PICO – WIDOKI Z KOSMOSU

Dzwoni Tomek Bryl.
– Słuchaj, mam propozycję: koniec listopada, krótki wypad na wulkan Pico na Azorach. Nocleg w kraterze, przed świtem wejście na szczyt, aby stamtąd podziwiać wschód słońca. I powrót do Polski.
– Tomek, nie wiem, czy dam radę, mam jakieś totalne spiętrzenie w tym okresie – odpowiadam.
– Ale wszystko zajmie nam dosłownie cztery dni. Wieczorny lot do Lizbony, rano kolejny na Azory, tam od razu wyjście w góry i biwak. Poranne wejście na szczyt. Po zejściu nocleg w hotelu i powrót do Lizbony następnego dnia – argumentuje.
– No dobra, w takim stylu, chociaż jest wariacki, może to upcham…

Tekst i zdjęcia / PIOTR DROŻDŻ

Zdjęcie otwarcia / Tomasz Bryl przed wschodem słońca pod wierzchołkiem Montanha do Pico – najwyższego szczytu Portugalii


FAST AND EFFECTIVE

Znam już Tomka i wiem, że potrafi realizować górskie cele znacznie szybciej, niż to stoi „w wytycznych”. Tak zrobił chociażby na Mount Giluwe, na który wchodził z Ryszardem Pawłowskim w ramach kompletowania Wulkanicznej Korony Ziemi. Podobnie krótkie wypady robiliśmy, gdy naszymi rekreacyjnymi celami były Pico de Aneto – dach Pirenejów – czy Hvannadalshnúkur – najwyższa góra na Islandii. Wystarczy napisać, że oba wyjazdy trwały łącznie osiem dni. Oczywiście w takim przypadku istnieje ryzyko, że jeśli nie będziesz miał szczęścia do pogody, te kilka dni – z marnym stosunkiem podróży do pobytu w górach – pójdą na marne. Ale gdy wszystko się powiedzie, prawdziwa satysfakcja i niezapomniany przerywnik w codzienności są gwarantowane.

W podobną ruletkę zagraliśmy w przypadku wypadu na Azory. Klasyczny, uwieczniony na wielu fotografiach widok ze szczytu zawsze przedstawia morze chmur, więc ewidentnie potrzebowaliśmy trochę szczęścia, aby trafić w „ten” dzień. Niby statystycznie najczęściej jest tak, że wulkan wystaje ponad chmury i nawet jeśli nad oceanem zasłaniają one słońce, wysoko na zboczach Pico wciąż można się nim cieszyć. Ale jak to zwykle bywa na wyspach, pogoda jest zmienna. Jednego dnia może być kolorowa bajka, innego – zwyczajna szarówka.

Wulkan jest doskonale widoczny z każdego miejsca Madaleny

WYSPA WIELU ATRAKCJI

Pico (o powierzchni 447 km²) to druga co do wielkości wyspa Azorów, choć pod względem liczby mieszkańców jest trzecia, ex aequo ze znacznie mniejszą Faial. Największa miejscowość, Madalena, w której żyje zaledwie 2500 osób, jest maleństwem w porównaniu do miast w innych częściach archipelagu.

Cel naszego wypadu, czyli górujący nad wyspą wulkan Montanha do Pico, o wysokości 2351 metrów, jest jej najbardziej znaną atrakcją. W końcu, o czym nie każdy wie, to najwyższy szczyt Portugalii. W dodatku od oceanu dzieli go naprawdę znikoma – biorąc pod uwagę wysokość góry – odległość zaledwie 7–8 kilometrów. Można pokusić się o stwierdzenie, że wygląda ona równie spektakularnie, jak Mount Fuji z najlepszych widokowo miejscówek, Fujiyoshidy czy Kawaguchiko. Oczywiście różnica polega na tym, że najwyższa góra w Japonii wyrasta z dużej równiny i terenów jeziornych, a Montanha do Pico – niemal prosto z oceanu (szczególnie z perspektywy sąsiedniej Faial). Ale symetria stożka wulkanicznego dominującego nad krajobrazem jest doprawdy bliźniacza.

Nie oznacza to jednak, że Pico nie ma nic więcej do zaoferowania dla żądnych wrażeń turystów. Wręcz przeciwnie. Przede wszystkim jest ona najmłodszą geologicznie wyspą Azorów, na której duża część krajobrazu powstała z zastygającej lawy. Nie dosyć, że wszędzie znajdziemy naturalne ślady działalności wulkanu, to ludność wykorzystywała ciemny bazalt do budowy domów, ogrodzeń czy kościołów. Jeszcze bardziej charakterystyczne są wszechobecne murki z kamieni lawowych, które okalają poletka winnic (ten jedyny w swoim rodzaju krajobraz został wpisany na listę UNESCO). Pico słynie zresztą z ciekawych gatunków białych win – winorośl rośnie tu w szczelinach lawy bardzo blisko oceanu, co nadaje trunkom charakterystyczną mineralność i słony posmak.

W TOP 3 atrakcji wyspy jest także obserwowanie wielorybów i delfinów. Pod tym względem plasuje się ona w absolutnej światowej czołówce. W wodach wokół niej spotyka się ponad 20 gatunków tych zwierząt.

Tomasz Bryl na wysokości około 1700 metrów. W tle wyspa Faial

PODRÓŻ

Bezpośrednio na Pico wcale nie tak łatwo dostać się samolotem. Pico Airport (kod: PIX) to mały regionalny port z mocno ograniczoną liczbą połączeń. Bez przesiadek dotrzemy na niego tylko z Lizbony i dwóch innych lotnisk na Azorach: w największym mieście archipelagu Ponta Delgada na wyspie São Miguel oraz Lajes na Terceirze. Często wybieraną opcją jest także lot do Horty na sąsiedniej Faial i dostanie się na Pico szybką przeprawą promową (zazwyczaj zajmuje to zaledwie 25–30 minut).

My postawiliśmy na lot do Lizbony, nocleg w stolicy Portugalii i bezpośrednie połączenie lokalnych linii Azores Airlines. Około 10:00 byliśmy na miejscu. Niesamowite, że już z płyty lotniska świetnie widzieliśmy nasz cel otulony lekkim szalem mgły. Jednak wkrótce przekonaliśmy się, że ów widok zmienia się jak w kalejdoskopie – szybko szal przekształcił się w czapkę, a pół godziny później szczyt zupełnie zniknął, gdy stożek został ucięty niczym toporem w dwóch trzecich wysokości.

– Nie martwcie się, dziś te chmury zaczynają się mniej więcej na 1000 metrów, czyli poniżej Casa da Montanha, ale kilkaset metrów wyżej świeci słońce. Będziecie mieli dobrą pogodę – uspokajał nas taksówkarz. Docelowo miał nas zawieźć właśnie do wspomnianego centrum, z którego startuje szlak na Pico, ale najpierw chcieliśmy coś zjeść, zrobić małe zakupy szturmżarcia i chociaż rzucić okiem na wyspę. Z Manuelem, przewodnikiem z lokalnej agencji Pico Me Up, umówiliśmy się o 13:00, więc było trochę czasu.


Tekst w całości przeczytasz w 302 (1/2026) numerze Magazynu GÓRY.

GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026