Wrzesień 1987 roku. Wszystko od początku tej wyprawy układało się fajnie. Już w Katmandu, gdzie zazwyczaj łapałem infekcję i z gorączką szedłem w góry, a dopiero po kilku dniach karawany dochodziłem do siebie. Teraz domyślam się, że to były objawy astmy alergicznej, z którą obecnie borykam się na co dzień, łykając tabletki i wciągając wziewy. A na tej wyprawie luźno… Może dlatego, że ciągle padało i alergeny nie miały pola do popisu. Potem, w górach, też czułem się świetnie.
Tekst i zdjęcia / arch. JERZEGO KUKUCZKI
Zdjęcie otwarcia / Ryszard Warecki jako pierwszy na ostatnim niezdobytym przez Polaków ośmiotysięczniku
Na tej wyprawie, a właściwie wybierając się na tę górę, musimy pamiętać, że wielkie zagrożenie powoduje błyskawiczne znalezienie się na dużej wysokości, i to samochodem, a nie na piechotę. Po dojechaniu autami do miejsca organizacji karawany, na wysokość około 4500 metrów, już połowa składu wyprawy miała kłopoty aklimatyzacyjne. […] Po kolejnych dwóch dniach znajdujesz się na miejscu bazy. A jest bardzo wysoko, bo aż na 5800 metrach. Janusza Majera trzeba było ewakuować z bazy następnego dnia, bo się rozchorował. Na tej wysokości w zasadzie się nie regenerowało.
W drugim wyjściu aklimatyzacyjnym do obozu II na 7200 metrach ruszyliśmy we czwórkę: Ramiro Navarrete z Ekwadoru, Carlos Carsolio ze swoją dziewczyną Elsą Ávilą i ja. Po drodze spotkaliśmy Jurka z Arturem [Kukuczkę i Hajzera – przyp. red.], właśnie schodzących z dwójki. Była ładna pogoda, więc wykorzystaliśmy czas, żeby nakręcić film dla telewizji. Reszta moich partnerów poszła dalej.
Teren był dość bezpieczny, więc asekuracja nie była potrzebna. Mieli jakieś 200 metrów wysokości do pokonania, by znaleźć się na plateau. Ogromnym, na cztery kilometry długim, na ponad kilometr szerokim. Gdzieś pod koniec stał obóz II. Prawie u podnóża kopuły szczytowej Sziszapangmy. Jurkowi, Arturowi i mnie zdjęcia zajęły ze dwie godziny. Ramiro i reszta już dawno zniknęli za przełamaniem. Ruszyłem do góry. Kiedy wchodziłem na plateau, otoczyły mnie chmury. Widoczność drastycznie zaczęła się kurczyć. Sypał drobny śnieg i wiał wiatr. Czułem się pewnie i szedłem spokojnie. Po pół godzinie stare ślady zniknęły pod warstwą świeżego śniegu. Mgła zrobiła się tak gęsta, że idąc po prawie płaskim terenie, kijki odruchowo starałem się wbijać w nieistniejące ściany po bokach, bo miałem wrażenie, że idę wąskim wąwozem. Często z tego powodu wywracałem się na boki. Po godzinie marszu zacząłem się niepokoić. Przecież łatwo w takich warunkach pomylić kierunki i wejść na lodospad pełen szczelin lub po prostu się zgubić. Kręcić w kółko… Plecak miałem ciężki, ale był to głównie sprzęt filmowy i śpiwór… Zero żarcia, gazu czy namiotu. Zacząłem żałować, że chociaż mieliśmy ze sobą trasery, nikomu nie chciało się ich wbijać (włącznie ze mną). Bo jak jest piękna pogoda, to jakoś trudno sobie wyobrazić, że można się zgubić.

Szedłem do przodu, bo wrócić nie miałem jak. Ślady, które zostawiałem, po paru minutach znikały. Robiło się bardzo groźnie. Przecież sławy himalajskie ginęły, gubiąc się we mgle na dużych wysokościach, a wychodziły tylko z namiotu za potrzebą. Mijała kolejna godzina. Namiotów dwójki nie było. Myślę: „Może mnie usłyszą…”. Z całej siły zawołałem:
– Ramiro! Ramiro!
– What? – Usłyszałem z boku.
Och! Byłem tylko kilka metrów dalej. Nieprawdopodobne szczęście. Leżąc już w namiocie, wręcz nie mogłem uwierzyć, że jednak do niego trafiłem. Mgła trzymała trzy dni. To były chmury, które spowiły wyższe partie gór. Dopiero na czwarty dzień przetarło się i mogliśmy schodzić do bazy.
Po drodze na świeżym śniegu wbijaliśmy trasery. Realnie patrząc – nie miałem prawa znaleźć namiotów dwójki. Pokonałem na ślepo ponad dwa kilometry, widząc na trzy metry w zawiei i we mgle. Ktoś, kto nie był w takich warunkach, nie pojmie ryzyka zaginięcia w bieli. Ludzie, którzy wychodzą z Domu Śląskiego na Śnieżce, mając grube, wysokie trasery, gubią się. A trasery KPN-u są co jakieś pięć, dziesięć metrów. […]
Po tygodniu zrobiła się pogoda i ruszyliśmy do ataku szczytowego. Rewelacja, 10 osób, trzema różnymi drogami w stylu alpejskim. Początkowo poszedłem z Arturem i Jurkiem do grani zachodniej, potem jeszcze kawał granią w górę, do najwyższego miejsca, z którego mogłem samotnie zejść do dwójki. Stąd oni – granią – poszli nową drogą do szczytu. Ten wspólny czas poświęciliśmy na filmowanie.

Z dwójki razem z Ramirem, Carlosem, Wandą [Rutkiewicz – przyp. red.] i Elsą mieliśmy iść Drogą Normalną i założyć trójkę na 7400 metrach, a następnego dnia ruszyć na szczyt. Umówiliśmy się, że Carlos zaczeka na mnie w dwójce i razem pójdziemy za Wandą, Elsą i Ramirem. Już schodząc z grani, widziałem, jak cztery osoby wspinały się w kierunku trójki. Znaczyło to, że nikt na mnie nie zaczekał. Miałem zostawiony w dwójce radiotelefon, więc po dojściu połączyłem się z Jurkiem i Carlosem. Carlos powiedział, że nie czekał, ale zabrał żarcie dla mnie. Żarcie dla mnie. Super. Na tej wysokości z apetytem tylko Jurek zjada nawet golonkę. Normalnie to na siłę pijesz stopiony śnieg z minerałami z musującej pastylki, a w ostateczności rosołek z kostki. Raz zjadłem małże z puszki na podobnej wysokości i po kwadransie znowu je oglądałem. Zupełnie niestrawione, lekko pogryzione, przeszły bez uszczerbku przez cały przewód pokarmowy i leżały na śniegu. Musiałem więc zwinąć jeden namiot, dorzucić kuchenkę butanową, ładunki gazu, śpiwór, karimatę, rzeczy osobiste, sprzęt filmowy, aparat fotograficzny i narty, na których Jurek miał zjechać ze szczytu. Oczywiście czekan itp., itd.
Koło północy dotarłem do trójki. Obok namiotów śpiących już Wandy, Elsy, Carlosa i Ramira wyciąłem w zboczu platformę. Już przed pierwszą byłem w środku. Pół godziny rozgrzewania rąk, które miałem bardzo wymrożone, bo musiałem ściągnąć rękawice, żeby zamontować precyzyjnie maszty. Samemu po ciemku poskładać je i zamocować, nawet przy lekkim wietrze, nie jest łatwo. Potem jeszcze gotowanie, żeby chociaż litr płynu wypić i drugi litr do manierki na noc i poranek. Pić oczywiście z rozsądku, bo nie czujesz pragnienia. Wiesz, że musisz, bo jak się odwodnisz, to osłabniesz i zginiesz. […].
Wybrane fragmenty pochodzą z książki Ryszarda Wareckiego Nie ma jak pod górę, Wydawnictwa STAPIS i zostały opublikowane w 302 (1/2026) numerze Magazynu GÓRY.
Dzięki uprzejmości autora i wydawnictwa, audiobook Nie ma jak pod górę będzie dostępny do końca kwietnia na kanale GóryTV na YouTubie.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link



