O zaskakującej różnorodności polskich gór, potrzebie wsłuchiwania się w ciszę, umiejętności psychicznego oswajania trudnych do wyobrażenia wyzwań i przebywania samemu ze sobą z ŁUKASZEM SUPERGANEM rozmawia ANDRZEJ MIREK.

Łukasz Supergan ma na koncie wiele długodystansowych tras w bardzo różnorodnych warunkach. Samotnie przeszedł Łuk Karpat czy trasę z Warszawy do Santiago de Compostela. Trawersował zimą Islandię, a latem irański łańcuch gór Zagros. Jednak pretekstem do przeprowadzenia tego wywiadu było jego zimowe przejście gór polskich. Na pokonanie liczącej 1096 kilometrów trasy ze Świeradowa-Zdroju do Wołosatego Łukasz potrzebował 49 dni.

CZYM BYŁA DLA CIEBIE OSTATNIA ZIMOWA WĘDRÓWKA PRZEZ POLSKIE GÓRY?

Chciałbym powiedzieć, że była jakimś wyczynem, misją, żeby ludziom pokazać, że nawet w czasie pandemii można przeżyć przygodę… Ale prawda jest taka, że zrobiłem to dla siebie. Marzyłem o tym od 2016 roku, kiedy planowałem przejść tę trasę latem. Z powodów czasowych nie udało się i wtedy pokonałem jedynie Główny Szlak Beskidzki. Jednak myśl o przejściu wzdłuż południowej granicy Polski we mnie tkwiła. Potem przyszły inne wyjazdy. Gdyby nie covid, siedziałbym teraz w Indiach. Wszystkie plany trzeba było jednak odwołać. Pomyślałem: „może Skandynawia?”, ale kiedy sam zachorowałem i okazało się, że moja kondycja nie jest najlepsza, stwierdziłem, że może bezpieczniej będzie w Polsce. Główną motywacją było sprawdzenie, czy potrafię i czy dam radę. Miałem też silną potrzebę ruszenia się z domu. Cała reszta była konsekwencją tego postanowienia.

ZIMA W POLSCE NIEJEDNO MA IMIĘ … UDAŁO CI SIĘ DOBRZE PRZYGOTOWAĆ NA TO, CO ZASTAŁEŚ?

Przy tej długości trasie na pewno nie możesz przygotować się na każdą ewentualność. Znając polską zimę, musisz założyć, że będzie zmiennie… I jedyne, czego możesz oczekiwać, to ta zmienność. Wiedziałem, że muszę spodziewać się odwilży, mrozów, potężnych opadów, pytanie tylko, w jakiej kolejności. Jak już nastawisz się na taką sytuację, będzie dużo łatwiej. Cała reszta polegała na tym, żeby dobrać wyposażenie do wszystkich możliwych warunków. Jeżeli trasa ma być trudna, jesteś w stanie zdobyć kondycję treningami – co zrobiłem. Możesz opracować dietę – co też zrobiłem. Musisz przygotować się pod kątem nawigacji, przejrzeć mapy. Taka wyprawa ma pewien schemat, choć jest swego rodzaju improwizacją, trochę jak w muzyce jazzowej. W wędrówce fundamentem jest przygotowanie kondycyjne, sprzętowe i logistyczne. Zawsze coś cię może zaskoczyć,ale będziesz na to przygotowany.

Wiatr w masywie Śnieżnika; fot. Łukasz Supergan

CO ZASKOCZYŁO CIĘ TYM RAZEM?

Prawdziwa, najbardziej śnieżna od kilku sezonów zima. A także różnorodność. Pomimo tego, że znałem Beskidy – Sudety trochę mniej – zaskoczyło mnie to, jak bardzo zmienia się oblicze tych gór z masywu na masyw. To, że miejscowości wyglądają inaczej, że w jednej części Polski domy są budowane w dolinach, a w innej na grzbietach, co wynika z wielusetletniej tradycji. Ta zmienność, mimo że wędrowałem przez góry jednego kraju, była olbrzymia.

CZY ZACZYNAJĄC PODRÓŻ, UWZGLĘDNIASZ MOŻLIWOŚĆ, ŻE MOŻE SIĘ NIE UDAĆ?

Zawsze to zakładam. Wyruszając na długie szlaki, staram się nie mieć oczekiwań. Gdy zaczynałem swoje ostatnie przejście w Świeradowie-Zdroju, raczej nie wyobrażałem sobie, jak sytuacja będzie wyglądała za 40–50 dni, czy stanę w Bieszczadach i triumfalnie podniosę ręce. Mnie bardzo obciąża psychicznie, gdy wyruszając myślę, że przede mną jeszcze 49 dni, następnego dnia, że 48… i tak dalej. Idąc szlakiem, zawężam swój horyzont. Były momenty, szczególnie w trudnych chwilach, kiedy myślałem z jednodniowym wyprzedzeniem. Budząc się rano, wiedziałem tylko, dokąd chcę dotrzeć wieczorem. Im ciężej mi było, tym perspektywa się skracała. Skupiasz się na „tu i teraz”, a nie na jakichś planach, które masz za tydzień. Jeżeli przeżyjesz dzisiaj, to prawdopodobnie przeżyjesz jutro i pojutrze. Wyprawa jest ogromnym tortem, który kroisz na wiele kawałków, aby uporać się z każdym osobno, po kolei.

CZEGO NAUCZYŁY CIĘ PODRÓŻE, KTÓRE MUSIAŁEŚ PRZERWAĆ?

Himalaista Steve House, mój górski guru, jest autorem kilku moich ulubionych myśli. Między innymi: „To, czy moje wysiłki zakończą się czymś, co moi towarzysze wspinacze, postrzegają jako triumf lub porażkę, jest bez znaczenia. (…) Porażka to bardziej wartościowy owoc, zrodzony w wymagającym nakładu pracy, pokrętnym procesie. Sięgnięcie po raki i dziaby po niepowodzeniu zmusza mnie do przyznania się do własnych braków, do wyciągania z nich lekcji, a także do korzystania z mocnych stron, których się w sobie doszukałem”. Bardzo lubię ten cytat, bo on dokładne oddaje to, co przeżyłem.

Cztery lata temu miałem plan, żeby przejść na rakietach całe Karpaty Ukraińskie. Kiedy zjawiłem się na miejscu, miałem ze sobą rakiety śnieżne i bardzo ciężki plecak, a trafiłem na opad świeżego puchu oraz temperatury dochodzące do –27°C. Mróz jeszcze bym przeżył, ale okazało się, że mój system do spania nie obroni się przed wilgocią. No i nie byłem w stanie poruszać się ze zbyt ciężkim plecakiem przy tej ilości śniegu. Przez trzy dni próbowałem swoich sił, ale nawet nie stanąłem na pierwszym wierzchołku grzbietu, którym miałem pokonać 400 kilometrów. Podejście przez las było niewykonalne, poruszałem się w tempie 500 metrów na godzinę, a moja forma okazała się za słaba.

Musiałem zastanowić się, co poszło nie tak. A dotyczyło to wielu rzeczy: braku treningu i zbyt dużej ilości sprzętu, na dodatek niewłaściwego, bo rakiety nie sprawdziły się w tych warunkach. Ta wyprawa była klęską, ale była też kolosalną lekcją. Trzy lata później na Islandii miałem narty, wypracowaną formę i dobrze dobrany sprzęt zimowy. Więc wcześniejsza porażka okazała się bardzo ważną nauczką, która zaprocentowała nawet w trakcie ostatniego przejścia zimowego w Polsce. Innym nieudanym przedsięwzięciem był zimowy Mont Blanc – pierwsza próba podejścia pokazała mi, że nie jest to tego warte.

Beskid Śląski, masyw Stożka; fot. Aleksandra Wierzbowska

KRYZYSY NA TRASIE CZĘŚCIEJ POWODOWANE SĄ KWESTIAMI FIZYCZNYMI CZY PSYCHICZNYMI? A MOŻE TAKI PODZIAŁ NIE MA SENSU?

Kryzysy są wywoływane warunkami, które mogą cię przerosnąć. Jak się przed nimi chronić? Czynnik fizyczny można wytrenować na krótszych wycieczkach i treningach. Psychicznie da się przygotować, stopniowo zwiększając długość wędrówek. Jeżeli w górach dobrze czujesz się po tygodniu, to jest szansa, że przejdziesz trzytygodniowy GSB. Te komponenty są ze sobą związane. Na przykład trudne warunki mogą sprawić, że choć masz jeszcze siły, głowa się podda i stwierdzisz: „Dalej nie dam rady”. Takich rzeczy też można się uczyć. Podczas kursu przewodnickiego robiliśmy 40-godzinne marsze bez snu i wbrew pozorom cała grupa docierała do celu. O co chodziło? Nie o to, żeby nas zniszczyć, ale żeby pokazać, że naprawdę można. Teraz, kiedy to wiem, trochę spokojniej podchodzę do sygnałów, które daje mi ciało, i nie poddaję się tak łatwo. Głód czy zmęczenie długą trasą mogą spowodować, że psyche zacznie słabnąć. Czyli problemy fizyczne będą wpływały na odczuwanie dyskomfortu psychicznego i chęć rezygnacji – nie da się tych czynników oderwać od siebie.

CZYM RÓŻNI SIĘ LOGISTYKA DŁUGIEGO DYSTANSU OD KILKUDNIOWEJ WYCIECZKI?

Hmm… Główną różnicą jest przede wszystkim zaopatrzenie i regeneracja. Każdy szlak długodystansowy jesteś w stanie rozbić na kawałki, które same w sobie będą kilkudniowymi wycieczkami. Tylko że pomiędzy tymi etapami musisz zaplanować zaopatrzenie w jedzenie i paliwo. Miałem spore ułatwienie, że ostatnie przejście robiłem w Polsce. Mogłem wysłać depozyty z jedzeniem i gazem, dzięki czemu nie musiałem podróżować do miast, bo w małych górskich wsiach kupienie gazu byłoby niewykonalne. Drugą różnicą jest gospodarowanie siłami. Na pytanie „co to jest długi dystans?” każdy odpowie inaczej. Dla mnie długie trasy zaczynają się wtedy, gdy musisz zastanowić się nad tym, jak rozłożyć siły fizyczne i psychiczne tak, żeby starczyło ich do końca. W czasie kilkudniowej wycieczki możesz iść na maksimum swoich możliwości, bo wiesz, że po weekendzie wrócisz do domu potwornie zmęczony, ale zadowolony. Na długim dystansie nie możesz pozwolić sobie na takie wydrenowanie sił już na samym początku.

MASZ JAKĄŚ PRYWATNĄ KLASYFIKACJĘ SWOICH WĘDRÓWEK?

Jest ich kilka. Mógłbym klasyfikować podróże według dystansu lub czasu, ale to niewiele mówi. Mam klasyfikację według trudności i ona w zasadzie jest niezmienna. Pierwsze przejście Łuku Karpat wypruło mnie z sił fizycznych i psychicznych. Dziesięć lat później przejście gór Zagros w Iranie, w trudnym środowisku i otoczeniu politycznym, również było bardzo drenujące psychicznie i fizycznie. Jeśli chodzi o trudność, te dwie wyprawy stawiam na równi, ale to jest oczywiście ocena subiektywna, bo w 2013 roku wróciłem na Łuk Karpat i zrobiłem go o miesiąc szybciej.

Mam też klasyfikację bardziej osobistą i w niej listę wędrówek, które dały mi szerszą perspektywę. Często porównuję ze sobą dwie podróże. W 2017 roku przeszedłem całe Alpy, ale kiedy teraz patrzę wstecz, stwierdzam, że po prostu… przeszedłem Alpy. Była to fajna przygoda, zobaczyłem sporo pięknych miejsc, ale nic głębszego z tego nie wynika, może trochę więcej wiem o tych górach. W tym samym roku przeszedłem Izrael. Zajęło mi to dokładnie tyle samo czasu, mimo dwukrotnie mniejszej odległości, ale wędrowałem wolniej, zatrzymując się u ludzi, w miastach, nawet na pustyni. Do tej wyprawy przygotowałem się teoretycznie, czytając reportaże i materiały na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego, przewróciła mi w głowie obraz konfliktu, zmieniła wyobrażenie o Bliskim Wschodzie. Była kompletną odmianą świadomości. Pomimo dążenia do samotności lubię też szukać ludzi i historii, dzięki którym lepiej rozumiem świat. Mam nadzieję napisać o tym książkę.

Biwak w Rudawach Janowickich; fot. Ł. Supergan

„PUSTKA WIELKICH CISZ” – TO PIĘKNY TYTUŁ TWOJEJ KSIĄŻKI O PRZEJŚCIU ŁUKU KARPAT. CZY WYRÓŻNIASZ KILKA RODZAJÓW CISZY?

Jeżdżę w góry, które są przestrzenią wolności, właśnie dla ciszy. Frajda z aktywności fizycznej i piękne widoki – to wszystko jest tam obecne, ale wolność zewnętrzna i wewnętrzna, ta w głowie, jest dla mnie najistotniejsza. W górach bywam często, bo lubię ciszę. A czy są różne jej rodzaje? Oczywiście tak, ale nazwałbym to różnymi rodzajami wyciszenia. Możesz siedzieć w namiocie w czasie śnieżycy i znaleźć wyciszenie. Na zewnątrz trwa wichura, a ty potrafisz siedzieć i słuchać jej w milczeniu. Pamiętam, że podczas przejścia Łuku Karpat biwakowałem w górach tak pustych, jakich jeszcze nigdy nie widziałem. Zasypiając, słyszałem, jak wali mi serce. Bardzo lubię ten moment, bo to znaczy, że cisza jest kompletna. Wtedy słyszysz stukanie śniegu o namiot. Ruchy zwierząt. Genezą tytułu mojej książki jest parafraza wiersza Leśmiana, Dziewczyna. Jest w nim taki zwrot: „zgroza nagłych cisz”.

ROBISZ ŚWIETNE ZDJĘCIA… CZY TO NIE WYBIJA CIĘ Z RYTMU WĘDRÓWKI?

Fotografowaniem zajmuję się tak długo, jak chodzeniem w góry – jednego i drugiego nauczyła mnie mama. Czy przeszkadza mi to w wędrówce? Nie, chyba że muszę specjalnie wyciągać i zmieniać obiektywy. Najczęściej zdjęcia są przerywnikiem, ale nie wybijają z rytmu. Wyjątek stanowią sytuacje, gdy chcę zrobić zdjęcie sobie samemu – muszę wtedy operować statywem i wykonać kilka podejść, co zajmuje około piętnastu minut. Traktuję jednak fotografię jako część wyprawy. Nie ukrywam, że jest to też część mojej pracy. Wystąpienia publiczne w dużym stopniu bazują na zdjęciach, dlatego zawsze staram się przywieźć z wędrówki jakiś dorobek fotograficzny.

Zajmująca czas i wybijająca z rytmu jest natomiast praca nad zdjęciami, jeżeli na bieżąco chcę się nimi podzielić. To bardzo męczy, jeśli mam za sobą 12 godzin wędrówki przez śnieg, zatrzymuję się gdzieś w szałasie czy rozkładam pod tarpem, gotuję i jeszcze zrzucam zdjęcia na telefon, by je wysyłać… Kiedy idę przez polskie góry, gdzie jest wygodny dostęp do Internetu, staram się dać znać moim czytelnikom, co aktualnie się dzieje. Ale też nie chcę być niewolnikiem mediów społecznościowych, które zabierają czas na odpoczynek. To one wybijają z rytmu bardziej niż samo robienie zdjęć.

A JAK RADZISZ SOBIE Z NAWIGACJĄ? MAMY OBECNIE DO DYSPOZYCJI NAJNOWSZE URZĄDZENIA, A MIMO WSZYSTKO CZASEM BŁĄDZIMY.

W moim przypadku powoduje to zawsze moment nieuwagi – odpływam myślami i przegapiam zejście ze szlaku. Zdarzało mi się narzekać na złe oznaczenia, ale to są rzadkie sytuacje. Latem w polskich górach praktycznie nie używam GPS-u. Zimą, w nocy i w trudniejszym terenie łamię się i z niego korzystam, ale nawet to nie chroni mnie przed pobłądzeniem. Chwila dekoncentracji, sprawdzam na GPS-ie i okazuje się, że 500 metrów wcześniej było odbicie… Więc to zawsze jest moja wina.

MASZ PEWNIE WIELE SPOSTRZEŻEŃ DOTYCZĄCYCH SYSTEMU OZNACZEŃ W POLSKICH GÓRACH.

Uważam, że ogólnie mamy dobry system, choć pewne fragmenty szlaków wymagają poprawy. Nawet na Głównym Szlaku Beskidzkim czy Sudeckim są odcinki słabo oznaczone, zdarzają się rozbieżności z mapami i problemy na rozstajach. Lecz w porównaniu z systemem brytyjskim czy francuskimi szlakami GR jesteśmy jednak sporo do przodu.

ZDARZYŁY CI SIĘ JAKIEŚ NIEMIŁE PRZYGODY ZE ZWIERZĘTAMI?

Z wykształcenia jestem przyrodnikiem i cała wiedza biologiczna podpowiada mi, że nie ma powodu bać się zwierząt… Poza psami pasterskimi, bo zdarzało się, że mnie atakowały. W Polsce nie doświadczyłem tej agresji, ale spotkałem się z nią tam, gdzie ludzi jest mało – w południowej Rumunii i Iranie. Pasterskie psy traktują cię jak intruza. W czasie ostatnich 40 lat kilkadziesiąt osób przeszło Łuk Karpat i dwie albo trzy zostały pogryzione, jedna przerwała wyprawę, jedna miała zszywane rany. Podobno ktoś miał przygody z niedźwiedziami, ale nie drastyczne. Jako biolog wiem, że zwierzęta będą uciekały przed naszymi odgłosami i zapachem. Nie tylko nie mam w sobie żadnego strachu, ale żałuję, że nie spotkałem wilka ani niedźwiedzia. Widywałem tylko ich tropy w Sudetach i Karpatach. Oczywiście zachowuję pewne środki ostrożności. Nie chciałbym spotkać niedźwiedzia nagle, zobaczyć go z odległości trzech metrów, bo to mogłoby się źle skończyć.

W CZASIE WĘDRÓWEK MUSISZ RADZIĆ SOBIE ZARÓWNO Z UPAŁAMI, JAK I MROZAMI. CZY STANOWIĄ TAKI SAM PROBLEM?

Pierwsze skojarzenie, które przychodzi do głowy, jest takie, że obie te rzeczy strasznie spowalniają. Paradoksalnie, upał i mróz stanowią takie samo zagrożenie. Ten drugi czynnik wymaga więcej sprzętu, natomiast pewne ryzyka są podobne. W upale idziesz żółwim, choć systematycznym tempem, żeby nie tracić wody. Natomiast w przypadku mrozu przemieszczasz się szybciej, ale nie możesz się zapocić. Jedne i drugie warunki wymagają ostrożności i uwagi, jeśli chodzi o odwodnienie. Są jednak różnice – gdy latem pokonywałem GSB, po 20 minutach od pobudki byłem spakowany i gotowy do drogi. Zimą proces wstawania jest dużo dłuższy. Na Islandii zdarzało mi się, że ta poranna rutyna trwała dwie godziny. Wieczorem jest podobnie.

Łukasz gdzieś na zimowej Islandii; fot. Ł. Supergan

CHĘTNIE UDZIELASZ SIĘ JAKO EKSPERT. CO CIĘ DO TEGO SKŁANIA?

Cieszą mnie reakcje i pytania, z jakimi spotykam się po powrocie z wypraw – o schronienie, buty, element psychiczny… Nie staram się być celebrytą, który rzuca w eter komunikat reklamowy i ma „wywalone” na całą resztę, bo ludzie i tak to kupią. Mam świadomość, że coś od moich czytelników dostaję. To osoby, dzięki którym – bądź co bądź – żyję. Stąd poczucie misji, która każe mi oddać trochę zdobywanej wiedzy. Mam satysfakcję, jeśli dzięki temu kilka osób będzie mogło wędrować bez ryzyka. Obserwując ludzi na szlakach wokół mojego domu, widzę, że większość z nich nie wie, jak pewne rzeczy w górach robić lżej lub bezpieczniej.

JAK DUŻO MIEJSCA W TWOIM DOMU ZAJMUJE SPRZĘT OUTDOOROWY?

Trochę waham się, czy o tym mówić, bo … sprzęt i ubrania zajmują cztery dosyć spore szafy. Zresztą w ubraniach tych chodzę na co dzień, bo ciuchy outdoorowe są moim wyjściowymi – nie mam ani jednego garnituru. Za to wkrótce będę miał cztery śpiwory, choć przeciętnemu człowiekowi wystarczy jeden lub dwa. Natomiast ja poruszam się w bardzo różnych warunkach i ta różnorodność może stanowić usprawiedliwienie. Niektóre rzeczy dostaję od firm partnerskich, pewne kupuję taniej, inne pożyczam, bo nie jest tak, że Supergan ma wszystko za darmo.

MÓWIĄC PUBLICZNIE O SPRZĘCIE, UDZIELASZ INFORMACJI OFICJALNYCH – OCZEKIWANYCH PRZEZ FIRMY – CZY PRYWATNYCH OPINII?

Ta wiedza nie jest półoficjalna ani prywatna, ponieważ z żadnym z moich partnerów nie mam klauzuli poufności. Z drugiej strony, w miarę zdobywania doświadczenia zacząłem też lepiej dobierać rzeczy i wpadki zdarzają mi się rzadko. Jako użytkownik wiem, że pewne produkty odpadają u mnie w przedbiegach, choć nie oznacza to, że dana firma jest zła. Sprawdzony sprzęt opisuję, a prywatne opinie nie będą się różnić od treści na mojej stronie.

BYWASZ TEŻ TESTEREM – JAK TO WYGLĄDA W PRAKTYCE?

Zdarzało mi się testować jakąś rzecz i na koniec oddawać ją dystrybutorowi, na przykład buty lub plecak, z którymi pokonałem 1000 kilometrów. Przychodziłem do firmy i mówiłem: „Zobaczcie, jak to wygląda”. Zdarzyło się też tak, że gdy nie miałem ubrania na duże upały, a Kasia Nizinkiewicz z firmy Kwark planowała przetestować nowy rodzaj tkaniny, przeznaczonej na takie właśnie warunki, uszyła dla mnie koszulkę, w której wędrowałem ponad dwa miesiące. Gdy wróciłem, powiedziałem jej, że materiał trochę się rozciąga w trakcie użytkowania i warto mieć to na uwadze, ale poza tym koszulka jest znakomita. Taka współpraca opłaca się mi, producentom i, koniec końców, klientowi, który dostaje sprawdzony produkt.

LUBISZ POWROTY DO DOMU?

Pomimo tego, że uwielbiam dużo podróżować i często jestem w drodze, mam potrzebę posiadania czegoś takiego jak dom. Nie jestem pewien, czy lubię powroty… Określiłbym raczej, że przyzwyczaiłem się do nich. Pamiętam, jak po ukończeniu Łuku Karpat przez dwa, trzy tygodnie musiałem przyzwyczajać się do bycia wśród ludzi. Później powroty przestały być już takim wstrząsem, a stały się miękkim lądowaniem – przez dwa lub trzy dni mam bałagan, układanie rzeczy, pranie, zgrywanie zdjęć. Regeneruję się, więcej jem i śpię. Organizm nie doznaje wstrząsu z tego powodu, że przestaję iść. Oczywiście po tygodniu lub dwóch wracam do treningów.

NASZA ROZMOWA UKAŻE SIĘ W MAJOWYM NUMERZE „GÓR” – GDZIE WTEDY BĘDZIESZ?

Będę wyczekiwał premiery mojej najnowszej książki, przewodnika po szlakach długodystansowych w Polsce, a jej promocja zajmie mi kolejne tygodnie. A w międzyczasie – treningi i przygotowanie do pierwszego wejścia na 7000 metrów, które mam nadzieję zrealizować mimo przeciwności stwarzanych przez pandemię.

Rozmawiał / Andrzej Mirek

Zdjęcie otwarcia: Zimowy trawers Islandii w 2020 roku; fot. Ł. Supergan


Materiał został opublikowany w magazynie GÓRY 2/2021 (numer 279).

Zapraszamy do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/