Dwa tygodnie bez gór. Czułem się zastany, a gdzieś w piersi wzbierała chęć ucieczki w jakąś leśną dzicz. Najmocniej wyrywało się moje serce ku Tatrom, bo aż żal nie korzystać z takiej pogody ze skalistych, suchych szlaków i bez ryzyka burzy nad sobą.
Z drugiej strony rozsądek szybko mi podpowiedział, że w Tatrach teraz wcale nie wypocznę, raczej sfrustruję kolejkami na szczyt. Trudno, Mięgusze i Orla zostają na (miejmy nadzieję) spokojniejsze miesiące, jak wrzesień i październik.

Stałem więc przed swoją kolekcją map i zastanawiałem się, dokąd wyruszyć, najlepiej jak najtaniej. Ostatnio wszystkie moje wyprawy koncentrowały się na Beskidzie Sądeckim i Grybowie. Kusiła nieskończona trasa dookoła Szymbarku, nęciła wizja sierpniowej Klimkówki, nie wspominając już o gwarancji całkowitej samotności. Jednocześnie chciałem dłuższej trasy, przynajmniej 30-kilometrowej (poniżej 20 km nie opłaca się wychodzić z domu). Z racji tego, że jestem niezmotoryzowany, muszę polegać na transporcie publicznym, więc każda góra jest badana pod kątem tego, z jakiej miejscowości można na nią wejść i czy do tej miejscowości coś z Krakowa jedzie wczesnym rankiem. I oto się pokazała Lubogoszcz z Kasinki Małej. Później mój wzrok powędrował na północ, przez Lubomir, Kudłacze aż do Myślenic.


No to mamy plan. Spakowałem plecak, przygotowałem bułki i nastawiłem budzik na 5:20, żeby zdążyć spacerkiem na bus w kierunku Mszany Dolnej o 6:25. Marszrutka na dworzec krakowski jest powtarzalnym elementem każdej mojej wyprawy i sprawia mi dużą przyjemność, obojętnie, czy idę o 3, 4 czy 5 rano. Zwykle wita mnie rześkie, przyjemne powietrze i pięknie podświetlone niebo, zaś ulica Rakowicka wygląda na całkowicie wymarłą.
Ogromnym plusem Beskidu Wyspowego jest jego odległość od Krakowa; po godzinie jestem na miejscu, w Kasince Małej. Powietrze nadal jest lekko chłodne. Po mojej prawej stronie góruje inna beskidzka wyspa, Szczebel, który odwiedziłem kilka dni przed Bożym Narodzeniem w poprzednim roku. Czeka mnie przechadzka wzdłuż głównej drogi, po czym czarny szlak odbija w lewo i od razu biegnie w górę.Kamienista, ubita droga prowadzi obok domów, a Szczebel tym razem jest po mojej lewej. W lesie panuje cisza, momentami robi się bardzo ciemno i tajemniczo. Nieco głośniej przy bazie noclegowej Lubogoszcz – nocuje tam chyba jakaś wycieczka, bo słychać pokrzykiwania dzieci. Czarny szlak doprowadza mnie na jeden z wierzchołków Lubogoszczy – zachodni, mierzący 952 m.n.p.m.
Tu droga łagodnieje i prowadzi lekko w dół granią (nazywaną Kozią Brodą). W błocie napotykam odbite ślady wilków, przy szlaku rosną grzyby i jeżyny. Te ostatnie mają tu niewiele słońca, więc w przeważającej większości są jeszcze niedojrzałe. Tuż przed głównym wierzchołkiem (968 m.n.p.m) z południa, z Mszany dochodzi szlak zielony.
Szczyt Lubogoszczy jest zarośnięty; znajduje się tutaj tabliczka z nazwą góry, pomnik ku pamięci Andrzeja Cywrusa, krzyż i kilka ławek. Radość dla oczu zaczyna się przy zejściu czerwonym szlakiem: potężny wiatrołom odsłonił panoramę Kasiny Wielkiej i masywu Śnieżnicy. Ścieżka w dół jest stroma, więc trudno rozglądać się dookoła, żeby przypadkiem nie wywinąć orła. Za to jest ścieżką niewątpliwie beskidzką do cna. Jasne kamienie wystają z ziemi, dookoła zarośla. Przez nieuwagę zgubiłem drogę, ale nie zajęło mi długo, żeby się ponownie zlokalizować. Mijam dopiero podchodzących na szczyt. Zdecydowanie lepiej sobie już zbiegać, niż wchodzić w palącym słońcu.

Po zejściu do Kasiny Wielkiej szlak czerwony prowadzi kawałek asfaltem. Pobocze porządnie wydeptane, widać, że ktoś tędy jednak chodzi. Dookoła piękne widoki, za plecami została wyłysiała Lubogoszcz, na północy majaczy już Wierzbanowska Góra, na zachodzie – Śnieżnica.
Wreszcie do szlaku czerwonego dochodzi niebieski (można nim dojść na Grodzisko pod Raciechowicami, ale obok drogowskazu PTTK przybiło tabliczkę z informacją, że jest zamknięty). Mijam opuszczoną stację PKP; jest coś smutnego w widoku zarośniętego budynku stacji i zaniedbanych torów. Krótka przebieżka na Dzielec (649 m.n.p.m), który poza ogromnym mrowiskiem i grzybiarzem nie miał wiele do zaoferowania. No, może jeszcze poza bardzo przyjemnym cieniem.
Zbliżało się południe i każda chwila wytchnienia od palącego słońca przynosiła ulgę. Pozostało przeciąć drogę i zacząć wspinaczkę na Wierzbanowską Górę. Moim zdaniem to najprzyjemniejsza część trasy, dużo polanek, znaczna część szlaku w cieniu i gdzieniedzie odsłaniające się, chociaż bardzo mgliście, Tatry. Przechodzę obok awaryjnej chatki, okraszonej napisem „Witamy miłych gości”. Kto wie, może kiedyś skorzystam z gościny, teraz jednak nie czas na myślenie o odpoczynku – nie mam za sobą nawet połowy trasy.

Po raz kolejny przeciąłem asfaltową drogę na przełęczy Jaworzyce. Podobno stąd tylko godzina dzieli mnie od Lubomira. Dość długo towarzyszy mi asfalt – nie przepadam za chodzeniem pod górę po twardej nawierzchni, no ale cóż; mieszkańcy Parylówki – części wsi Węglówka – muszą jakoś się wydostać z domu. Z Parylówki jest potencjał do fotografowania Tatr, na horyzoncie majaczą ich odległe szczyty, niestety, przejrzystość powietrza w sierpniu po południu niekoniecznie temu sprzyja.
Samo podejście mija mi bardzo szybko, bo dołącza do mnie nieznajomy pan, zbierający pieczątki do Korony Gór Polski. W trakcie rozmowy można nawet nie zauważyć, że się zdobyło już szczyt.

Życzę powodzenia (miał w planach jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Kielc, w Góry Świętokrzyskie), robię zdjęcie obserwatorium na szczycie Lubomira i biegnę dalej, ku Kudłaczom. Kawałek za wierzchołkiem Lubomira, po prawej stronie, jest punkt widokowy na Wiśniową i Lipnik, a za Łysiną (891 m.n.p.m) istnieje możliwość robienia fantazyjnych pętelek – szlaki czarny, czerwony i żółty, przechodzący w zielony (który to prowadzi na Kamienniki). Schronisko mijam bez zatrzymywania się, widoki są całkiem przyjemne. W okolicach Lubomira i Kudłaczy jest dużo więcej turystów, niż na poprzednich odcinkach trasy, ale i tak można śmiało powiedzieć, że panują pustki. Przed przełęczą Granice przepiękne, przepastne łąki i widoki dookoła, zapach niczym w maju.. Słońce teraz naprawdę mocno przygrzewa. Do szlaku czerwonego dołącza zielony z Kamienników.
Przed Śliwnikiem znów się rozdzielają i można zadecydować, czy do Myślenic zejdzie się nieco dłużej zielonym przez Chełm (613 m.n.p.m) czy czerwonym przez Uklejną. Uklejna oferuje dużo mniej atrakcji niż Chełm, ale pozostałem wierny czerwonemu szlakowi; nie prowadzi on właściwie przez szczyt, ale pod nim. Na szczyt jest poprowadzony żółty, nieoficjalny szlak.


Zejście bardzo mi się dłużyło, trudno było nawet nadgonić zbiegając, bo niespodziewanie pojawiło się błoto i mokre kamienie, a szlak sam w sobie był dość – jak na Beskidy – stromy. Tuż przed zejściem do Myślenic znajdują się ruiny strażnicy z XIII-XIV wieku: niewiele z nich pozostało i, jak mniemam, bywają miejscem spotkań towarzyskich myślenickiej młodzieży. Tak czy siak, miejsce bardzo klimatyczne, a od kamiennych ruin bije przyjemny chłód.


Myślenice stanowiły niemałe wyzwane logistyczne, pokonało mnie niemal przedostanie się na drugą stronę wiaduktu, dopiero jakaś dobra kobieta pokierowała mnie do podziemnego przejścia, oczywiście już po tym, kiedy odjechały 3 kolejne busy do Krakowa.
Niespodziewanie nadjechał taki, którego na rozkładzie wcale nie było. I wrócił człowiek, nieco spalony (chociaż przed każdą kolejną wyprawą wydaje mi się, że już mnie mocniej słońce nie chwyci), z jednym odciskiem (bo wpadł mi kamyczek i nie chciało mi się zatrzymywać, żeby go wyjąć), głodny, ale z dużą satysfakcją i przepełniony Beskidem.

Przy planowaniu wycieczek bardzo pomocne są przewodniki wydawnictwa Rewasz: Beskid Wyspowy oraz Beskid Myślenicki. Oba znajdziecie w naszej księgarni KsiążkiGór.

Zdjęcia i tekst: Artur Polanowski