Czy struktura lub farba pokrywająca panel mogą zapewnić większe emocje od przechwytów podczas finałowego przejścia? O tym, co kręci producenta ścian wspinaczkowych z CZARKIEM MODRZEJEWSKIM z firmy Gatowalls rozmawia ANDRZEJ MIREK.

OD CZEGO SIĘ ZACZĘŁO?
Nasza firma to klasyczna „garażowa” historia, jakich wiele. Pierwszą ściankę zbudowaliśmy na własny użytek w piwnicy, potem była kolejna. W końcu ktoś zadzwonił – chciał, żebyśmy zrobili mu coś podobnego. I tak to się zaczęło. Oczywiście, w życiu firmy było kilka kluczowych momentów. Przełomowe chwile zawsze wiązały się ze spotkanymi ludźmi. Mam chyba szczęście do poznawania odpowiednich osób w odpowiednim czasie, a poza tym nauczyłem się, że firma to ludzie. Oczywiście nie obyło się bez pomyłek i kilku rozstań z pracownikami, czego żałuję… No, ale najważniejsze to wyciągać wnioski i nie popełniać błędów w przyszłości. Obecny zespół jest naprawdę superzgrany, a atmosfera pracy dobra, o czym chyba świadczy bardzo mała rotacja nawet na stanowiskach produkcyjnych i brak problemów kadrowych, co jest raczej wyjątkiem w trudnej branży budowlanej. Myślę, że dzięki kadrze i dobrej aurze zazwyczaj pozyskujemy fajnych inwestorów, co znacznie ułatwia stresujący proces inwestycyjny. Naszą mocną stroną jest duże już doświadczenie i ciągle jeszcze elastyczne podejście. Wypracowaliśmy sobie taką pozycję na rynku, że nie musimy brać wszystkich zleceń. Selekcjonujemy je tak, żeby były dla nas jak najbardziej ciekawe – nasza praca wzięła się z pasji i chcemy robić rzeczy, które nam się podobają.

GATO… CZY TO OD KOTA?
Tak. Nazwę wymyślił Bodzio Kowalski w momencie, gdy poprzednia, Gucio, przestała być wystarczająco poważna. Chcieliśmy, żeby w nowej zostało coś z tego Gucia. No i zostało… „G”. A gato to po hiszpańsku kot, czyli wspinaczkowe zwierzę.

JAK DUŻY WPŁYW NA KONSTRUOWANIE ŚCIAN I CHWYTÓW MA WASZA SPORTOWA KARIERA?
Od początku sporo czerpaliśmy z doświadczenia zawodniczego. Kiedyś zdarzało mi się rywalizować regularnie w zawodach Pucharu Polski, a raz wystartowałem nawet w słynnym Pucharze Świata w Chamonix, w prowadzeniu. Potem zajmowałem się trenowaniem zawodników, co pozwalało jeździć po fajnych obiektach, na których odbywały się zawody Pucharu Świata, i podpatrywać tendencje w branży. Nadal oglądamy niemal wszystkie relacje z pucharów, śledząc nowości w konstrukcjach struktur i chwytów. Wymieniamy uwagi z routesetterami i zawodnikami. Nie jest tajemnicą, że przy projektowaniu ścian pracuje Agata Wiśniewska, świetna w bulderingu i w prowadzeniu. Stricte sportowych obiektów stawia się raczej mało, ale oczywiście doświadczenie nam pomaga. Zawsze też staramy się korzystać ze znajomości w świecie wspinaczkowym. Przy budowie ścian na zawody World Games we Wrocławiu pomagał nam Adam Pustelnik, projekt konsultowaliśmy też z ludźmi z IFSC.

NA ZAWODACH BARDZIEJ ZWRACASZ UWAGĘ NA SZCZEGÓŁY TECHNICZNE CZY NA WSPINACZY?
Ważne jest dla mnie widowisko. Oczywiście, przyglądam się imprezie również z zawodową ciekawością. Ale nie ma w tym poczucia obowiązku, rzeczywiście mnie to kręci. Zwracam uwagę nie tylko na nowe rzeczy, które dostrzegam od razu – sety chwytów lub struktur, ciekawą formację – ale też na szczegóły, które pewnie nie interesują przeciętnego widza, takie jak sposób montowania zadaszenia, punkty mocowania nagłośnienia, świateł, kamer… Istotna jest dla mnie nawet farba, którą pokryta jest ściana – jak odbija silne światło i jak wygląda w telewizji. Cały nasz zespół pracuje z takim zaangażowaniem. Na przykład osoba odpowiedzialna za chwyty i struktury zaczęła się wspinać, żeby zrozumieć, o co mi chodzi z tym „idealnym tarciem”. Szef produkcji, Łukasz, wspina się na poziomie bulderowego 7C. Kuba, łączący w biurze wszystkie nitki poszczególnych działów, robi drogi VI.6. Zresztą wiąże się z tym śmieszna anegdota. Po zakończeniu wytężającego, nocnego montażu ściany bulderowej na KFG nasz pracownik wstawił się – ot tak, bez butów – w finałowy bulder Mistrzostw Polski, świeżo ustawiony przez Marcina Wszołka i… doszedł pod top, co wywołało lekką konsternację routesetterów. Nie wiedzieli, że jest niezwykle utalentowanym wspinaczem.

MAM WRAŻENIE, ŻE POLSKA JEST ZNACZĄCYM GRACZEM W TEJ BRANŻY.
Znajduje się raczej w szerokim środku stawki. Potęgą są firmy z USA. Pewnym fenomenem jest Bułgaria, z chyba największym zagęszczeniem firm i, co ciekawe, słabą infrastrukturą – większość produkcji idzie na eksport. Oczywiście liczą się Francja, Niemcy, Włochy i Hiszpania, które mają spory zakład produkcyjny. Natomiast ciekawostką jest, że chyba największa niemiecka firma produkuje w Polsce, zresztą po sąsiedzku, około 50 kilometrów od nas.

NA JAKICH ZAWODACH POJAWIŁY SIĘ WASZE PRODUKTY?
Najbardziej dumni jesteśmy z dostarczenia ścian i chwytów na zawody The World Games 2017 we Wrocławiu. To było wyzwanie na granicy naszych możliwości: 20 ciężarówek wypełnionych materiałami i sprzętem, konieczność koordynacji z wieloma innymi dyscyplinami sportów, logistyka, telewizja. Wydarzenie na zupełnie innym poziomie niż wszystko, co dotychczas miało miejsce w Polsce. Bilety wyprzedane parę dni przed imprezą, tłumy na widowni. Cieszymy się, że miasto Wrocław, komitet organizacyjny TWG, IFSC i przede wszystkim PZA wybrały nas jako partnera do realizacji tego zadania. Zebraliśmy doskonałe recenzje i obecny organizator kolejnej edycji TWG w USA, który osobiście obserwował, jak pracujemy we Wrocławiu, nawiązał z nami kontakt. Taką rzecz na pewno będziemy pamiętać do końca życia. Produkowane przez nas struktury brały też udział w Pucharze Świata w Tokyo, co biorąc pod uwagę konkurencję na rynku, również stanowi spore wyróżnienie. Poza tym obsłużyliśmy wiele edycji Pucharów Polski i Europy.

SKOMENTUJESZ EWOLUCJĘ ROUTSETTINGU NA ZAWODACH?
We wspinaniu, jak w każdym sporcie, jeśli chcemy się rozwijać, musimy walczyć o widownię, zapewniając wizualną atrakcyjność. W tym tkwi cała tajemnica trendów settingu. Chodzi o to, żeby było szybciej, ciekawiej, bardziej dynamicznie.

JAKIE INNOWACJE WPROWADZILIŚCIE?
Pierwszą zastosowaną przez nas innowacją był system łączenia konstrukcji wspornej ściany z poszyciem. Pozwala na szybki, precyzyjny montaż i, co najważniejsze, na zmianę kształtu ściany po jakimś czasie, bez konieczności budowania całości od nowa. Jako jedni z pierwszych zastosowaliśmy też konstrukcję stalowo – drewnianą, pozwalającą na dość łatwe przeniesienie ściany w razie konieczności. Połączenia są śrubowe, co znacznie oszczędza czas i pieniądze inwestora. Jednak naszą największą innowacją, zresztą wciąż rozwijaną, jest system ścian oraz cały związany z nim model biznesowy, funkcjonujący pod nazwą Fun Climb. Tworzymy go, najogólniej mówiąc, w ścisłej współpracy z ludźmi mającymi bardzo duże doświadczenie w biznesie i marketingu, na poziomie niespotykanym dotychczas w naszej branży. Ściany są modułowe, posiadają systemy asekuracji automatycznej, a ich wzornictwo współtworzyli profesjonaliści w zakresie marketingu, sprzedaży, grafiki, informatyki czy projektowania CAD. Efektem naszych wysiłków jest rozwiązanie oparte na szeroko pojętym wspinaniu i zabawie, oferujący potwierdzone przez klientów szybkie efekty finansowe. To nie tylko kolorowe ściany, ale cały model biznesowy, ze szkoleniem, wsparciem marketingowym, informatycznym i technicznym. Obecnie wdrażamy Fun Climb na rynkach Beneluksu, z naszym partnerem z Holandii.

JEST ROZWOJOWO?
Tak. Sporym impulsem do rozwoju był dla nas system Fun Climb, który obecnie jest liderem wśród tego typu rozwiązań w Polsce. Nieustannie pracujemy nad nowymi pomysłami, bierzemy udział w programie unijnym wspierającym innowacyjność. W najbliższym czasie startujemy z zupełnie nowym produktem, ale niech to jeszcze pozostanie tajemnicą. Rozwijamy się też jakościowo: inwestujemy w nowe technologie, szukamy lepszych rozwiązań technicznych. Rynek jest dynamiczny, ale staramy się trzymać sprawdzonej zasady umiarkowanego rozwoju, czyli około 10, maksymalnie 20% wzrostu rocznego wolumenu zamówień… To jednak jest branża budowlana, obarczona wysokim ryzykiem i niepowodzenie związane ze zbyt dużym kontraktem może doprowadzić do katastrofy. Zależy nam bardziej na innowacyjności i poprawie jakości, niż na wzroście liczby realizowanych zamówień.

ZAUWAŻYŁEM, ŻE MACIE NA KONCIE ŚCIANĘ W SZWAJCARII. TO CHYBA BARDZO WYMAGAJĄCY KLIENT?
Pracujemy na wielu rynkach. W Europie zrealizowaliśmy projekty we Francji, Włoszech, w Czechach, na Słowacji, w Szwajcarii, Holandii, Wielkiej Brytanii… Z odleglejszych krajów mogę wymienić Izrael, Arabię Saudyjską lub Japonię. Każdy kraj ma swoją specyfikę. Europa jest relatywnie prosta pod względem logistyki. Dla tak niszowej branży wspólny rynek jest kluczową sprawą. Bez tego trudno byłoby wychodzić poza Polskę i rozwijać się. Widzimy to, współpracując z klientami spoza kontynentu – wszelkie formalności i stopień skomplikowania związany z ubezpieczeniem, cargo lub cłami często nawet uniemożliwiają realizację kontraktu. Do tego dochodzi specyfika związana z danym projektem czy klientem, a kraj zazwyczaj nie ma aż takiego znaczenia. Klient w Szwajcarii był z włoskiej części i miał typową dla Włocha mentalność, ze wszystkimi wynikającymi z tego zaletami i wadami. Japończycy są bardzo uprzejmi i zawsze szybko odpowiadają na maile, ale przy tym są bardzo wymagający, zarówno pod względem produktu, jak i obsługi. No i jest spora różnica kulturowa, co doprowadza czasem do zabawnych sytuacji.

JAKIM NORMOM MUSICIE SPROSTAĆ?
Przede wszystkim normom europejskim, które są dla nas podstawą działania, przepisom prawa budowlanego i niekiedy przepisom lokalnym. Przy odbiorze staramy się też czasem korzystać z instytucji typu TÜV, bo dzięki temu klient ma pewność, że produkt jest zbudowany zgodnie z obowiązującymi przepisami – co niestety w Polsce jeszcze nie jest regułą – a poza tym certyfikat tak prestiżowej instytucji często wyróżnia nas na rynku.

CZY SWOJĄ ŚCIANĘ W TORUNIU TRAKTUJECIE JAKO FLAGOWE, WZORCOWE ROZWIĄZANIE?
Rynek zmienia się bardzo szybko. Ścianę w Toruniu budowaliśmy dobrych kilka lat temu i dzisiaj sporo rzeczy zrobilibyśmy inaczej, lepiej. Oczywiście, nie wstydzimy się tej realizacji, zwłaszcza że tu jako pierwsi w Polsce i nieliczni w Europie uzyskaliśmy certyfikat IFSC dla ściany do biegania. Ale mamy już lepsze osiągnięcia, na przykład w warszawskim Murallu. Chętnie je pokazujemy, bo dobrze nam się współpracuje z inwestorem, dzięki czemu realizujemy innowacyjne, wyróżniające się na rynku projekty – zbudowaliśmy tam ściany do bulderingu, zabawowe typu Fun Climb i ścianę do wspinania na czas.

MOŻNA POGODZIĆ ŚCIANĘ KOMERCYJNĄ Z TAKĄ DO TRENINGÓW SPORTOWYCH?

Oczywiście. Ważny jest odpowiednio duży lokal, budżet i wiedza firmy stawiającej obiekt. Inwestor powinien rozumieć zalety takiego rozwiązania oraz odpowiednio postrzegać klientów i rynek w dłuższej perspektywie. Tu znów posłużę się przykładem Murallu, gdzie jest strefa zabawowa, treningowa oraz tak zwana sekcyjna, dla początkujących i średnio zaawansowanych. Duży budynek pozwolił na dyskretne wydzielenie poszczególnych przestrzeni – tak, żeby klienci sobie nie przeszkadzali – łącznie z podziałem chwytów. Inne są do prowadzeń z liną, inne do treningu, a inne na buldery.

JAKIMI ZASADAMI KIERUJECIE SIĘ W KWESTII SPONSORINGU?
Mamy relatywnie młodą firmę, bez struktury korporacyjnej, a to sprawia, że sponsoring traktujemy bardzo indywidualnie. Pamiętamy jednak, że w dużej mierze istniejemy dzięki społeczności wspinaczkowej i w tej kwestii staramy się zachowywać odpowiedzialnie. Nie traktujemy sponsoringu na zasadzie czysto biznesowej, że dajemy coś o pewnej wartości i oczekujemy zwrotu inwestycji. Pragniemy wspierać dziedziny nam bliskie, czyli z jednej strony zawodników, z drugiej inicjatywy promujące wspinanie w… naturze. Nie jest to może wielka pomoc, ale nie zapominamy o tym.

CO NAJBARDZIEJ PRZESZKADZA W PROWADZENIU FIRMY?
W zasadzie nie można w Polsce narzekać na warunki prowadzenia firmy. Uważam, że akurat nasze pokolenie urodziło się w wyjątkowym okresie zmian systemowych – no, może krótko po – które osobom takim jak ja, bez początkowego kapitału i bez biznesowego wykształcenia, pozwoliły na rozwinięcie skrzydeł. Dość mocno wspomaga nas Unia Europejska, czy to przez dofinansowywanie inwestycji strukturalnych, czy bezpośrednią pomoc finansową dla małych firm. Myślę, że gdybym chciał działać na przykład w Niemczech lub we Francji, miałbym dużo większe trudności, bo biznes, nawet tak niszowy, jest tam już od dawna dużo bardziej rozwinięty. Po prostu okrzepł i ciężko wejść na rynek bez dużego kapitału, wiedzy czy wsparcia.