O realiach sportu wspinaczkowego w Ukrainie, tamtejszych rejonach skalnych, kontynuowaniu swoich pasji w Polsce i o wojnie, która zmieniała priorytety, z DARIĄ BRYLOVĄ i ROMANEM BATSENKO rozmawia ANDRZEJ MIREK.

Daria prowadzi Cztery pory roku VI.4+ OS, Wielka Turnia, Dolina Będkowska
fot. Marcin Ciepielewski

JAK WYGLĄDAŁA WASZA AKTYWNOŚĆ WSPINACZKOWA PRZED PRZYJAZDEM DO POLSKI? UPRAWIALIŚCIE INNE SPORTY?

Daria: Zaczęłam wspinać się w wieku 11 lat, czyli na długo przed przyjazdem do Polski – przeprowadziłam się tu w wieku 17 lat. Chodziłam na sekcję sportową dla dzieciaków, którą prowadziła Walentina Kurszakowa, mistrzyni wielu zawodów alpinistycznych ZSRR i mistrzyni świata w paraclimbingu, oraz Wasilij Ponomarenko – narodowy trener kadry juniorów. Pod ich czujnym okiem stawiałam pierwsze kroki. Pomimo że nie posiadali podejścia stricte współczesnych wspinaczy, nauczyli mnie wielu rzeczy. Przede wszystkim dyscypliny i sportowego nastawienia. Trenowaliśmy pięć razy w tygodniu, a dojazdy zajmowały mi godzinę w jedną stronę, mam więc wiele wspomnień z czasu spędzonego w tramwajach i metrze (śmiech). Z założenia była to sekcja sportowa – jeździliśmy często na zawody, oczekiwano od nas zaangażowania i poświęcenia. Osoby, które przychodziły dla zabawy, bardzo szybko rezygnowały.

W wieku 13 lat przeniosłam się do sekcji „dorosłej”. Prowadziła ją Natalia Perłowa, która wiele razy stawała na podium pucharów świata, oraz Serik Kazbekow, wielokrotny zwycięzca pucharów świata i wielokrotny mistrz Ukrainy. Trenowałam razem z Jenią Kazbekową, która już wówczas była Mistrzynią Świata Juniorów, więc miałam całkiem dobrą ekipę. Choć muszę przyznać, że spotkało mnie ogromne szczęście urodzić się w mieście, w którym mieszkali tak silni wspinacze. Przeważająca liczba moich rówieśników nie miała takiego przywileju. Większość dzieciaków, z którymi widywałam się na zawodach, trenowała w bardzo słabych warunkach, a zajęcia były prowadzone przez osoby mało kompetentne. Uważam, że właśnie dlatego tak wiele z nich porzuciło ten sport.

Roman poskramia Mroczny przedmiot pożądania VI.4, Okiennik Wielki
fot. Marcin Ciepielewski

Roman: Pochodzę z rodziny tak zwanych turystów górskich, więc praktycznie od urodzenia dużo czasu spędzałem w naturze – na kilkutygodniowych wycieczkach kajakowych lub w Górach Krymskich, Karpatach, a raz z rodzicami i małą siostrą byłem nawet w Kaukazie. Można to podciągnąć bardziej pod rekreację, ale jakaś aktywność fizyczna zawsze w rodzinie istniała.

Pierwszy prawdziwy kontakt ze wspinaczką miałem na obozie wspinaczkowym na Krymie. Wciągnęła mnie od razu tak mocno, że jeszcze przez kilka lat wracałem na te obozy, aż zacząłem chodzić na sekcję w Kijowie. Jako że trafiłem do instruktora, który był bardziej nastawiony na buldering w naturze, można powiedzieć, że właśnie to zostało mi we krwi (śmiech). Ale bardzo lubię i już od wielu lat dużo wspinam się również z liną. Uważam, że te dyscypliny są komplementarne i pomagają nieustannie się rozwijać.

Mieszkając w Kijowie, miałem przywilej dostępu do najlepszych ścianek w kraju i szerokiego grona zawodników, mocnych wspinaczy i trenerów, od których mogłem się uczyć lub czerpać inspiracje. Ogromna część mojej motywacji brała się z przejść skalnych, konkretnych bulderów czy dróg, które chciałem zrobić – najwięcej było ich na Krymie. Pamiętam dobrze te momenty, gdy po przetrenowanej zimie nagle robiłem swoją pierwszą drogę 6c+ RP czy bulder 6C+ flaszem, co wcześniej wydawało mi się absolutnie niemożliwe (śmiech). Bardzo polubiłem też zawody i regularnie startowałem w kategoriach juniorskich oraz seniorskich pucharów i mistrzostw Ukrainy.

Przed przyjazdem do Polski byłem tak mocno zmotywowany i skoncentrowany na wspinaniu, że ustalone z rodzicami studia tak naprawdę były tylko przykrywką dla poważniejszego celu – uzyskania dostępu do najlepszych skałek i ścian wspinaczkowych w Europie (śmiech).

Roman na zawodach Ostblock Cup w Berlinie, 2021 r.
fot. Fabian Fischer

POLSCY WSPINACZE W UKRAINIE ZNAJĄ GŁÓWNIE SKAŁY DOWBUSZA… DZIAŁALIŚCIE TAM?

Daria: Nigdy tam nie byłam, ponieważ znajdują się daleko od mojego rodzinnego miasta. Na wyjazdy jeździliśmy na Krym.

Roman: Tak, wspinałem się w Skałach Dowbusza, co prawda dawno temu, ale bardzo mi się podobało. Rejon ten przypomina Czarnorzeki, chociaż piaskowiec jest dużo bardziej miękki i, co akurat stanowi minus, łatwiej się sypie. W okolicy jest jeszcze mnóstwo potencjału, głównie bulderowego, w rejonach takich jak Jamelnica, Ostrów Paschy, Korczyn Wood. W Jamelnicy niedawno zaczęli działać ekiperzy i z tego, co się orientuję, powstają sektory tak fajne – albo nawet lepsze i większe – jak Skały Dowbusza. Jedyny problem jest taki, że ciężko tam trafić na dobrą pogodę, jak to często bywa w Karpatach.

Daria na drodze Krytyka Czystego Rozumu VI.5, Okiennik Wielki
fot. Piotr Drożdż

PAMIĘTACIE, CO NAJBARDZIEJ ZASKOCZYŁO WAS NA POCZĄTKU POBYTU W POLSCE?

Daria: Nie przypominam sobie nic szczególnego. Kultura polska i ukraińska w gruncie rzeczy są bardzo zbliżone. Jadamy podobne rzeczy, mówimy w podobnym języku, mamy podobne tradycje i obyczaje. To był miły czas, bardzo szybko poczułam się jak
w domu.

Roman: Najbardziej zdziwiło mnie to, że gdy pierwszego dnia na studiach w Warszawie poszliśmy z grupą do knajpy, dziewczyny również piły piwo. Jakoś tak się złożyło, że w moim otoczeniu w Ukrainie był to napój głownie spożywany przez chłopaków, pewnie przez jakieś stereotypy związane z płcią (śmiech). Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie też to, jak szybko i sprawnie – w porównaniu do Ukrainy – działa komunikacja miejska i że dużo więcej wiadomo o ewentualnym pojawieniu się tramwaju czy autobusu na przystanku (śmiech).

Rozmawiał / Andrzej Mirek


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 2/2022 (285)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/