Zaledwie 60 kilometrów na północny wschód od jeziora Garda leży pasmo górskie, które oparło się nadmiernej ekspansji przemysłu turystycznego. Prawdziwy łazik czy wspinacz znajdzie tam ciekawe cele i krajobrazy równe tym z Dolomitów, ale będzie mógł smakować je z dala od tłumów. Zapytacie, jak zwie się ten klejnot. Odpowiedź brzmi: Lagorai!
Tekst / TOMASZ BIERNACKI
Zdjęcia / PIOTR DROŻDŻ
Zdjęcie otwarcia / Jezioro Cima d’Asta w całej okazałości widziane ze szlaku numer 364 prowadzącego z widocznego po lewej schroniska Ottone Brentari. W tle pasmo Lagorai
Planując kolejny już redakcyjny wyjazd do Trydentu, chcieliśmy zboczyć nieco z najpopularniejszych szlaków. Odwiedzanie miejsc, w których „każdy już był” i pokazywanie widoków, które przewinęły się przez okładki wszystkich wydawnictw górskich na świecie, nie wydało nam się bowiem szczególnie odkrywcze. Po kilku dniach kartkowania przewodników wybór padł na miejsce, którego nazwa kojarzy się z baśniową, piękną i tajemniczą krainą.
Lagorai od północy graniczy z doskonale znaną w Polsce, zwłaszcza wśród miłośników narciarstwa, Val di Fiemme. Razem z przyległymi doń Alpami Fleimstalskimi (Dolomiti di Fiemme) są regionem, który nie jest – jak większość sąsiadujących z nimi dolin – oblegany przez turystów. Infrastruktura narciarska niemal nie istnieje, w schroniskach nie ma tłumów, a zdjęcie, na którym nie widać żywej duszy, można zrobić o dowolnej porze doby. Perspektywa spędzenia kilku dni w takim miejscu była więc niezwykle kusząca.
Prawie każda trasa, którą chce się pokonać w górach, w uproszczeniu sprowadza się do trzech punktów: startu, szczytu i mety. Cztery dni spędzone na wędrówce wiodły więc – najzupełniej naturalnie – na najwyższy szczyt obu pasm, Cima D’Asta (2847 m). Nie jest to specjalnie imponująca wysokość, zwłaszcza w porównaniu z alpejskimi olbrzymami, ale urody Cima D’Asta na pewno odmówić nie można. Zanim jednak dotarliśmy na jej wierzchołek, czekały nas dwa dni „nabijania kilometrów”, a przedtem – dość istotne preludium.

Pojechaliśmy do Włoch – co za przypadek 🙂 – w czasie, kiedy w Arco odbywały się legendarne zawody Rock Master. Na jedynym bodaj na świecie stadionie wspinaczkowym spotyka się szesnaścioro czołowych sportowców tej dyscypliny, którzy w cokolwiek rozluźnionej, iście włoskiej atmosferze zmagają się o tytuł będący przepustką do nieśmiertelności. Lista zwycięzców Rock Master to wspinaczkowa Hall of Fame, zbiór nazwisk, które tworzyły historię tego sportu, jak Lynn Hill czy Stefan Glowacz. Wyniki Rock Master 2022 znacie choćby z fotorelacji umieszczonej w poprzednim numerze GÓR. Jednak niewiele brakowało, żeby nie powstała.
Przed rozpoczęciem centralnego wydarzenia wieczoru, rozgrywanego po zmroku finału duelu, rozpętała się bowiem prawdziwa burza. Określenie „ściana deszczu” jest niewystarczające. Trawiasta nawierzchnia stadionu w ciągu kilku minut zamieniła się trójwymiarową mapę Warmii i Mazur, głębokich kałuż było więcej niż wąskich przesmyków, którymi tłum próbował uciec pod dające złudne schronienie dachy budynków zaplecza stadionu. Wiatr przerzucał z miejsca na miejsce wszystko, co nie było na stałe przytwierdzone do ziemi. Namioty rozstawione w niewielkiej strefie expo zamieniły się w targane huraganowym wiatrem żagle, operatorzy rozpaczliwie usiłowali okiełznać łopoczące pokrowce i założyć je na kamery, a ostatni widzowie nawigowali pomiędzy kałużami ze złożonymi, zupełnie nieprzydatnymi w takich okolicznościach parasolami.
Widok z pokoju prasowego na piętrze przywodził na myśl inscenizację bitwy morskiej. Angelo Seneci, który przez ponad 30 lat zawiadywania przedsięwzięciem już niejedno widział, podszedł do okna i niespecjalnie poruszony widokiem odwrócił się do nas:
– Calma, aspettiamo…
Choć, jak na Włocha przystało, mógł równie dobrze nic nie mówić, bo cała jego postawa doskonale oddawała te słowa. Następnego dnia mieliśmy ruszać na szlak, więc wizja przełożenia zawodów, które były gwoździem naszego pobytu w Arco, wydawała się co najmniej niepokojąca. Przyjechać na imprezę i wyjechać, zanim się odbyła – to frustrująca porażka. Na szczęście nawałnica okazała się tyleż intensywna, co krótka. Po niespełna godzinie deszcz zelżał do niegroźnej mżawki, wiatr ucichł zupełnie i – niemal jak u Hitchocka – po gwałtownym początku nastąpił emocjonujący finał.

Nazajutrz, rzecz jasna, po wieczornej burzy nie było śladu i wrócił śródziemnomorski upał. Odbywszy kilka przedpołudniowych spotkań – podczas Rock Master Arco jest pępkiem wspinaczkowego świata – ruszyliśmy na spotkanie z naszym przewodnikiem. Patrick Gasperini czekał w pobliżu Passo Manghen, gdzie zaczyna się Translagorai, 80-kilometrowy szlak biegnący przez całe pasmo aż do Passo Rolle, w pobliżu San Martino di Castrozza. Po błyskawicznym przepaku wystartowaliśmy, by dość szybko dotrzeć do miejsca naszego pierwszego noclegu, maleńkiego schroniska Malga Cere. Słowo malga oznacza pastwisko i ponadstuletni budynek, który obecnie przez cztery miesiące w roku (od początku czerwca do końca września) służy jako schronisko, zaś pierwotnie był oborą dla wypasanych w okolicy krów. W tym regionie większość schronisk to właśnie przerobione budynki gospodarcze, a niektórzy właściciele, jak choćby nasi gospodarze tej nocy, nadal trudnią się hodowlą.
Rano zebraliśmy się niespiesznie, nieco rozleniwieni swobodną, rodzinną atmosferą, śniadaniem i perspektywą niezbyt długiego odcinka, który mieliśmy pokonać do następnego schroniska. Wyruszyliśmy w kierunku głównej grani Lagorai. Podziwiając widoki i co rusz zatrzymując się, żeby zrobić kolejne zdjęcie niemal całkowicie pozbawionego oznak cywilizacji krajobrazu, nie zwracaliśmy specjalnej uwagi na to, co mieliśmy pod nogami. Starannie ułożone z kamieni mostki nad przecinającymi szlak strumykami, z których ochoczo w upale korzystaliśmy, kamienne murki chroniące ścieżkę – wszystko braliśmy za współczesne konstrukcje będące częścią szlaku.
Rzecz wyjaśniła się, kiedy dotarliśmy na szczyt Monte Valpiana. Żywy przewodnik jest lepszy niż najlepszy przewodnik drukowany, a Patrick większość swojej pracy spędza w tym właśnie regionie i wie o Lagorai wszystko. Ze szczytu zobaczyliśmy ruiny pokaźnych rozmiarów kamiennego budynku i, zanim zdążyliśmy zapytać, dostaliśmy lekcję historii. Zimą 1915/16 przebiegała tędy linia frontu, a budynek opodal szczytu był polowym szpitalem wojsk austrowęgierskich, prowadzonym przez sanitariuszkę Hertę Miller. Mroczne, wojenne historie leżały cały czas pod naszymi stopami. Wszystkie te mostki, murki i zarysy budynków były pozostałościami po wojnie. Mroźną zimą, na wysokości ponad 2000 metrów, żołnierze cesarsko-królewskiej armii, wśród których zresztą mogli być też Polacy, ginęli częściej z głodu i wychłodzenia niż od kul wroga.
Na Translagorai (szlak nr 322) naturalny rytm przerw wyznaczają polodowcowe jeziora. Widok lazurowej tafli jest kojący i trudno oprzeć się chęci poleżenia choć chwilę w trawie na brzegu. Po jednym z takich przystanków nad Lago delle Stellune opuściliśmy główny szlak Lagorai i skręciliśmy na wschód, w kierunku Cima D’Asta, którą od jakiegoś czasu widać było na horyzoncie. Od celu dzieliły nas dolina i kolejna przełęcz, dobrych kilka godzin marszu. Świadomość, że tego dnia pokonamy tylko połowę tej odległości – bo nocleg mieliśmy zaplanowany w Malga Consèria, na zboczach doliny – uspokajała.

Ten dzień był cokolwiek męczący. Przeszliśmy niespełna 20 kilometrów, ale w odróżnieniu od naszego przewodnika wędrującego z mikroskopijnym plecaczkiem, my dźwigaliśmy masę sprzętu. Laptopy, aparaty, obiektywy, ładowarki, kable… Na dobrą sprawę moglibyśmy z dowolnego miejsca prowadzić transmisję na żywo. Za każdym razem obiecujemy sobie, że weźmiemy mniej ciążącej okrutnie elektroniki, ale jakoś nigdy nie udaje się tego wprowadzić w życie.
Nazajutrz poranny rozruch udał się zadziwiająco sprawnie. Perspektywa coraz bliższego celu naszej wycieczki działała widać mobilizująco, więc ruszyliśmy w drogę bez ociągania. Nieopodal schroniska napotkaliśmy kolejny ślad wydarzeń Wielkiej Wojny, jak nazywają ją Włosi: pozostałość po cmentarzu, na którym spoczywali żołnierze obu wrogich armii.
Po dwóch godzinach – znów przerywanego licznymi sesjami zdjęciowymi – marszu osiągnęliśmy przełęcz Forcella Magna (2117 m). Tu Patrick zadał nam pytanie, na które odpowiedź raczej go nie zaskoczyła. Do wyboru mieliśmy zejście z przełęczy i podejście do schroniska albo wejście na kolejną, znacznie wyższą (2518 m) przełęcz Passo Socede, pokonujące po drodze krótką i łatwą via ferratę Giulio Gabrielli. Natychmiast ruszyliśmy eksplorować żelazną drogę. Trudności rzeczywiście nie stanowiły wyzwania, ale dzięki fenomenalnej pogodzie wrażenia były warte dodatkowego wysiłku. Kiedy dotarliśmy do Passo Socede, byliśmy święcie przekonani, że w schronisku znajdziemy się za moment. Najdalej za godzinę – jeśli oczywiście ograniczymy absolutnie konieczne fotopunkty do minimum. Widzieliśmy je tuż-tuż.
Stojący na skalnym wypłaszczeniu budynek można by łatwo przeoczyć, bo wykonany z kamienia zlewa się z otoczeniem, jednak wzrok przykuwa ogromny pomarańczowy okrąg namalowany na dachu. Z przełęczy nie widzieliśmy jednak prowadzącej po skalnych rumowiskach ścieżki i szybko okazało się, że kluczy ona między głazami, trawersując zbocze raz w jedną, raz w drugą stronę. Schronisko wydawało się nie przybliżać ani o metr. Kiedy w końcu do niego dotarliśmy, zdaliśmy sobie sprawę, że spotkaliśmy na szlaku najwyżej pięć osób. Pół dnia wędrówki w sercu Dolomitów, niemal w środku lata – w prawie kompletnej samotności. Nie można chcieć więcej.

Popołudnie spędziliśmy, usiłując nadrobić zaległości w korespondencji mailowej na… lądowisku dla helikopterów. To jedyne miejsce, gdzie w miarę stabilnie utrzymywała się mizerna, ale budząca spore nadzieje jedna kreseczka zasięgu. Udało się wysłać parę zdjęć i odpowiedzieć na najpilniejsze wiadomości, ostatecznie stwierdziliśmy jednak, że szkoda czasu, i wybraliśmy oglądanie zachodu słońca nad jeziorkiem. Ten polodowcowy zbiornik ma niemal 40 metrów głębokości i latem można w nim nurkować. Nawet w najcieplejsze dni nie jest to jednak zabawa dla zmarzluchów, bo temperatura wody może wynosić poniżej 3°C. Takie warunki mają ponoć doskonale wpływać na „granitówkę”, czyli grappę, która dojrzewa przez rok na dnie jeziora, w słojach z kawałkami granitowej skały. Nie omieszkaliśmy poddać jej degustacji przed snem, ale – może to brak wyrobionego smaku – nie wyczuliśmy aromatu kamienia.
Grappa nas poniekąd uratowała, bo bez niej potężna nocna burza zapewne bardziej dawałaby się we znaki. Delikatnie przytępione nalewką zmysły nie reagowały przebudzeniem na każdy grzmot, więc spaliśmy niemal bezproblemowo aż do… 4:30. Wschodu słońca nie wolno przegapić. Tym razem na lekko pobiegliśmy na położoną na wschód od schroniska przełęcz La Forzeleta. Może stwierdzicie, że to balansowanie na granicy kiczu, ale widok kilkunastu warstw łańcuchów górskich, z których każdy kolejny jest o ton jaśniejszy od poprzedniego, a ostatni zlewa się z powoli jaśniejącym niebem, zawsze porusza. Wróciliśmy do schroniska zjeść śniadanie i, mając już za sobą solidną rozgrzewkę, ruszyliśmy podbijać królową Dolomiti di Fiemme.
Na efektownej, południowej ścianie Cima D’Asta, pionowej i schodzącej niemal wprost do jeziora, wytyczono dobrze ponad 20 różnej trudności dróg wspinaczkowych. Ale to niejedyne aktywności sportowe na tym szczycie. Takie miejsce jest wręcz wymarzoną scenerią do zawodów w skyrunningu czy w skialpinizmie. Odbywają się tu jedne i drugie, a w organizację obu niezwykle elitarnych imprez zaangażowany jest nasz przewodnik. Poprowadził nas więc na szczyt trasą, którą zimą pokonują narciarze, a latem biegacze – trawersem wierzchołka z zachodu na wschód. Na najbardziej stromym fragmencie podejścia, w żlebie prowadzącym do położonej na wysokości 2664 metrów przełęczy, nachylenie stoku przekracza 50° i ściganie się – bez znaczenia, czy latem, czy zimą – w takim miejscu nie jest dla każdego.

My się na szczęście nie ścigaliśmy, ale i tak dotarliśmy na szczyt dość szybko, po niespełna dwóch godzinach. I jego nie ominęła wojenna zawierucha. Nieopodal współczesnego, metalowego krzyża widać zarysy małego budynku z tamtych czasów, a kilkanaście metrów poniżej stoi inny, zaadaptowany na wysokogórski biwak. Jest dokładnie taki, jaki biwak w Alpach powinien być. Wisi nad przepaścią, widok z małego okienka jest zniewalający i ma się wrażenie, że w szmaragdową toń jeziorka można by skakać na główkę.
Ze szczytu zeszliśmy kolejną „ścieżką tysiąca zakrętów”. Latem to nie problem, bo szlak jest doskonale znakowany, jednak zimą nawigacja wymaga wprawy, jako że na skalnych rumowiskach łatwo zapędzić się w ślepą „uliczkę”. Schronisko pod Cima D’Asta nie jest całoroczne (zamyka się zwykle pod koniec września, jak zresztą pozostałe), więc wszyscy eksplorujący Lagorai i Alpy Fleimstalskie w zimie muszą dobrze planować swoje ekspedycje, bo o tej porze roku teren jest tak dziki i niedostępny, jak – nie przymierzając – 100 lat temu.
Po zejściu z Cima D’Asta wpadliśmy w wielokrotnie ćwiczoną powrotną rutynę, więc wszystko działo się niemal automatycznie. Szybki obiad, jeszcze szybszy przepak, żwawy marsz w dół, jazda na lotnisko, lot i… wieczorem byliśmy w domu. Ten przeskok w podróży zawsze jest nieco szokujący. Rano staliśmy samotnie na szczycie w półdzikim zakątku Alp, a wieczorem każdy z nas mógł odpocząć we własnym łóżku. W drodze powrotnej rozmawialiśmy o tym, że Lagorai muszą być piękne zimą – kiedy spadnie śnieg, jest jeszcze bardziej dziko.
Nazywanie jakiegoś miejsca klejnotem jest wyświechtane do granic możliwości. Lagorai i Alpy Fleimstalskie to jednak naprawdę wyjątkowe góry. Oparły się dążeniu do asfaltowania, betonowania, budowania schodków i poręczy, kolejek na szczyt i ośrodków narciarskich. Nic nie wskazuje na to, że sytuacja się w przewidywalnej przyszłości zmieni, ale na wszelki wypadek nie odkładajcie wizyty zbyt długo, bo kto wie…
Tekst został opublikowany w 291 (2/2023) numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersję w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



