Alpinizm od początku stanowi jeden z najważniejszych elementów tożsamości marki Salewa, choć sposób, w jaki kolejne pokolenia doświadczają gór, stale się zmienia. Okna pogodowe stają się krótsze, a warunki coraz mniej przewidywalne i bardziej skrajne, dlatego na znaczeniu zyskują uniwersalność, bezpieczeństwo oraz możliwość szybkiego dostosowania się do sytuacji.
Tekst / BARTEK PASIOWIEC
Zdjęcia / MATERIAŁY PRASOWE SALEWA
Zdjęcie otwarcia / Zespoły szczytowe podczas porannego trawersu przez lodowiec w stronę Schwarzensteinu
ZNAJDŹ GÓRY W SOBIE
Równocześnie w górach szukamy czegoś znacznie bardziej osobistego niż kolejne sportowe cele. Właśnie wokół tej idei powstała kampania „Enter Your Mountain Space” i nowa kolekcja Ortles Mountaineering na sezon jesień/zima 2026. Jej międzynarodowa premiera odbyła się w miejscu skutecznie eliminującym prezentacyjne banały – na wysokości ponad 3000 metrów w Alpach Zillertalskich. Oczywiście w gronie zaproszonych gości nie mogło zabraknąć redaktora GÓR, którym tym razem był wyżej podpisany.

Z ZIEMI POLSKIEJ DO WŁOSKIEJ… PO RAZ KOLEJNY
Punktem wyjścia do górskich działań była urokliwa miejscowość Luttach w Południowym Tyrolu, a sam wyjazd rozpoczął się, jakże by inaczej, od aperitivo. Przy lokalnych przekąskach i kieliszku białego wina spotkali się dziennikarze, partnerzy handlowi, pracownicy Salewy oraz związani z marką alpiniści z całej Europy. Sporo osób poznałem już przy okazji wcześniejszych wydarzeń, w tym zeszłorocznej premiery kolekcji NXT w Bolzano, której crème de la crème stanowiła speed hikingowa „wyrypa” na Ritter Horn (relację z tego wyjazdu znajdziecie w GÓRACH 299/2025).
Na miejscu pojawili się przedstawiciele niemal wszystkich szczebli organizacji marki, od PR-u i marketingu przez dział produktowy aż po najwyższe kierownictwo, a także wspinacze, między innymi Luca Andreozzi, Simon Messner i Vittorio Messini. Taka reprezentacja dobrze pokazuje, że Salewa traktuje tego rodzaju wydarzenia bardzo poważnie, choć atmosfera przy kolacji pozostawała daleka od korporacyjnej sztywności. Naturalnie wróciliśmy wspomnieniami do zeszłorocznego wyjścia, podczas którego Christoph Engl, CEO Grupy Oberalp, narzucił tempo świadczące o kondycji zdecydowanie wymykającej się metryce. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że w ciągu kolejnych dwóch dni tamten speed hiking zacznie jawić się w naszych wspomnieniach jako intensywny spacerek…
Wieczorem każdy dobrał właściwy rozmiar nowych butów Ortles 2 Mid GTX, a oprócz nich otrzymaliśmy także uprzęże i raki półautomatyczne. Plan zakładał bowiem podejście do Schwarzensteinhütte, nocleg oraz, jeśli pogoda pozwoli, poranne wejście na mierzący 3369 metrów Schwarzenstein (po włosku Sasso Nero, czyli Czarny Kamień). Jeszcze kilka dni wcześniej prognozy zapowiadały ulewne deszcze, dlatego do plecaków trafiły również hardshelle Ortles PTX Extreme 3L. Ostatecznie przez weekend nie spadła ani kropla, więc nie mieliśmy okazji w pełni sprawdzić ich możliwości, co przyjąłem z niemałą ulgą. Na solidny test ochrony przed burzą z pewnością przyjdzie jeszcze pora, najlepiej podczas przygody niewymagającej 1600 metrów podejścia.

WYJĄTKOWO SZYBKA ROZGRZEWKA
Następnego ranka busy zawiozły nas do Stallili, położonej na wysokości około 1500 metrów, skąd rozpoczęliśmy właściwą wędrówkę. Pierwszy etap prowadził lasem i łagodniejszymi halami do położonej na 1862 metrach Daimerhütte. Oficjalny opis trasy określa ten fragment mianem rozgrzewki i trudno o bardziej trafne słowo, ponieważ zasadnicza część podejścia zaczynała się dopiero powyżej. Przy Daimerhütte zatrzymaliśmy się na lokalne przekąski i Apfelschorle, czyli sok jabłkowy rozcieńczony wodą gazowaną. Ten solidny zastrzyk węglowodanów smakował znakomicie, a już niebawem miał okazać się wyjątkowo potrzebny, ponieważ za sielankowymi łąkami krajobraz zaczął zmieniać się bardzo szybko. Las ustąpił miejsca trawiastym zboczom, a później piargom i rozległym rumowiskom, pomiędzy którymi zalegały płaty letniego śniegu. W wyższych partiach pojawiły się wielkie, miejscami ruchome bloki, natomiast końcowy próg skalny pokonywaliśmy przy pomocy wykutych stopni, klamer, krótkiej drabinki i stalowych lin.
W takich warunkach szczególnie mocno doceniłem stabilizację kostki zapewnianą przez Ortles 2 Mid GTX. But trzymał stopę pewnie na niestabilnym podłożu, dobrze pracował zarówno na skale, jak i śniegu, a po wielu godzinach marszu nie nabawiłem się ani jednego otarcia. Trasa liczyła ponad 10 kilometrów i około 1600 metrów przewyższenia, a dla mnie miała dodatkowy, osobisty wymiar – po raz pierwszy w życiu przekroczyłem granicę 3000 metrów.
Cel zaczął wyłaniać się wysoko nad nami jako ciemna bryła, która z każdym kolejnym zakosem rosła, choć uporczywie nie chciała się przybliżać. Ostatnie metry okazały się pod tym względem szczególnie perfidne: schronisko było doskonale widoczne, nogi informowały już bardzo precyzyjnie o liczbie metrów przewyższenia, ale każdy zakręt odsłaniał następny. Satysfakcja po dotarciu na taras Schwarzensteinhütte wynagrodziła jednak cały wysiłek.

HOTEL NA WYSOKOŚCI 3026 METRÓW
Widziałem w życiu wiele schronisk, ale standard Schwarzensteinhütte mocno wykracza poza typowe skojarzenia z górską noclegownią. Futurystycznie wyglądający budynek, ukończony w 2017 roku, mieści 50 osób i jest najwyżej położonym schroniskiem w Alpach Zillertalskich. Nieregularna, zwężająca się forma, czarna elewacja, wnętrza wyłożone drewnem oraz panoramiczny pas okien tworzą obiekt bardziej przypomina jący niewielki designerski hotel niż klasyczne schronisko. Widok z jadalni obejmuje Alpy Zillertalskie, Wysokie Taury, grupę Rieserferner i odległe Dolomity. Sama bryła Schwarzensteinhütte od pierwszej chwili kojarzyła mi się z charakterystyczną siedzibą Salewy w Bolzano. Jeżeli wybór miejsca miał również architektoniczny podtekst, organizatorom należą się słowa uznania za konsekwencję i dbałość o detale.
Obsługa była niezwykle serdeczna, a jej nastroju nie psuły nawet logistyczne wyzwania związane z prowadzeniem takiego miejsca. W okolicy nie ma kolejki ani drogi dojazdowej, a jak dowiedziałem się na miejscu, najpotrzebniejsze zapasy docierają tam śmigłowcem.
Po krótkim odpoczynku przyszła pora na prezentację kolekcji Ortles FW26, którą przedstawiciele Salewy omówili dokładnie w środowisku, dla którego została zaprojektowana. Wśród najważniejszych elementów znalazły się hardshelle Ortles PTX Extreme 3L, techniczna kurtka puchowa Ortles Heavy RDS Down Pro, plecaki Ortles Guide 2 i NXT Pro 38, a także buty Ortles 2 Mid GTX, którym warto przyjrzeć się bliżej, bo moje stopy zdążyły się już z nimi całkiem nieźle zaprzyjaźnić.

ALPEJSKI ALL-ROUNDER PO SOLIDNYM FACELIFTINGU
Miałem wcześniej okazję testować pierwszą generację tego modelu, dlatego byłem bardzo ciekaw, w jakim kierunku rozwinął go zespół pod wodzą Williama Starki, pełniącego funkcję Senior Product Managera Footwear i, umownie rzecz ujmując, ojca tego projektu. W drugiej odsłonie zastosowano precyzyjnie skonstruowaną cholewkę TriWeave, wodoodporną membranę gore-tex, wielostrefową podeszwę Vibram z geometrią ClawLug oraz otulające stopę dopasowanie, które dodatkowo spersonalizujemy za pomocą wkładki CFF Winter. Zmiany można śmiało nazwać solidnym faceliftingiem, choć z motoryzacji pożyczyłbym tutaj jeszcze jedno porównanie.
Kiedy William zapytał o pierwsze wrażenia, odpowiedziałem całkiem szczerze, że czuję się trochę tak, jakbym wyjechał na tor Porsche Panamerą. Jeździ się wyśmienicie, sprzęt robi ogromne wrażenie, ale przecież wykorzystywałem zaledwie część jego potencjału. William określił Ortles 2 Mid GTX mianem alpejskiego all-roundera, przeznaczonego do technicznego poruszania się w wymagającym terenie i działań na dużej wysokości oraz w rakach półautomatycznych. Spokojnie można myśleć o tym modelu w kontekście alpejskich trzy- i czterotysięczników, podczas gdy nasze podejście do schroniska, choć wymagające, stanowiło dla niego raczej rozbudowaną jazdę próbną.
Po części merytorycznej przyszedł czas na kolację i integrację. Menu po raz kolejny kazało mi sprawdzić, czy na pewno znajduję się w schronisku: przepyszna kremowa zupa z grzankami, wyborny stek (sic!), osobny wariant wegetariański, lokalne czerwone i białe wino, a na deser panna cotta. Rozmowy zapewne przeciągnęłyby się do baaardzo późnego wieczora, gdyby nie zmęczenie po podejściu oraz świadomość, że pobudkę kolejnego dnia zaplanowano na 5:30.

SMACZNEJ KAWUSI I W GÓRĘ
Śniadanie także przypominało hotelowy bufet: wędliny, sery, jogurty, płatki, pieczywo i przede wszystkim kawa. Cytując klasyka: „Smacznej kawusi”! Nie mogłem odmówić sobie zdjęcia kubka na tle szczytów Alp Zillertalskich, skąpanych w pierwszych promieniach słońca. Był to jeden z piękniejszych widoków, jakie podziwiałem w górach, a zarazem kolejny moment, w którym z lekkim niedowierzaniem pomyślałem, że tak właśnie wygląda moja praca.
Po śniadaniu założyliśmy uprzęże, przypięliśmy raki do plecaków i tuż po szóstej byliśmy gotowi do wyjścia w stronę Schwarzensteinu. Część uczestników uznała, że wymagające podejście z poprzedniego dnia im wystarczy, i postanowiła zaczekać w schronisku na powrót zespołów szczytowych. Najbardziej głodni wierzchołka ruszyli natomiast w górę: najpierw stromym odcinkiem prowadzącym po skałach i dużych blokach, a następnie w stronę lodowca. Wśród nich znalazła się wyjątkowo liczna polska reprezentacja, największa spośród zagranicznych delegacji. O to, by rodacy na włoskiej ziemi wypadli godnie, zadbał Jarek Daniel, dyrektor grupy Oberalp na Europę Wschodnią, który skutecznie zagrzewał ekipę do boju o wierzchołek.
Na lodowcu przyszła pora, by założyć raki, podzielić się na zespoły i związać linami. Dalsza droga prowadziła przez łagodniejsze oraz bardziej nachylone odcinki w stronę skalnej końcówki Schwarzensteinu. Po około dwóch godzinach pierwsze zespoły zameldowały się na wierzchołku, skąd panorama okazała się jeszcze bardziej rozległa niż widok ze schroniska. Za sprawne i bezpieczne przeprowadzenie całej akcji ukłony należą się lokalnym przewodnikom oraz alpinistom Salewy, którzy czuwali nad grupą od pierwszych metrów aż do powrotu.

GRAWITACJA WYSTAWIA RACHUNEK
Po ponownym zebraniu całej ekipy w Schwarzensteinhütte, kolejnej kawie i szybkim uzupełnieniu węglowodanów rozpoczęliśmy zejście dokładnie tą samą drogą, którą poprzedniego dnia pokonaliśmy w górę. Grawitacja pomagała, lecz mięśnie czworogłowe, pracujące przez wiele godzin w trybie hamowania, miały w tej sprawie własne zdanie. Na ostatnich kilometrach na twarzach części uczestników pojawiły się delikatne grymasy, których nie sposób pomylić z kontemplacją alpejskich panoram.
Dotarcie do Daimerhütte przyniosło więc prawdziwą ulgę oraz obowiązkową porcję Apfelschorle. Później został już łagodniejszy fragment do parkingu, zdjęcie butów z umęczonych nóg i powrót do hotelu, gdzie prysznic okazał się nagrodą znacznie bardziej pożądaną niż jakikolwiek dyplom uczestnictwa.
Dla mnie to wydarzenie było zarazem początkiem długo wyczekiwanego letniego urlopu. Z Luttach ruszyłem w stronę jeziora Como i gdy przejeżdżałem przez Bolzano, po lewej stronie minąłem charakterystyczną siedzibę Salewy. Na jej widok odruchowo zdjąłem nogę z gazu, przed oczami stanęła mi ciemna bryła Schwarzensteinhütte, a mięśnie natychmiast dały znać, że wspomnienia pozostają bardzo świeże. Przed kolejnym wyjazdem organizowanym przez Salewę wypadałoby więc lepiej przygotować nogi. O całą resztę marka zdążyła zadbać naprawdę solidnie.
Tekst został opublikowany w 304 (3/2026) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link
