Był pochmurny dzień. Ciężka mgła przelewała się nad miastem El Alto, zahaczając o dachy wyższych budynków. Na twarzy delikatnie osiadała wilgoć. Zapanował przenikliwy chłód i zrobiło się zdecydowanie nieprzyjemnie, jak na środek dnia w tropikalnej Boliwii. Jednak w Andach pogoda jest całkowicie nieprzewidywalna.

Egzotyczna kakofonia

Wokół panował gwar. Na chodnikach i ulicach tłoczyli się niscy ludzie o śniadej skórze i lekko skośnych oczach. Krępe kobiety w charakterystycznych indiańskich melonikach i barwnych pollerach niosły wielkie toboły, przywiązane do pleców białymi chustami. Każdy zdawał się zdążać w innym kierunku, coś załatwiając, kupując lub sprzedając. Dyskretnie kontrolowany, zakurzony chaos, który jednak jakimś sposobem sprawnie funkcjonował. Minibus, który odebrał nas z lotniska w El Alto, co chwila gwałtownie hamował, by zaraz potem przyśpieszyć, starając się pokonać choć kilka metrów. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość – w tym tempie jazda do pobliskiego La Paz trwała prawie dwie godziny.

Dotarliśmy do krawędzi szerokiej na wiele kilometrów doliny o ostro opadających zboczach. Wiatr na moment rozgonił chmury, a w świetle przebijającego się słońca rozbłysły lodowce wielkich wulkanów, górujących bielą nad krawędziami kotliny. Przed nami w całej okazałości ukazało się miasto La Paz, imponująco rozciągnięte na wszystkich jej zboczach. Mieliśmy tu spędzić przynajmniej kilka dni, wstępnie aklimatyzując się przed wspinaczką. Na tylnych siedzeniach naszego pojazdu leżały wielkie plecaki w osłaniających je jutowych workach i torby ze sprzętem wspinaczkowym. Wspaniała przygoda właśnie się zaczynała (…)

Sajama w całej okazałości; fot. Klaudia Cierniak-Kożuch i Krzysztof Jaxa-Kwiatkowski

Wspinaczka na wulkan

Po wielodniowej aklimatyzacji przyszedł czas na najważniejszy cel naszej wyprawy. Ponad sześciogodzinna podróż jeepem na południowy zachód zawiodła nas do położonego w bajkowej scenerii parku Sajama. Widok pokrytych lodem i śniegiem wielkich wulkanów z białą, przyczepioną do szczytu chmurką na tle błękitnego nieba przypominał tanie obrazy z indiańskich budek z pamiątkami – sceneria ocierała się o prawdziwy kicz. Warto było tu przybyć po same widoki, ale wiedzieliśmy, że nie tylko one są celem… Przed nami wyrastał skalisty olbrzym z białą czapą lodu – Nevado Sajama. (…)

Mając przed oczami olbrzymi masyw Sajama, doszliśmy do base campu na wysokości 4600 metrów. Usytuowany jest on na krawędzi równiny, więc rozpościera się z niego wspaniały widok na szczyt. Nie czuliśmy zmęczenia wolnym podejściem, ale wiedzieliśmy, że następny dzień będzie dużo bardziej wymagający. Po dobrej kolacji położyliśmy się spać w namiotach pod rozgwieżdżonym boliwijskim niebem.

Obudziły nas rozmowy – do obozu dotarli z wioski tragarze wysokościowi, którzy podczas naszego śniadania spakowali namioty i szybko wyszli, by zanieść noclegowy sprzęt i butle z gazem do tak zwanego high altitude camp. Po zostawieniu namiotów czekała ich jeszcze droga w dół do wioski, a my dużo wolniejszym krokiem ruszyliśmy do góry, aby po sześciu godzinach marszu dotrzeć do obozu wysokiego. Na miejscu okazało się, że z powodu dużego opadu śniegu musiał być rozbity około 100 metrów wyżej, wiec nasz kolejny nocleg wypadł na wysokości 5800 metrów. Zapadał wieczór i zrobiło się mroźno. Zerwał się silny wiatr, który targał namiotem mesy przy każdym większym podmuchu. Po kolacji zrobiliśmy ostatnią odprawę – ustaliliśmy, kto z kim idzie w parze, w jakim tempie i jaki jest podział zadań. Przy świetle latarek czołowych, otuleni puchowymi kurtkami, dokończyliśmy gorącą herbatę, próbując jeszcze żartować przed czekającym nas wysiłkiem. Niebawem wszyscy zniknęliśmy w namiotach. Zapadła głęboka noc.

Skalno-lodowy grzbiet nad najbardziej stromym fragmentem drogi; fot. Klaudia Cierniak-Kożuch i Krzysztof Jaxa-Kwiatkowski

Spanie na wysokości prawie 6000 metrów nie należało do najłatwiejszych – była to raczej kilkugodzinna lekka drzemka, przerywana przez wyjścia do toalety i lekki ból głowy. Pobudka nastąpiła dokładnie o północy, właśnie wtedy, gdy nadchodzi sen, a ciało buntuje się przed opuszczeniem ciepłego śpiwora. Spotykamy się w mesie. Jest nas troje, brakuje dwóch dziewczyn. Śnieg skrzypi ostro pod butami, temperatura w nocy spadła poniżej –20°C. Otwieramy namiot dziewczyn z zewnątrz, choć słyszymy, że nie śpią. W świetle czołówek widzimy, że są blade i wyraźnie niedysponowane. Nie chcą wychodzić ze śpiworów, stwierdzają też, że nie ruszą do ataku szczytowego. Po krótkiej rozmowie diagnozujemy problem: mają chorobę wysokościową – nudności i wielki ból głowy. O świcie będą musiały jak najszybciej schodzić. Podajemy im lekarstwa, żegnamy się i ruszamy w górę. (…)

Tekst i zdjęcia: Klaudia Cierniak-Kożuch i Krzysztof Jaxa-Kwiatkowski

Dalszą część materiału znajdziecie w najnowszym numerze GÓR (277).