K2. Druga najwyższa góra świata, ostatni ośmiotysięcznik, który poddał się zimą.

K2 – nazwa nadana przez Brytyjczyków. Czogori – Wielka Góra, jak nazywali szczyt miejscowi.

Powieść o tym, o czym milczą książki himalaistów.

Drugi najwyższy szczyt świata w lokalnym języku określany jest jako Czogori – Duża Góra, a nie K2, jak nazwali go Anglicy. Miejscowe wierzenia i tradycje, ekonomiczne i społeczne problemy są jednak pomijane w relacjach. Podobnie jak ekologiczna katastrofa, której przyczyną jest zarówno położona tuż obok linia frontu, jak i śmieci pozostawiane przez wspinaczy – nie tylko plastik, lecz także trupy.

Z wyprawą polskich wspinaczy wyrusza w 1995 roku młody fotograf Olo, którego ojciec zginął tam dziesięć lat wcześniej. Podróż zmusza młodzieńca do stawienia czoła własnym słabościom oraz mistycznej i społecznej rzeczywistości północnego Pakistanu. Mieszają się tam elementy islamu i buddyzmu oraz starożytnych wierzeń, po których przewodnikiem duchowym jest szejk Iskander oraz jego syn Karim i inni, niewidzialni dla himalaistów, miejscowi tragarze. Ola wciąga spór między miejscowymi a przybyszami z Europy oraz tajemnice Czogori, których korzenie tkwią w czasach ekspansji Aleksandra Macedońskiego.

Powieść w fantastycznej formie ujawnia niewygodne zaplecze himalaizmu, pokazuje historię podboju gór wysokich oczami ich mieszkańców oraz natury: ekologia, duchy i przemiany w Polsce lat 90. widziane w lustrze wspinaczki wysokogórskiej.

Poniżej przedstawiamy fragment najnowszej książki Maksa Ciesielskiego:

Opowiem ci coś, zanim zamarzniesz.

Myślałeś, że nic nie czuję? Uważałeś, że wszystko ci wolno, że masz do mnie prawo? Że możesz dobierać się do mnie brudnymi łapami? Nie zapytałeś o pozwolenie. Pasowała ci milcząca zgoda, dlatego nie słyszałeś moich protestów. Jesteście głusi, ty i twoi koledzy. Gdzie oni? Myślisz, że po ciebie wrócą? Na razie musimy pogadać, spójrz na mnie!

Nic nie widzisz.

Otulam cię mrozem, naczynia krwionośne się zaciskają, najpierw na opuszkach kciuków. Tak wielu już przed tobą je zabrałam… Zdążyłam się nauczyć, jak zbudowani są ludzie. Ciało usiłuje przepompować krew do serca i mózgu, ratować najważniejsze organy, ale za to obkurczają się palce u stóp.

Jesteś w pierwszej fazie hipotermii, znam to określenie, niejeden z was mruczał je pod zamarzniętym nosem na moich zboczach. Pogrążasz się w nicości ścinającej krew w żyłach. Siła życia, którą masz w sobie, szuka potrzebnej energii, stara się zrekompensować straty ciepła, znaleźć w głębi ostatnie ukryte zasoby witalne. Twoje organy jeszcze walczą, a umysł sądzi, że podchodzą do ciebie rogate bestie. Chcesz je odgonić, ale nie możesz ruszyć ręką. Straciłeś nad sobą kontrolę, władzę nad tobą przejęły demony.

Resztki rozsądku podpowiadają ci, że zaszedłeś za wysoko, aby spotkać jakiekolwiek zwierzęta. Nawet one tu nie docierają, wiedzą, że nie mają po co, traktujemy się więc z szacunkiem. Tobie go zabrakło. Wydawało ci się, że jesteś odważny i czeka cię sława, a zostaniesz tu na zawsze. Oprócz moich silnych objęć nie ma tutaj nic dla ludzi. Moi poddani z dołu to rozumieją, nigdy nie biegł tędy szlak karawan, lud Balti oddaje mi cześć z oddali. Nie pcha się do mnie z łapami tak jak wy.

Nie narodziłam się jako żeńska „Góra” ani męski „Szczyt”, byłam ponad takie drobnostki jak tożsamość płciowa. Wy się uparliście i mnożyliście epitety: mordercza, wielka, groźna, niebezpieczna. Jestem dla was panią, królową, władczynią, próbujecie mnie posiąść i dopisać do listy poskromionych ladies. Chcieliście mieć kobietę wroga w miejsce obojętnego, bezpłciowego szczytu.

Nieliczni rozumieją, że powinni się wspinać nie przeciwko mnie, lecz razem ze mną, z miłością i oddaniem. Zapewniam cię, że w okresach pomiędzy waszym dreptaniem, kiedy panuje tu spokój, nie myślę o ludziach ani o płci. Jestem, bo jestem, trwam bez was i bez końcówek słów, których używacie.

Marzniesz coraz bardziej, prawda?

Chcesz krzyczeć, ale jesteś za słaby. Zsuwasz się głębiej w szczelinę pokrytą twoją tłustą juchą. Szamoczesz się jak ja wcześniej, kiedy byłeś przekonany o swojej potędze, ale od tego szybciej tracisz energię. Wokół ciebie już tylko lód, straszliwa, ciemniejąca biel. Stoczyłeś się w otchłań, a ja tulę cię do snu mroźnym uściskiem. Starasz się uspokoić, skupić na wdychanym i wydychanym powietrzu, w lodowym piekle brakuje ci tlenu. Robisz się sztywny i twardy, podobny do mnie.

Niestety, zostaniesz ze mną.

Dygoczesz, mięśnie masz napięte, temperatura ciała spada poniżej trzydziestu stopni Celsjusza. Podchodzi do ciebie dwurożny czort z wywalonym do kopyt jęzorem. Czarny, śmierdzący kozioł, którego widziałeś we wsi, lub dzika kozica. Zaglądasz w małe oczka bydlęcia, a ono z zaciekawieniem lustruje wzrokiem ofi arę.

Słyszę twoje niewyraźne mamlanie, nieokreślone mamręganie.

Mój sługa Iskander ostrzegał cię, że duchy sprawują władzę nad dzikimi zwierzętami. Dosiadam markura śruborogiego, szarego zimą, rudego latem, trzymając się długiej, gęstej brody zwierzęcia. Wtulam się mocno w twarde rogi i pędzimy przed siebie na nim i jego samiczkach, na górskich kozach i ibexach. Lubię też popieścić sprężystą kitę lamparta śnieżnego. Zwierzęta delikatnie stąpają po granitowych splotach, ziarnach zmarzniętego żwiru i kwarcowych odłamkach, nie są nachalne jak wy, wspinacze.

Skóra ci bieleje, dygot cię zmęczył, wypalasz się. Gorący i szorstki jęzor koźlego szatana liże cię po twarzy, natychmiast pokrywam ją delikatnym kwiatem szronu. Milionami śnieżnych gwiazdek rosnę na twoim ciele. Białe płatki kłębią się i migoczą, pod nimi martwiejesz. Widzisz biały tunel, śni ci się, że wchodzisz do mojego pałacu, idziesz zimnymi komnatami, siadasz pośród innych demonów u stóp tronu ze śnieżynek. Jest was coraz więcej, tłoczycie się i krzyczycie, niedobrze mi od waszych ryków.

Chciałabym zostać sama.

Pamiętaj, ja się tylko broniłam. Mam ochotę się rozpłakać, ale nie potrafię, zamiast łez zacina śnieg, nadciąga zamieć.

Księżyc znika za chmurami.

Max Cegielski – polski dziennikarz, pisarz, prezenter radiowy i telewizyjny, animator kultury, podróżnik.