To Twoja pierwsza zimowa wyprawa w góry wysokie i od razu na najbardziej wymagający ośmiotysięcznik. Czy na tej podstawie możesz opowiedzieć, czym różnią się wyprawy zimowe od letnich, jakie były Twoje pierwsze odczucia po dotarciu do bazy i jak te odczucia zmieniały się w czasie? Czy to, co tam zastałaś, zgadzało się z Twoimi wyobrażeniami?

Już trekking był zupełnie inny niż latem. Uderzyło mnie lodowate i suche powietrze, którym bardzo ciężko się oddychało. Temperatury –20°C  były tam codziennością. Życie w bazie również okazało się inne niż to, którego doświadczyłam dotychczas. W ciągu dnia nie było za dużo ciepła w namiotach i wygrzewania się w słońcu, mróz doskwierał cały czas. Ale przyzwyczaiłam się do niego. Kompletnie przestało mi przeszkadzać, że na termometrze jest -20, a czasem -30 stopni. To też był bardzo pozytywny sygnał, że organizm się zaadaptował. Najbardziej zdziwiło mnie to, że w zimie prawie nie ma tam śniegu! Nie tylko w bazie – góra była wręcz łysa i chodziło się po skałach lub lodzie. W Polsce jest teraz [pierwsza połowa lutego – przyp. red.] chyba więcej śniegu niż pod K2.

Co do reszty… Odczucie na własnej skórze trudności technicznych, operowania sprzętem w tak niskich temperaturach, sporego nachylenia, które jest tam praktycznie non stop i wymaga ogromu sił i wytrzymałości, było naprawdę mocnym doświadczeniem, z pewnością najtrudniejszym w życiu. Jednak kolejne wyjście, kiedy byłam już zaaklimatyzowana, okazało się znacznie łatwiejsze. Wszystko zrobiliśmy dużo szybciej, a organizm zupełnie inaczej funkcjonował. Poznałam siebie jeszcze lepiej w bardzo trudnych warunkach i wiem, że te doświadczenia zaowocują w przyszłości.

A jak oceniasz swój udział w wyprawie? Wiemy, że z ataku wykluczyło Cię zatrucie, na co nie miałaś wpływu, ale może dzięki temu zyskałaś jakieś wnioski na przyszłość? Może jest coś, co wymagałoby poprawy?

Wiem, że z mojej strony zrobiłam wszystko, co mogłam. Proces aklimatyzacji poszedł zgodnie z planem. Pierwsze wyjście jest zawsze bardzo trudne i tutaj nie było inaczej. Miałam momenty, że chciałam płakać z bólu, ale nawet tego nie byłam w stanie zrobić. Było bardzo, bardzo ciężko. Kolejne wyjście okazało się już dużo prostsze, ale chciałam podnieść sobie poprzeczkę nieco wyżej i spróbować wejść w jeden dzień z bazy do obozu drugiego, ponieważ wiele osób mówiło mi, że to jest nie do zrobienia. Oswald [Rodrigo Pereira – przyp. red.] także powtarzał, że nie podołamy, a ja mu mówię: damy radę! (śmiech). To było takie moje małe wyzwanie. No i się udało. A później, tak jak powiedziałeś, do ataku szczytowego nie doszło, ale wcześniej wszystko przebiegało pomyślnie i zrobiłam tyle, ile mogłam, więc nie mam sobie nic do zarzucenia.

Fot. #GorzkowskaInPostK2Winter / Oswald Rodrigo Pereira

A jak przebiegał atak szczytowy Nepalczyków obserwowany bezpośrednio z bazy? Czy wszyscy im kibicowali? Denerwowaliście się?

Nie kosztował nas aż tak wiele nerwów, bo wiedzieliśmy, że to bardzo mocna ekipa. Nie mieliśmy obaw, że coś złego może się wydarzyć. Bardzo ciekawe było obserwowanie ich przez teleobiektyw z bazy. Niesamowicie się patrzyło, jak są na Czarnej Piramidzie, tkwią na tej wysokości w niemal pionowej ścianie, jak rozbijają namioty i zakładają ostatni obóz. Oczywiście, podczas ataku szczytowego czuliśmy trochę stresu, ale z drugiej strony spokój, bo to bardzo doświadczeni ludzie, a warunki mieli stabilne. Byłam niemal pewna, że wszystko się dobrze skończy.

***

Pełną wersję wywiadu – o początkach kariery sportowej, skąd wzięło się zainteresowanie górami, jak Magda reaguje na hejt w Internecie i co sądzi o kontrowersjach wokół swojej osoby – znajdziecie w najnowszym numerze GÓR (278).

Rozmawiał: Bartosz Wrześniewski