec trzeciego dnia weszliśmy na szczyt. Widok był obłędny. W kierunku północno-wschodnim, za doliną Fortambek i nad ogromnym urwiskiem skalno-lodowym, widać było Pamirskie Plateau o długości około trzech kilometrów, a za nim najwyższy szczyt Pamiru – Pik Kommunizma (obecnie szczyt Ismaila Samaniego). Z kolei na północy wyłaniał się Szczyt Korżeniewskiej, no i do tego niezliczona liczba ośnieżonych gór po stronie południowej. Założyliśmy biwak, bo była tam bardzo wygodna platforma, a gdy już zrobiło się ciemno, Jurek wystrzelił rakietę. Dał w ten sposób znać bazie, że skończyliśmy drogę.

JAK PRZEBIEGAŁO ZEJŚCIE?

Od rana zjeżdżaliśmy do doliny po drugiej stronie szczytu, w stosunku do naszej bazy na Fortambeku. Osiągnęliśmy lodowiec, który był bardzo szeroki i mocno uszczelniony. W tym połogim terenie szedłem pierwszy, ciągnąc za sobą dwie długie, 80-metrowe liny. Koledzy zostali trochę z tyłu. Wybierałem, jak mi się wydawało, najbezpieczniejsze przejścia, ale niespodziewanie wpadłem w szczelinę i zatrzymałem się na jakimś moście śnieżnym. Przez dziurę nade mną widać było światło i zwisające liny. Zawołałem o pomoc, na szczęście koledzy szybko dobiegli.

– Walek, jesteś?!
– Tak – odpowiedziałem. – Wszystko OK.

Byłem jakieś trzy–cztery metry poniżej, więc sprawnie mnie wyciągnęli. Miałem szczęście – wiele osób wpadało do głębokich szczelin… Gdy wszyscy ochłonęli, było sporo śmiechu.

Wyciąg w górnej części filara północno-zachodniego

CZY PO TYM CUDOWNYM OCALENIU ZMIENILIŚCIE COŚ W WASZYM POSTĘPOWANIU?

Tak, szliśmy już związani linami. Rozpoczęły się boczne lodowcowe moreny. W pewnym miejscu zauważyłem leżące poroże z białą czaszką – pozostałość po koziorożcu syberyjskim, którego prawdopodobnie zjadły jakieś zwierzęta. Ważyło ze cztery kilogramy, ale postanowiłem zabrać je ze sobą.
– Coś ty, zgłupiał? – zapytał ktoś. – Już ledwie idziemy i nie wiadomo, jak długo jeszcze będziemy wędrować, a plecaki mamy ciężkie.

Mimo to przywiązałem do plecaka to wspaniałe poroże, z zamiarem wzięcia go do Polski. Jurek stwierdził, że takich rzeczy prawdopodobnie nie wolno wywozić za granicę.

– Schowam i jakoś to będzie – odpowiedziałem.

MIELIŚCIE JESZCZE PROWIANT PO TYLU DNIACH AKCJI?

Nie mieliśmy już nic do jedzenia. Do picia też nie, bo parzyliśmy dużo więcej herbaty, abym miał czym okładać bolący ząb. Ugotowaliśmy wodę z lodu. Po krótkim odsapnięciu ruszyliśmy dalej. W dalszym ciągu musieliśmy kluczyć między szczelinami, bo lodowiec spływał pomiędzy wysokimi ścianami skalnymi lub stromymi, żwirowymi morenami. Znowu prowadziłem i doszedłem do czegoś, co przypominało zwinięty namiot. Gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że pakunek jest przygotowanym do transportu martwym człowiekiem. Obwiązany linami zwisał tuż nad wielką szczeliną.

CO POSTANOWILIŚCIE ZROBIĆ ZE ZWŁOKAMI?

Zastanawialiśmy się, czy zepchnąć je do szczeliny. Jednak ktoś mógł jeszcze po nie przyjść, więc postanowiliśmy wspomnieć o nich po powrocie do bazy i ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie szczeliny się zmniejszyły, dzięki czemu dalsza droga była o wiele łatwiejsza i bezpieczniejsza. Dostrzegliśmy też na prawej morenie wygodne do wędrówki żwirowisko. Zbliżało się południe, a do umówionego spotkania została jeszcze godzina. Ależ ta dolina była długa! Ciężar dźwiganych rogów dawał mi się we znaki. „Chciałeś, to masz” – pomyślałem. Poprzedniego wieczoru zjedliśmy resztki zapasów, więc wszystkim doskwierał brak pożywienia. W końcu pojawiły się pierwsze trawki, a lodowy świat został za nami. Prawie ostatkiem sił dotarliśmy do płaskiej, trawiastej półeczki i wszyscy orzekliśmy, że to musi być łączka ustalona na spotkanie.


Tekst w całości przeczytasz w 301 (4/2025) numerze Magazynu GÓRY.

Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2025