W Tatrach panują niekorzystne warunki turystyczne, wydany został 3 stopień ostrzeżenia przed lawinami. Wycieczki zatem zdecydowanie odradzamy, w zamian zapraszamy do lektury fragmentu kultowej już książki Stanisława Zielińskiego W stronę Pysznej o lawinach właśnie. Miłej lektury i dbajcie o swoje bezpieczeństwo!

(lawina pod Morskim Okiem z 8 kwietnia 1948 r. Fot. Kazimierz Saysse-Tobiczyk, Tatry w śniegu)

O lawinach śnieżnych ludzkość wie od dawna. W Alpach lawiny wymiatają całe doliny, z lasem, osiedlem i ludzkim dobytkiem. W Tatrach, górach dzikich i stosunkowo niedawno odkrytych dla turystów, lawiny nie powodowały równie groźnych katastrof.

Z pokolenia na pokolenie przechodziły ustne opowieści o kłusownikach porwanych przez śniegi, o zbójnikach pochwyconych przez białą śmierć. Głośna była swego czasu legenda o górniku bezbożnym ze Starej Roboty zasypanym w sztolni w Wigilię Bożego Narodzenia. Wspomina się również górala przywalonego śniegiem wraz z parą koni w Dolinie Chochołowskiej.

Wszystkie te wypadki miały miejsce „kiedyś”. Dokładnie nikt nie umiał określić ani dnia, ani roku. Nieszczęścia rozproszone na przestrzeni wielu lat nikogo nie przerażały. O lawinach mówili chyba najwięcej gazdowie, właściciele szałasów w Chochołowskiej lub Jarząbczej. Prawie każdej wiosny musieli naprawiać szałasy porozwalane przez śniegi lecące z Bobrowca lub Czerwonego Wierchu.

Lawina, biała śmierć czyhająca w słońcu, w oczach laików otoczona bywa nimbem tajemnicy. Rusza, nie wiadomo czemu, jak i kiedy.

Tymczasem sprawa lawin sprowadza się prawie wyłącznie do gatunku śniegu. Kto rozumie wymowę śniegu, ten lawinie samochcąc pod nos nie podejdzie.

Często się słyszy naiwne twierdzenie, jakoby wiosną dopiero góry zakwitały lawinami. Fatalna omyłka.

(Lawinisko, fot. Kazimierz Saysse-Tobiczyk, Tatry w śniegu)

Zimowe lawiny puchowe należą do najgroźniejszych dla życia narciarza. Jeżeli jeszcze przy wiosennej lawinie – o ile kamieniem głowy nie rozwali, a nóg nie potrzaska zwałami brył śnieżnych – można liczyć na dwadzieścia centymetrów powietrza koło głowy, które pozwoli przeżyć narciarzowi godzinę czy dwie, zanim go odkopią, to w zimie drobniuteńki puch, nie naruszając binokli na nosie, wciska się tak szczelnie w usta i drogi oddechowe ofiary, iż proces uduszenia następuje prawie błyskawicznie.

Lawiny chodzą równie dobrze w grudniu, jak i w kwietniu, rankiem, południem, wieczorem, jak i nocą. Lawiny bowiem zależą przede wszystkim od jakości opadu śnieżnego, temperatury naruszającej konsystencję warstw śnieżnych oraz od nieostrożności samego narciarza, nieopatrznie przecinającego śnieg na zboczu, gdy śnieg ten jest licho z podłożem powiązany.

Ile śniegu spadło, na jakie podłoże, w jakich warunkach atmosferycznych? W tych trzech pytaniach mieści się cały katechizm lawinowy.

Duży opad powoduje zawsze – niezależnie od pory roku – tendencję do lawin.

Duży opad kilkudniowy podwyższa niebezpieczeństwo do maksimum. Trzeba czekać, aż śnieg osiądzie, a ze stromych zboczy zejdą lawiny.

Najmniejszy opad na stwardniałe podłoże (krustę, szreń) spowodować może lawinę przy nawet względnie małej stromiźnie. W ogóle, gdy śnieg pod nartami lub butem sypie się zdradzając mierne powiązanie z podłożem – istnieje groźba lawiny. Silne słońce po śnieżnym opadzie również działa katastrofalnie.

Przeciwnie, gdy śnieg pada przy odwilży i dobrze się zwiąże z podłożem, niebezpieczeństwo lawin słabnie.

Jeżeli śnieg pada przy silnym wietrze, zwiewany z grani gromadzi się po dolinach, mamy wtedy na graniach szreń, w dole zaspy, lecz groźba lawin blednie.

Drugi dogmat: każda zmiana temperatury podwyższa niezmiernie niebezpieczeństwo zejścia lawin. Więc: nagła odwilż spowodowana wiatrem halnym lub inną przyczyną; upał lub nagły zanik nasłonecznienia. Momenty zmian temperatury, naruszając gatunkowość nawierzchni śnieżnej w porównaniu z dolną jej warstwą, wywołują znane niebezpieczeństwo zsunięcia się deski śnieżnej.

Dlatego to wiatr halny, powodujący często w przeciągu kilku godzin dwudziestostopniowe skoki temperatury, uważać należy za najbardziej groźnego podrywacza lawin.

Trzecim czynnikiem powodującym lecenie śniegu jest, ma się rozumieć, sama stromizna. Dwudziestoprocentowe nachylenie zbocza wystarcza przy odpowiednich warunkach i umożliwia zsunięcie się śniegu.

Typową konfiguracją terenową dla lawin są wszelkie żleby. Każdy żleb, każda rynna, każde nowe wklęśnięcie terenu przy stromiźnie jest naturalną drogą lawin w odpowiednich po temu warunkach. Kto uważnie przypatrzy się Tatrom, pojmie od razu tę groźną prawdę terenową. Wykoszone w dole lasy dośpiewają mu resztę.

Zbytnie wybrzuszenie terenu, jak i śniegu, nic dobrego nie wróży. Jeżeli widać na śniegu rysy lub pęknięcia, często w okolicy skał, należy uznać śnieg za bardzo podejrzany. Lawiny, na wiele godzin przedtem lub tylko na kilka minut, zdradzają się popękaniem śniegu. Śnieg nabrzmiały, nie tknięty zejściem żadnej lawiny, również zapowiada ją w niedalekiej przyszłości, przy okazji choćby nierozważnego okrzyku. „Szanuj ciszę gór” – nie jest czczym hasłem, wymyślonym przez „ochroniarzy”. Czasem stanowi o życiu.

W warunkach lawiniastych najbezpieczniejsze są wszelkie grzędy. Zbocza pokryte kosówką są na ogół pewniejsze od stoków trawiastych, ale tak długo jedynie, dopóki wystaje ze śniegu choć ślad kosówki. Gdy śnieg ułoży się grubą warstwą ponad kosówką, kosówka lawiny już nie zatrzyma.

Krążą wśród narciarzy opowieści o tym, jak wprawny zjazdowiec może uciec przed lawiną, nawet gdy ta już go pochwyci.

Można zostać, będąc na skraju lawiny, odrzuconym w bok lub skośnym szusem wyrwać się spod niej dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, lecz normalnie nie sposób na to liczyć. Kto widział błyskawiczny ruch śniegu, ogrom przestrzeni zgarniętej w żlebach, rynnach, od zbocza do zbocza, ten zrozumie, że nie ma ani miejsca, ani czasu i że opowiadania o ucieczkach zaliczyć do bajek wypada.

Kto widział druzgoczącą siłę lawin, które na dziesiątkach metrów koszą wysokopienny las jak zapałki i nie tylko dosięgają dna doliny, ale przeskakują jej szerokość i koszą lasy na kilkanaście metrów wzwyż na przeciwległym zboczu, ten pojmie, jak śmieszne są te szusy umożliwiające ucieczkę z zasięgu lawiny.

Lawiny, poruszone nartą turysty, bywają nie mniejszych rozmiarów niż lawiny lecące samorzutnie. Rusza bowiem nie tylko śnieg pod nami będący, lecz całe zbocze wzwyż obsuwa się za nim.

Liczyć, że nas odkopią towarzysze lub Pogotowie? Wielka jest sprawność, poświęcenie i rutyna ratowników, lecz kto szukał człowieka w lawinie, wie z naocznego doświadczenia, że dotarcie do narciarza, przy stumetrowej często długości lawiny, a kilkupiętrowej jej wysokości, jest kwestią raczej szczęśliwego przypadku niż wysiłku ludzkiego, mimo dziesiątków lub setek rąk ratowniczych. Komu życie miłe – niech lawinę omija o pół kilometra.

Gdy nie jesteśmy pewni śniegu, najbezpieczniej zdjąć pychę z serca, a narty z nóg, choćby przyszło brnąć po brzuch w puchu. Wieloletnie doświadczenie wykazało, że lawina ma tendencję do wyrzucania ku górze przedmiotów stałych. Wyrzuca więc i człowieka, pod warunkiem, że ten jest bez nart. Narty działają jak kotwica, przygważdżają do dna, zmniejszają do minimum szanse ratunku. Lepiej sto razy schodzić niż raz zjechać razem z lawiną.

Pierwsi narciarze o lawinach myśleli najmniej. Debatowali na ten temat, obmyślali środki zaradcze, były to jednak rozważania teoretyczne. Jeszcze jeden pasjonujący temat, przypominający wieczorne historie o duchach.

Wiadomość o śmierci Karłowicza uderzyła w Zakopane niby grom z jasnego nieba. A więc jednak!… Lawina!… Przeklinano „foki”, które Karłowicz miał na deskach. Gdyby nie „foki”, mówiono, zjeżdżałby prędzej i może uszedłby śmierci?

Po tej głośnej tragedii zapanował spokój. Po dawnemu szły lawiny, rozbiły poręcz mostu przy Wodogrzmotach, waliły się na szosę do Morskiego Oka, rozniosły altanę na Kondratowej, kosiły lasy, straszyły narciarzy w Cichej i w Koprowej, lecz ludzi nie zaczepiały. Pustawo było wtedy w Tatrach.

Dopiero po pierwszej wojnie, kiedy ożyła turystyka zimowa i narty stały się bardziej popularne, przypomniano sobie o niebezpieczeństwie lawin.

Wstrząsające wrażenie wywarł wypadek na ruchliwej drodze prowadzącej na Halę. Słonecznej marcowej niedzieli dwaj młodzi narciarze zjechali z „nartostrady”. Popisując się efektownymi ewolucjami, zlekceważyli masy śniegu zalegające stromy żleb pod Kopą Królowej. Nagle podcięty nartami śnieg ruszył. Stało się to na oczach wielu narciarzy. Przez moment widziano, jak porwani lecącym śniegiem usiłowali zdjąć narty. Potem wszystko znikło w białej, skotłowanej masie. Lawina z hukiem runęła dnem żlebu w kierunku Hali Olczyskiej. Mimo natychmiastowej pomocy, bo i Pogotowie z Oppenheimem przybyło wkrótce po wypadku, zdołano uratować tylko jednego narciarza. Drugiego szukano trzy dni. Znaleziono zwłoki pod wielometrowym kopcem śnieżnym, na samym dnie żlebu.

Lawina ze Skupniowego Upłazu? Po prostu wierzyć się nie chciało. W takim miejscu!….

(Narciarz, fot. Kazimierz Saysse-Tobiczyk, Tatry w śniegu)

W równie piękny, słoneczny dzień poszła lawina na Halę Kondratową. Trójka narciarzy, kobieta i dwaj mężczyźni, zaryzykowała zjazd z grani Kopy Kondrackiej na halę. Nie lekceważyli niebezpieczeństwa, po prostu go nie dostrzegli. Nie widzieli masy śniegu wiszącej dosłownie na włosku i niemal klasycznej lawinowej konfiguracji terenu.

Pierwszy z narciarzy zjechał szczęśliwie, lecz śnieg poruszony deskami już, już prawie leciał. Kobieta jechała jako druga i ona do reszty podcięła lawinę. Kilkudziesięciu narciarzy uwijało się tego dnia na hali. Patrzyli zdrętwiali ze zgrozy. Przeraża bowiem ogrom lecącej połaci śnieżnej i błyskawiczny ruch. Katastrofa następuje w okamgnieniu. Zanim ludzie zorientowali się, lawina porwała narciarkę. Pogotowie dopiero na drugi dzień dokopało się do zmasakrowanych zwłok. Trzeci narciarz ocalał, lawina ruszyła, nim rozpoczął zjazd.

Wypadki mnożyły się, lawiny sięgały po coraz nowe ofiary, a mimo to igrano z lawinami z jakąś przedziwną beztroską. Brawura, brak wyobraźni lub może brak wyczucia? Brak znajomości warunków śnieżnych?…

I znów – upalne, marcowe południe. Dużo śniegu. Barometr leci na łeb. Wiatr halny rozhula się lada chwila. Grupa narciarzy podchodzi pod Liliowe. Olśnieni słońcem, wspaniałym śniegiem, zachwyceni bezchmurnym niebem. Droga, jaką obrali na przełęcz, jest wyzwaniem rzuconym losowi. Zanim przebyli połowę drogi, ruszył śnieg w kotle. Władek Czech, znajdujący się na skraju lecącego zbocza, ucieka karkołomnym szusem z zasięgu lawiny. Żona Władka – odkopano ją najprędzej – zmarła z powodu obrażeń wewnętrznych. Po czterech godzinach pracy Pogotowie wydobyło dwóch następnych narciarzy; tych udało się uratować. Czwartego wydobyto martwego pod koniec następnego dnia poszukiwań. Po zakończeniu akcji ratowniczej podszedł do Oppenheima wystraszony turysta.

– Jak to, więc tu też są lawiny? W tak uczęszczanym miejscu?

– Lawiny są wszędzie – odpowiedział zirytowany Oppenheim.

– To ja wyjeżdżam.

 

Aktualny komunikat dotyczący stopnia zagrożenia lawinowego po polskiej stronie Tatr znajdziesz pod tym adresem: lawiny.topr.pl, zaś słowackie komunikaty zamieszczane są na stronie laviny.sk