Mój pierwszy kontakt z rejonem Kühtai zdecydowanie nie był narciarski. Zima 2013/14, świeży opad śniegu i ja z Jackiem w aucie stojącym na poboczu gdzieś za Gries. Czekamy, by przejechała jakaś piaskarka i wygarnęła z drogi mokry śnieg, który zatrzymał nie tylko nas. Przemieszczaliśmy się akurat między dwoma ogródkami lodowymi, Sellrain i Oschengarten, i obu nas zdziwił długi sznur samochodów zaparkowanych na poboczu przed i powyżej ostatniej estakady pod przełęczą.

ROZPOZNANIE

Kolejny kontakt z Kühtai był już skiturowy – zima 2017/18, połowa grudnia. Pierwszy dzień wyjazdu, rejon kusi, bo z naszej „bazy” jest tam blisko, ładnie widokowo, a przewyższenia też nie są duże. W okolicy cały czas popaduje, więc przy wyciągach widać całkiem sporo nierozjeżdżonych stoków. Niestety, zrobiło się też dość mroźnie i wietrznie, co narzuca opcje i styl. Na początek wybieramy stok w kierunku Hochalter (2678 m) – podchodzimy najpierw nieprzygotowaną nartostradą, a później w górę, polami między wyciągami. Kończymy przy stacji armatek, tam zdejmujemy foki i zjeżdżamy do pobliskiej gospody, by się nieco ogrzać. Pierwsze w sezonie skręty sugerują, że mięśnie pamiętają coś z poprzedniej zimy, więc w końcówce zahaczam o puszek przy trasie J.

Godzina w sumie młoda, a wzrok sam biegnie na przeciwległe zbocze, w stronę jeziora zaporowego. Do zbiornika nie mamy zamiaru dojść, bo, po pierwsze, to połowa grudnia, zatem przed zmrokiem i tak nie zdążymy, a po drugie, dziś nie jesteśmy mentalnie przygotowani na „dziką” turę – chcemy się tylko rozruszać. Ostatecznie docieramy do położonej przy wyciągach restauracji i po przepięciu robimy krótki zjazd w stylu free… Kończymy dużo poniżej samochodu i na deser serwujemy sobie kilkaset metrów podejścia przez ośrodek. Noc łapie nas w połowie drogi powrotnej, w czasie której z ulgą obserwujemy systematycznie rosnącą temperaturę: z wietrznego –8°C na przełęczy do +3°C w Innsbrucku.

Na stokach Mitterzeigerkogel; fot. Piotr Kaleta

ŚMIELSZE PRÓBY

Na kolejną wizytę Kühtai nie czeka długo – ubiegła zima, ponownie połowa grudnia, za nami dwa dni w Wipptal i chęć zmiany doliny na ostatni dzień wyjazdu. Pada właśnie na Kühtai i polecany w przewodniku Schafzöll (2399 m). Mijamy ośrodek, by zaparkować przy krawędzi zbiornika elektrowni. Obok stoi już jedno auto, a po chwili dojeżdża kolejne – oczywiście też skiturowcy. Trasa podejścia prowadzi na drugą stronę korony zbiornika, po czym lekkim trawersem przez zbocze doliny, by na koniec zawinąć się bardzo wąskim i przepaścistym trawersem na północ. Na szczęście jest on krótki i kończy się mostkiem nad potokiem, dalej przedreptany ślad wyprowadza na płaską część doliny.

Przez cały czas dobrze widać zbocze, którym będziemy podchodzić – ładny, pofałdowany teren, z rzadka porośnięty drzewami. Po cichu liczę, że to zapowiedź fajnego zjazdu. Po urobieniu jakichś 100 metrów wysokości nadal jest fajnie, ale zbocze robi się bardziej strome i czuję, że Magda może mieć tu problemy. Sprawdzam nawet kontrolnie: 35°. Podchodzimy jednak wyżej, teraz już zakosami. Do szczytu zostało jakieś 200 metrów w pionie – teren wygląda na nieco bardziej spionowany niż poniżej, więc foczenie kończymy u wylotu małego kociołka. Niedosyt jest ledwo odczuwalny, bo trafia się nam tura w ładny, słoneczny dzień i w pięknych okolicznościach przyrody.

Zjazd żlebem z Mitterzeigerkogel; fot. Piotr Kaleta

CIĄGNIE WILKA DO… KÜHTAI

Wygląda na to, że zima 2019/20 stoi pod znakiem Kühtai, bo trzy tygodnie później wracamy tam na koniec innej objazdówki. Tym razem w planach mamy spacer dolinką, z której robi się turę między innymi na Wetterkreuzkogel (2591 m). Jest 9.00 i gdy patrzymy na miejsca parkingowe, a raczej ich brak, wiemy już, że przyjechaliśmy za późno.

Najpierw idziemy przez próg na wyższe piętro doliny, co w zastanych warunkach oznacza ścieżkę pełną muld, wiodącą mniej więcej letnim szlakiem. Zapowiada się więc słabo, a wszystko wokół jest wyjeżdżone – szorowane są nawet kamienie. Do wyłojenia mamy jakieś 150 metrów w pionie i gdy już je pokonujemy, od skrzyżowania letnich szlaków teren się wypłaszcza i nabiera wdzięku. Uroku nabierają też widoki, zarówno przed nami, jak i za plecami, na zbocza Pirchkogel (2828 m) po drugiej stronie doliny, gdzie widać długie, zygzakowate ślady.

Na rozdrożu skręcamy w lewo – z punktu widzenia dzisiejszej pętelki nie jest to problem, ale gdybyśmy mieli wejść na Wetterkreuzkogel, popełnilibyśmy logistyczny błąd. Raz zakosami, raz zboczami, czasem po morenach, podchodzimy sukcesywnie, z widokiem na Zwölferköpfl (2253 m) –  z liniami zjazdu – i na długą grań Wetterkreuzkogel, też w kilku miejscach przeciętego śladami nart! Widać, że te, którymi idziemy, kończą się na przełęczy poniżej Hintere Karlesspitze (2641 m) i że jest to tura równie popularna jak Wetterkreuzkogel. Dziś jednak musimy wrócić na parking o 13.00, by o sensownej porze ruszyć do domu, dlatego nie ma mowy o załojeniu któregoś z tych celów. Trasa prowadzi zatem najwyższymi wzniesieniami kolejnego progu doliny.

Na dojściu do najwybitniejszego z nich trafia mi się ładny kadr z fajnym światłem, więc zatrzymuję się na dłuższą serię zdjęć, po czym ściągamy foki i szykujemy się do odwrotu. Ślad GPS pokazuje, że w pionie urobiliśmy 550 metrów. Pierwszy odcinek zjazdu to szeroki kuluar, w którym udaje się nam zrobić kilka wężyków w przyjemnym śniegu do połowy łydki, ale po chwili tej frajdy trzeba się przemęczyć przez płaski fragment terenu, by dojść do wywianego ze śniegu pagórka. Przed nami po lewej jest teraz dość stromy trawers, którym w międzyczasie zjeżdża kilka osób, po prawej jest podobny, może nieco mniej stromy, ale dla odmiany podcięty skalną ścianą. Wybieramy drugą opcję. Najpierw bez problemu trawersujemy pierwszą część zbocza, po czym już wężykami suniemy w dół. Czeka nas teraz długi zjazd wzdłuż śladów podejścia pod Wetterkreuzkogel. Ciekawe, że jest przed 13.00, a wciąż napotykamy osoby idące pod górę.

Sunąc w dół, trafiamy na chatkę, której nie zauważaliśmy podczas podejścia. Zatrzymujemy się na chwilę, by po raz ostatni spojrzeć na otaczające nas szczyty. Za moment zagłębimy się w las i skupimy na coraz bardziej stromym, wijącym się zjeździe do parkingu. O ile początkowo idzie nam dobrze, to niżej teren staje się nieprzyjemny i uciekamy w prawo w las. Gdy i tam robi się stromo, wracamy na podejściowe muldy, by w końcu odpiąć narty i zejść z buta. (…)

***

Dalszą część artykułu przeczytacie w najnowszym, zimowym numerze GÓR (276).